Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darren Aronofsky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darren Aronofsky. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 września 2025

Caught Stealing / Złodziej z przypadku (2025) - Darren Aronofsky

 

Wywodzik zacznę nietypowo. We wstępie do wywodziku dam do zrozumienia jak bardzo się cieszę że Darren Aronofsky zna i szanuje, a może i jest wprost mega fanem Idles i pozwolił by Ci post punkowi współcześni wizjonerzy stworzyli ścieżkę do jego filmu, bowiem ona raz znakomita (jestem wręcz ponad wysokie oczekiwania usatysfakcjonowany), po drugie taki manewr odważny aby pójść w nieoczywiste dźwięki i plamy dźwiękowe w obrazie sięgającym sentymentalnie stylistycznie do przeszłości, okazał się właśnie wręcz kluczowy w moim osobistym odbiorze Caugh Stealing. Bez względu rzecz jasna, na znaczenie każdego innego elementu rozrywkowego kina, w jakim artysta pokroju Aronofsky’ego w przekonaniu mym subiektywnym sprawdził się znakomicie i warsztatowo perfekcyjnie ogarnął każdy z elementów i subelementów, w dobrym znaczeniu intensywności i dynamiki, nabrzmiałego od efekciarstwa kina wartkiej akcji - w tym przypadku ukierunkowanego na dramatyzowaną, absolutnie niegłupią komedię. W niej Idles oddziaływanie rewelacyjnie dociąża, z deczka mroczną wizualność, trafnie surowo dopracowanego detalu Nowego Jorku z roku 1998 - kapitalnie uchwyconego tak od strony architektury (ujęcia z zewnętrznymi schodami kamienic), jak i rekwizytów - szczegółu dekoracyjnego. Można by uznać, iż historia jest banalna, ale posiada urok niewątpliwy bardzo udanie wkręcającego się w nowego Brada Pitta Austina Butlera (plus chemia z córką Kravitza), a szczególnie brutalną poezję składników postaci drugoplanowych, doskonale uszytych i równie przekonująco zagranych, dostarcza tak powodów do najzwyczajniej dobrej zabawy, jak i często i gęsto (jak najbardziej naturalnie), do wychwycenia w ich sznycie, tego właściwego dla Aronofsky’ego geniuszu socjo-psychologicznego. Oczywiście brak tutaj subtelności czy złożoności i tak bohaterowie jak i fabuła czy ogólnie kompozycja jest bezpośrednia, lecz nie przeszkadza to w uzyskaniu lekko refleksyjnego, mniej ale jednak intelektualnego posmaku, z wartościami dodanymi głębszymi. Mimo wszystko najważniejsze jest by to super prądziło i ma przekonanie, iż seans był doświadczeniem przedniej rozrywki, a dla kogoś z mojego rocznika tym bardziej sympatyczny, gdyż vibe docierał przez pokłady wysokiego stężenia nostalgii. Poza tym efekty dźwiękowe i kaskaderskie motywy, to nie jakieś popierdółki, tylko czyste mięso i gruchotanie kości takie - masa plus dynamika równa się siła! „Smutny świat, zepsuty świat” na mocnym wkurwie, z największym bohaterem w postaci guza Russa. :)

P.S. Najkrócej natomiast - pozornie bardziej Besson i Richie, niż Aronofsky, ale może jednak nie do końca. Tak czy siak - mega kino, typa mega czującego flow.

środa, 24 maja 2023

The Whale / Wieloryb (2022) - Darren Aronofsky

 

