Zanim tenże połyskujący odcieniami jaskrawymi, trzeci krążek Lake of Tears się pojawił, miałem kontakt z jego dwoma poprzednikami i lukając na efekt finalny A Crimson Cosmos w pełnej rozciągłości (od cover artu, do istoty nuty rzecz jasna), było to silne zaskoczenie od wizualnego, po mniej ale jednak też muzyczne. Nie kojarzę by ktoś wówczas z klimatów gotycko metalowych taką gamą kolorystyczną koperty albumów wypełniał, a jak wziąć pod uwagę (jak w sumie nie wziąć :)) co na tej okładce się pojawiło, to klimat bajkowych stworów, skrzatów i podobnych, w krainie neonowych grzybów osadzony, to nie ma opcji, by na takiż krok w stylistyce przecież z założenia smutasko-mrocznej się odważyć. To o najbardziej wyrazistej stronie przemiany, bowiem sama muzyka w stosunku do Headstone (1995) nie zmieniła się radykalnie, gdyż skoczny wymiar gotyckości Lake of Tears wybrzmiewał poniekąd już wówczas. Jednakże wtedy ja sobie tak otoczki jej nie wyobrażałem, a dopiero za sprawą rzeczonej, będącej głównym tematem moich wspominek - przeniosłem się w rejony doprawionej halucygenkami baśniowej estetyki i mnie się to miejsce teoretycznie bardzo spodobało. Praktyka była jednaka, bo niezwyczajnie doskonale za każdym razem gdy odpalałem bujanie A Crimson Cosmos się bawiłem. Dźwiękowo całkiem spory nie był to rozstrzał pośród numerów, a vibe niemal za każdym razem był bardzo ze sobą spójny, mimo iż taka oryginalnie subtelna, zagrana na prostym nieprawdopodobnie rytmie Lady Rosenrod różniła się od dajmy na to Devil's Dinner korzystającego z estetyki wtedy sprzed dwudziestu laty, gdzie klawisze przypominały quasi hammondowe brzmienia. Tak samo otwierający, przebojowy jak cholera Boogie Bubble (fakt, czuć w tym gotyku boogie woogie ;)) nie korzysta z tej samej dynamiki co walczykowaty When My Sun Comes Down, tudzież ten basikiem fajnie brzmiącym i klawiszem retro okraszony The Four Strings of Mourning, to inna inszość niż kołyszący, i "pinkfoloydową" solówką dosmaczony finalny numer tytułowy. Tyle że jak podkreślam, piosenki są różnowymiarowe, lecz doskonale zespolone podobnym sobie klimatem - atmosferą jakiej nikt inny na scenie nawet nie próbował wtedy podrabiać, a i myślę że do dzisiaj nie pojawił się nikt inny, który taki kierunek osobliwy by przyjął. Azymut na tak samo dynamikę skoczną i fakturę z pięknymi melodiami, wspaniałymi delikatnymi harmoniami. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych byłem pod dużym ich wrażeniem, a dzisiaj też jak sobie odświeżyłem, to nie zamierzam w popłochu przed A Crimson Cosmos zwiewać. Chwilę sobie tutaj w krainie ilustracyjnej niezwykłości pobędę. Bo niby czemu nie miałbym na chwilę wciągnąć na łysy łeb takiej szpiczastej czapeczki, co ją czarnoksiężnicy zawodowi noszą i podryfować w przestrzeni na którejś z ryb karmazynowych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz