Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nevermore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nevermore. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 września 2020

Nevermore - The Politics of Ecstasy (1996)

 


Mimo że Nevermore z banałami nie po drodze, to przejdę do tematu podpierając się właśnie rodzajem truizmu i stwierdzę na starcie, że ich się lubi, bądź nie lubi - tudzież po prostu nie cierpi, nie znosi, nienawidzi. Półśrodków w tej relacji nie zauważam, bo specyficzny, maksymalnie wręcz charakterystyczny "pijany" wokal nieodżałowanego (świeć Szatanie nad jego duszą) Warrela Dane'a i wychodzące znacząco poza ramy standardowego heavy-thrashowego łojenia linie melodyczne, potężne ekstremalnie sterylne brzmienie (z czasem mniej potężne, ale wciąż sterylne) oraz ogólnie aranżacje, które w wyjątkowy na scenie sposób przemieniające chaos w matematyczny porządek, w postaci zapierającej dech w piersi instrumentalno-wokalnej ekwilibrystyki, to nie jest zabawa z nutą dla miękkich zawodników. Jeśli jesteś człowieku przykładem pierwszej opcji i te wszystkie powyższe dla przeciętniaków wady spostrzegasz jako oryginalne zalety, to możesz sobie pogratulować, iż słuch twój oraz możliwości analityczne podczas kontaktu z muzyką nie odbijają cię od ściany z napisem "rozwój, adaptacja". Ja sobie już lata temu serdecznie pogratulowałem, że twórczość Nevermore udało mi się stopniowo rozkminić i konsekwentnie w każdej ich płycie potrafiłem się rozsmakować. Te łamańce techniczne mnie nie przeraziły, "pływające" wokalne odjazdy Dane'a nie odstraszyły, a szarpane koszące riffy i mega ciekawe solówki o klasycznym heavy-thrashowym fundamencie, to od początku zażyłości zachwyciły. Propsuję tych gości i rzecz jasna The Politics of Ecstasy za brzmienie made in Nevermore i wokal made in Warrel Dane. Nikogo jednak nie zamierzam nawracać, czy przekonywać, bo lubię czuć się poniekąd słuchaczem elitarnym. :)

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Nevermore - Dreaming Neon Black (1999)




To ostatni album Nevermore z tym charakterystycznym dla początków istnienia grupy brzmieniem, dosłownie sprawdzającym w ekstremalnych przeciążeniach zawieszenie membran w kolumnach. Z tym niosącym się podczas tego testu, irytującym niestety pogłosem, którego za cholerę ja nie potrafię usunąć korzystając z dostępnych ustawień korekcji dźwięku. Nie wiem czy ten typ tak ma obiektywnie, czy to tylko mnie właściwe odczucie dźwiękowe, czy tylko ja jestem przewrażliwiony na pasma o takiej częstotliwości? Przez ten fakt przyznaję, ciężko było mi przekonać się do startowych krążków i do dzisiaj kiedy je odtwarzam mija chwila zanim do tej specyficznej roboty dźwiękowca słuch względnie przyzwyczaję. Mam z tym zawsze kłopot duży i jest to istotnym powodem rzadszego z nimi kontaktu, jak i wciąż powracającego, uparcie kotłującego się w głowie pytania, czy tak tylko i wyłącznie mam ja, czy to jednak wada dostrzegana przez liczniejsze grono fanów? Pomimo jednak, iż ta awersja we mnie wdrukowana i ponad to odczucie trudno się wznieść osobie mojej, to z pełnym przekonaniem twierdzę, iż od strony warsztatowej i czysto muzycznej to kawał soczystego mięcha, na krwisto podanego. Kapitalny heavy metal, który trzyma się z daleka od standardowego postrzegania gatunku. W nim spory udział thrashowego podejścia do materii i oryginalnego, jak na formułę podatną na tandetę sznytu. Brutalnego i bezpośredniego, niemal jak w death metalowych strzałach, z epicką, czy bardziej monumentalną wokalną ekspresją Warrela Dane'a. Ona właściwie o nietuzinkowości Nevermore decyduje na równi z pomysłem na gatunkowe kolaże i technicznymi umiejętnościami, niezwykle biegłych w fachu instrumentalistów. Ona żyje w nieco niepojętej symbiozie z szorstkimi i połamanymi, rzecz jasna w granicach zdrowego rozsądku strukturami numerów. To płyta jak można doczytać w opiniach sprzed lat, nagrana podobno w pośpiechu, z okrojonym budżetem, a mimo tych przeszkód intrygująca i ekscytująca. Jak przekonam się kiedyś do jej brzmienia, to obiecuję że dopiszę tutaj jeszcze kilka dodatkowych linijek z zachwytem w roli głównej. ;)

P.S. Okoliczności zmuszają do spisania jeszcze smutnego post scriptum. Śmierć Warrela Dane'a absolutnie mnie nie zaskoczyła, skoro jego stan fizyczny już przed grubo ponad rokiem przy okazji katowickiego przystanku trasy projektu solowego, odgrywającego w całości album Dead Heart in a Dead World niczego dobrego nie wróżył. Chociaż technicznie głos Dane’a dawał radę zaskakująco dobrze, to obraz człowieka fizycznie zniszczonego, wyglądającego niczym cień samego siebie utkwił mi w pamięci mocniej niż sam gig. Warrel wychudzony, Warrel zgarbiony, z trupią cerą i uśmiechem pogodzenia z nieuniknionym, nie dawał nie tylko nadziei na kolejny album Sanctuary, nie pozwalał wierzyć w zapowiedzi wydania w najbliższych miesiącach solowego krążka, jak i tym bardziej odbierał już na dobre marzenia o powrocie Nevermore.

wtorek, 13 września 2016

Nevermore - Enemies of Reality (2003)




Specyficzny to krążek, a dokładniej mówiąc tło i okoliczności w jakich powstawał i na rynku się pojawił. Bo jeśli mnie pamięć nie myli, oto zaledwie w chwilę po premierze oryginalnej wersji wydany został ten sam materiał w formie remastera (zdziwienie, prawda?). :) To jeszcze nic, wersja pierwotna w muzycznej prasie (tej rodzimej, bo zagranicznej nie monitorowałem) zebrała żarliwie entuzjastyczne opinie, a recenzje obfitowały w określenia w rodzaju: przemyślany, wciągający, intrygujący, fenomenalny, pełen dramaturgii i charyzmy, miażdżący i emocjonalny oraz tak finezyjne i brawurowe sformułowania jak; gdy słucham wacieją mi kolana czy być może najważniejsza płyta dekady. A w rzeczywistości to album zaledwie czterdziestominutowy, z brzmieniem (tu odpowiedź odnośnie remasteringu) pozbawionym przestrzeni Dead Heart in a Dead World czy masywnej produkcji This Godless Endeavor – w ogóle wyzutym z większości cech, które mogłyby u metalowego maniaka mocniejsze bicie serducha i tzw. gęsia skórkę wywołać. Dodatkowo same poniektóre kompozycje sprawiały wrażenie chaotycznych i porzuconych w trakcie rejestracji, a wokale chwilami wklejone od czapy. Jak doczytałem w kilku wywiadach z tego okresu, między wierszami rzecz jasna, atmosfera w zespole pomimo obowiązkowej, bo promocyjnej optymistycznej gadki nie była taka idealna. Coś było na rzeczy, przebąkiwało się później z perspektywy czasu, że Warrel z uzależnieniem się zmagał i nie potrafił odpowiedniego rytmu złapać, praca miała charakter mocno szarpany, a reszta składu pomimo wyrozumiałości w końcu traciła cierpliwość i na ostrzu noża sprawy stawiała. To by sporo tłumaczyło, jednak z drugiej mańki jak obecnie Enemies of Reality odsłuchuje, to te niby nieklejące się numery okazują się na tyle skomplikowane w formie, że dopiero intensywny przerób materiału umożliwia dostrzec ukryte w nich przebiegle zalety, a ich agresywny charakter pozwala uchwycić furię wywołaną zapewne nerwową sytuacją. Jakoś tak spostrzegam efekt finalny, jako wentyl, którym uszła cała frustracja i głęboka emocjonalność, szczególnie, gdy będąc bombardowanym zaciekle kanonadą Ambivalent, Create the Infinite, Seed Awakening, I Voyager czy wałkiem tytułowym i zrazu subtelną i epicka balladą w rodzaju Who Decides i Tomorrow Turned into Yesterday, to czuję to wrzenie i przelotny spokój po eksplozji. Wtedy otrzymuję łaskę zrozumienia i empatii, puzzle porozrzucane w nieładzie zaczynają się płynnie zazębiać i nawet specyficzne zawijasy wokalne odnajdują się precyzyjnie pomiędzy instrumentalną fakturą. A może to wszystko plotki, ewentualnie psikusy pamięci, sentyment i myślenie życzeniowe, a ja dałem się wkręcić i bzdury powypisywałem? Hmmm... to jest dobre pytanie.

niedziela, 13 lipca 2014

Nevermore - The Obsidian Conspiracy (2010)




Absolutnie porzucona już nadzieja, że jeszcze gdzieś w przyszłości szansę otrzymam na skorzystanie w nowej płytowej odsłonie z talentu czterech typów co pod szyldem Nevermore przez dwadzieścia lat kapitalne albumy komponowali. Wiem, że każdy z nich w jakiś tam sposób w branży muzycznej pozostaje i swoje umiejętności na dźwiękową strawę przekłada, jednako dla mnie właśnie ta konfiguracja personalna, gdzie trzonem Loomis i Dane pozwalała wyjątkowych rzeczy oczekiwać. Teraz każdy sobie, na własną rękę rzeźbi, jednako nawet z takim przytupem obwieszczany powrót Sanctuary, gdzie głos Warrela Dane'a na powrót w nowych numerach usłyszę, nie wzbudza w najmniejszym stopniu podniecenia równego temu, jakie byłoby we mnie wzniecone w momencie powrotu do żywych Nevermore. Niestety to chyba już tylko w sferze marzeń pozostanie, a ja będę musiał zaspokajać głód wyłącznie indywidualnymi projektami członków tej legendy. Starczy ględzenia, żalów i cierpiętniczego tonu - mam szczęśliwie w kolekcji kilka albumów które fanom pozostawili, dając szanse na wieczne uniesienia. Do tej elity pozwolę sobie zaliczyć ich ostatnią produkcję, która to w 2010 roku w moje łapska wpadła - w chwili premiery niemalże. Pierwszy odsłuch (jeśli pamięć nie myli) i pewne poczucie niedosytu mną zawładnęło, bo po genialnym This Godless Endeavor, ciosu równie nokautującego się spodziewałem. Tym razem okazało się, że album potrzebuje trochę więcej czasu by w świadomość się wgryźć i ostatecznie na lata tam pozostać, z pełnym przekonaniem konsekwentnie budując najwyższą ocenę. Tak z perspektywy czasu to widzę, tak spostrzegam proces jaki latami prowadził do ostatecznego sądu. Na werdykt który The Obsidian Conspiracy wśród pereł w dyskografii Nevermore umieszcza kilka systematycznie analizowanych poszlak się złożyło. Mianowicie przekonanie, że mniejsza bezpośrednia siła rażenia ukrywa ogromny potencjał ujawniany z każdym kolejnym przesłuchaniem, mniej przebojowo, bardziej detalicznie jest, a to walor co ponadczasowość płycie może zapewnić. Dalej niemal chirurgiczna precyzja w wykorzystaniu wszystkich charakterystycznych cech co o nietuzinkowości kolejnych albumów świadczyły. Mam tu na myśli sterylność poniekąd zmieszaną z chwytliwością jaka na Dead Heart in a Dead World gościła, szaleństwo znane z Enemies of Reality, moc i epickość This Godless Endeavor i ciut szorstkiego szlifu z Dreaming Neon Black. Jest technicznie i zarazem przebojowo, wymagająco ale i chwytliwie, sporo ciężaru jak i mnóstwo dla kontrastu subtelnej maniery do usłyszenia. Tony egzaltowanego patosu i bezpośredniego ciosania skrzących się riffów, szybkich efektownych zagrywek i wielowątkowych solowych popisów. Inaczej mówiąc chciałoby się rzec, że chyba główne postaci tego całego zamieszania czuły, że to ostatnie tchnienie w takiej konstelacji będzie. Tak czy inaczej, świadomie czy podświadomie powstał krążek wszystkie walory formacji wykorzystujący, taki przekrojowo traktujący całą twórczość. Jakby podsumowanie długiej podróży - dzisiaj nie potrafię się temu przekonaniu oprzeć!

wtorek, 8 kwietnia 2014

Nevermore - Dead Heart in a Dead World (2000)




Głos Warella Dane’a z pewnymi początkowymi oporami do mojej subiektywnej elity wokalnej się wkręcał. Ta charakterystyczna maniera jednocześnie równie intrygująca, co nieznośnie irytująco drażliwa, początkowo mi się zdawała. Szczęśliwie dojrzałem merytorycznie ;) by jej nietuzinkowy walor docenić i z tej platformy inicjacyjnej w muzyczną zawartość albumów nazwą Nevermore firmowaną zostać wkręconym. A zacząłem swoją przygodę tak na serio dopiero od Dead Heart in a Dead World co wydaje się było fartownym wyborem. To najbardziej komercyjnie czy przystępnie skrojony krążek grupy – jeśli w ogóle uznanie jakiegokolwiek dokonania tych amerykańców można by mianem łatwego w odbiorze określić. Oczywiście zupełnie to dźwięki niestosowne dla pospolitego zjadacza świeżutkiego pieczywa polecanego w telewizji śniadaniowej przez lanserskiego dietetyka. :) Ja jednak znając już dokładnie dyskografie ekipy Dane’a z pełną świadomością najbardziej lekkostrawnym album z 2000 roku mogę nazwać. Fundamentem tej tezy przede wszystkim najbardziej harmoniczne struktury, przebojowe wątki i czyściutkie, niemalże sterylne brzmienie. Ono zarówno wadą jak i zaletą, bo oto po Dreaming Neon Black nieznośnie niestety pogłosem położonym (chyba, że to efekt mojego stereo ;) ) martwe serce w martwym świecie tak rozkosznie zmysły welurowym dźwiękiem pieści. Na niekorzyść tu jednakże ten wygładzony szlif także wpływa, bo przynosząc klarowną formę sporo z drapieżności zostało utracone. Szczęśliwie kompozycje mimo, że ugrzecznione nadal sporo jadu posiadają i kąsać nadal skutecznie potrafią. To walor dla tego albumu kluczowy, że świetne aranże perfekcyjnie ożeniły wielowymiarowe pasaże maestrii, pełne harmonii frazy z jadowitym charakterem rzemiosła Loomisa i Dane’a. Efekt daje sporą satysfakcje i chociaż nie jest to w moim przekonaniu najlepsze dokonanie formacji to swoją specyficzną istotą na stałe zagościł wśród moich ulubionych krążków. Często do niego wracam i nie zapowiada się by tendencja ta została porzucona. 

piątek, 20 grudnia 2013

Nevermore - The Year of the Voyager (2008)




Kilka lat minęło, kilkanaście, a może już kilkadziesiąt sesji z tym koncertem odbyte, zatem okrzepłe refleksje czas spisać. Po pierwsze dzisiejsza perspektywa odnośnie grupy, czyli smutek i coraz bardziej doskwierający brak ich na scenie. Luka ogromna może jedynie po części wypełniona przez w odczuciu moim po linii Nevermore grających Finów z Oddland i ich debiutanckiego albumu. Polecam serdecznie, a szersza opinia odnośnie The Treachery of Senses gdzieś w przeszłych postów zatrzęsieniu w tej spowitej czernią bloga otchłani. Tyle tytułem jęczenia i promowania tych, co mogą w przekonaniu moim w jakiejś części przestrzeń pozostawioną przez ekipę Loomisa wypełnić. Do rzeczy, znaczy do zawartości The Year of the Voyager przejść już należy. Kilka minut zdjęć z backstage'u, kapitalne umiejętności wokalne Dane'a w jodłowaniu zaprezentowane i wbijamy pod/nad scenę by w misterium ku czci progresywnego heavy/thrashu uczestniczyć. Zaprawdę powiadam wam to istna uczta, a stosując mityczną terminologię wieczerza, podczas której czterech Amerykanów wodę w wino zamienia – nietuzinkowe umiejętności każdego z osobna w rzężącą sztukę dla takiego muzycznie zwichrowanego osobnika jak ja najwyższych lotów. Skupieni na wykonawczej perfekcji dają taki pokaz maestrii, że kopara moja rozdziawiona z podziwu wyjść nie może, a gały wlepione w stworzone do efektownego przebierania po gryfie paluchy maestro Loomisa, dynamiczne obijanie zestawu przez Vana Williamsa, basowe tło Shepparda i wokalną eksplozje wywijasów i zawijasów serwowaną przez Warrela Dane’a - od tych spektakularnych popisów oderwać się nie są w stanie. Przekrój najdoskonalszych kompozycji z kariery zaprezentowali i jak widać po porwanej w obłęd publice, nikt chyba nie czuje się zawiedziony. Ekstatyczna reakcja żywiołowo reagujących fanów, przez zespół na zasadzie sprzężenia zwrotnego z powodzeniem jest wykorzystywana. Oni dla siebie nawzajem paliwem tą dobrze naoliwiona maszynę napędzającym – zespół dla fanów, fani dla zespołu wyłącznie istnieją. I może tu tkwi sedno uzyskanego efektu, w tej relacji energetycznie pobudzającej, motywującej do wysiłku i wykrzesującej z każdego trybu tej machiny niemal sto procent. W koegzystencji z jakością wyborną kompozycji i warsztatowej maestrii oraz kameralnej atmosfery w pełni wypełnionego klubu daje równanie idealne, a jedyna w nim niewiadoma jak realizator w stanie będzie oddać atmosferę tego metalowego święta szybko za sprawą fajnie skrojonej dynamiki ujęć oraz gry świateł zostaje precyzyjnie odnaleziona. Na koniec porzucając na dzień dzisiejszy już niemal całkowicie nadzieje na ruchy zespalające te zębatki w jeden tak sprawny jak ówcześnie był mechanizm, mam jedynie nadzieję, że w różnych osobnych konfiguracjach talent i umiejętności tych gości będzie mi jeszcze w najwyższej jakości dane podziwiać, a wzorcowy rezultat w przypadku tego gigu uzyskany w wykonaniu innych moich faworytów muzycznych zobaczę. Tak bardzo taki rodzaj koncertowej prezentacji, umiarkowanie klubowy, z kawałkami z jednego gigu pochodzącymi mi się podoba, że życzyłbym sobie by te kilkadziesiąt nazw z mojej prywatnej czołówki w takim wydaniu się zaprezentowało. Dla mnie bomba, a kto nie widział albo gorsza nie podziela mojego entuzjazmu ten trąba! :)

P.S. Jeszcze muszę, bo inaczej się uduszę, wspomnieć o dwóch fragmentach wśród doskonałości zawartych w sposób niemal mistyczny do aktywności moje owłosienie na kończynach górnych aktywujące. What Tomorrow Knows/Garden Of Grey zagrane bezpośrednio po sobie tak zgrabnie połączone oraz zapowiedź I Am the Dog – MURY PĘKAJĄ!

środa, 5 czerwca 2013

Nevermore - This Godless Endeavor (2005)




Smutek i żal mnie ogarnia patrząc jak grupa co nową jakość w ciężkiej muzie stworzyć zdołała obecnie powoli w niebyt odchodzi. Na dwa obozy się podzieliła, już nawet ostatnio złudzenia odmawiając, że odrodzić się w składzie złotym może. Cieszyć się jednak pozostaje, iż przez kilkanaście lat funkcjonowania albumy świetne po sobie pozostawiła - na czele z wybitnym This Godless Endeavor. Po wypieszczonym Dead Heart in a Dead World i chaotyczno-obłąkańczym Enemies of Reality wkroczyli z impetem do mojej świadomości z krążkiem łączącym w sobie wszystkie ich najlepsze cechy. Szybie, zwarte kompozycje zawierające jedyne w swym rodzaju chłoszczące riffy "długopalczastego" maestro Loomisa, precyzyjne punktowanie sekcji rytmicznej i ten wyjątkowy Warrel Dane, jednych odrzucający innych wkręcający całkowicie swoją ekspresyjną wokalną manierą. Tych co o sile głosu Warrela przekonać by się chcieli odsyłam do koncertowych popisów zawartych na albumie The Year of the Voyager i zapowiedzi do kawałka I'm the Dog - dosłownie mury pękają! Brzmienie krążka zgrabnie łączące w sobie moc potężną i przejrzystość krystaliczną, to wzór doskonałości niemalże dodający tej dynamicznej dźwiękowej zawierusze mocy piekielnej. Jednak nie tylko szybkością i biegłością instrumentalną załoga Nevermore raczy nas na "tym bezbożnym wysiłku", cechą immanentną całości jest także rozmach aranżacyjny pozwalający z różnych perspektyw spoglądać na materiał. Delektować się po wielokroć złożonością utworów, klimatem wciągającym czy zręcznością w łamaniu kompozytorskich schematów. Ogółu dopełnieniem nie mniej istotnym od muzycznej zawartości jest graficzna oprawa krążka - jedna bodajże z najdoskonalszych w przekonaniu moim w całej historii muzyki rockowej. I choć kolejny album zawartością i poziomem artystycznym równie mocno wbił się w świadomość moją, na dzień dzisiejszy ten "wysiłek bezbożny" ikoną niedoścignioną w swojej niszy pozostaje i grymas zadowolenia na mojej gębie ogromny przy każdym z nim kontakcie wywołuje.

Drukuj