Nowy film Darrena Aronofsky’ego to nadal wydarzenie, a nawet tym bardziej wielkie wydarzenie, gdy ostatnie podejścia wzbudzały kontrowersje i wywoływały przede wszystkim niekoniecznie zasługujące na wysoką ocenę wrażenia. Po kompletnie niepotrzebnej (moje zdanie) inscenizacji biblijnego Potopu, nakręcił ekstremalnie pokręconą, jednakże posiadającą walor intrygujący (również to moje subiektywne zdanie) Mother!, to teraz wszem i wobec środowisko krytyków informowało, że pogubiony nieco mistrz nareszcie wraca na właściwe dla siebie tory jakościowe oraz co dla mnie bardzo ważne, do kameralnej formuły z intymnym kadrem, w czym myślę że się niemal każdy zgodzi, zawsze był doskonały. Od razu donoszę, iż podobała mi się bardzo ta historia, w sensie sposobu w jaki ją napisano (brawa dla autora sztuki stanowiącej fundament adaptacji) i tego co w niej zawarto w sensie idei, na poziomie światopoglądowym (brawa kolejne). Można mieć być może pretensje, że przeszarżowana w swoim mesjanizmie, że też merytorycznie jest względnie schematyczna i że obraca się częściowo wokół problematyki wielokrotnie wykorzystywanej w przejaskrawiony sposób i przede wszystkim to zestawienie żarliwej religijności z kwestią nietolerancji dla innej niż dominująca orientacji seksualnej, to taki banał, lecz Aronofsky posługując się historią "szlachetnie hollywoodzką" i u fundamentu przecież uciekającą od nowoczesnego efekciarstwa, bowiem skupioną li tylko na realizmie, ukazuje po prostu historię w zasadzie prostą, stąd pod względem autentyczności niezwykle życiową i zdolną do wywoływania prawdziwie ludzkich poruszeń. To bezpośrednie powiązanie konsekwencji z przyczynami i postawienie w świetle człowieka ekstremalnie dotkniętego przez reperkusje wydarzeń, to zarazem jej tło jak i zaczyn, ale też tych wątków, które między innymi już wcześniej wprowadziły nieodwracalne zmiany w życie bohatera i jego rodziny jest kilka. Przecież za każdym aktem zadawania sobie cierpienia poprzez ucieczkę w umartwianie implikujące odroczone samobójstwo i zanim się odejdzie cichej intymnej walki o wywalczenie odkupienia z powodu przytłaczającego poczucia winy, stoją namiętności lub dramatyczne losowe przyczyny, w istocie w jakiej z olbrzymią intensywnością oddziałują tylko na tych biedaków zaangażowanych w nie emocjonalnie. Ja bym się do takiego stanu nie doprowadził - rzeknie odporny i pogardliwie z wyższością spojrzy na wrażliwca, do momentu kiedy odpornego dramat dopadnie w nieco słabszym okresie i nawet się odporny nie obejrzy, jak będzie poddawany ocenie z pozycji innego przekonanego o własnej sile, bo pamiętajmy że upadla nie tylko potężna otyłość, ale też jeszcze szybciej alkohol i narkotyki. Zatem nawiązując powyżej do jedynie fragmentu konstrukcji i przyciągającej uwagę pozornej esencji scenariusza, spodziewać się miałem prawo historii o gigantycznej nadwadze, a dostałem historię o etiologii chorobowej nadwagi, rozbudowanej na kilku poziomach zaangażowania występujących postaci, czyli dobrze czułem, że reżyser pokroju Aronofsky’ego nie zainteresuje się płytkim czy oklepanym literackim wzorcem i nie wciśnie mi pierwszych lepszych patetycznych banałów, a głęboko spenetruje wewnętrzny świat psychologiczny bohatera, wraz z towarzyszącymi mu osobami współpodmiotami z drugiego planu i je osadzając w kontekście sytuacji Charliego, sprowokuje do wytworzenia całej gęstej sieci zależności, tak wdzięcznej dla przeprowadzonej analizy. To powyżej ona kwintesencja, to rozbudowana humanistyczna treść, a The Whale, to też klimat miejsca w jakim dramat się rozgrywa i oczywiście doskonały Brendan Fraser, który myślę mógł być tak wręczy arcy doskonały, przede wszystkim dzięki reżyserskiemu oddziaływaniu osobowości, wyobraźni i obsesji  Aronofsky'ego. Jednak bez kolejnej kapitalnej roli Hong Chau (pamiętam ją najbardziej z Downsizing), wraz z każdą tu inną wyrazistą kreacją aktorską (wbrew pozorom nie jest to teatr jednego aktora), to by się tak dobrze nie udało. Nie udałoby się stworzyć obrazu przejmująco wzruszającego na poziomie autentyzmu i charyzmy. Obrazu będącego klasycznie poprowadzonym kameralnym dramatem, przeniesionym jakby wprost z desek teatralnych i finalnie obejrzanym w kinie czy zaciszu domowym, bo w takich kategoriach trzeba nowy film Aronofsky'ego odbierać. Tak samo przesłanie i puenta myślę nie oddziaływałyby na mnie tak silnie i być może nie zapamiętałbym tak bardzo pięknych słów płynących z ust "Chrystusa" zamkniętego w czterech ścianach, próbującego odkupić nie tylko własne grzechy, ale uratować też istnienia współzależne od niego. Przepraszam że to co powyżej zabrzmiało poniekąd aż żenująco podniośle, ale spisując własne wrażenia, emocje pozostają ze mną jeszcze długo po seansie, a ja taki stan jakiego właśnie w tej chwili doznaję, najbardziej kocham w kinie i trudno mi się też pogodzić z opiniami, iż jeśli pozwoliłem się w finale doprowadzić do łez wzruszenia, to jestem ofiarą dramatu "zlewozmywakowego". Ja tak skromnie uważam, iż świat potrzebuje takich filmów, by się człowiek na chwilę zatrzymał i być może dzięki niemu oczywistości uświadomił i je w końcu do k**** nędzy praktycznie zrozumiał. 

piątek, 17 listopada 2017

Mother! (2017) - Darren Aronofsky




Oczekując przy najbliżej już okazji rehabilitacji ze strony tego wybitnego reżysera, przed seansem Mother! zapoznałem się z kilkoma w moich oczach miarodajnymi sugestiami recenzenckimi i z tą wiedzą niejednomyślną starłem się bezpośrednio z filmową rzeczywistością. Konfrontacja ta wymagająca była intelektualnie, precyzyjna na poziomie scenariusza, zagrana z ikrą i warsztatowym rygoryzmem. Wypielęgnowana wizualnie, zdobna w detale i wreszcie najistotniejsze, zawierała w sobie przesłanie, myśl wokół której filozoficzne rozważania w symbolicznej formule osnuto. To bowiem film o konkretnej linii światopoglądowej, film prowokujący nie tylko religijne oburzenia i z siłą huraganu piętnujący tych wszystkich, którzy idee czyste u zarania zamieniają w koszmarne kurioza. Poddają je manipulacyjnemu przemiałowi, robiąc z nich hipnotyzujące masy poczwary dążące do autodestrukcji. On rozprawą z jasną tezą i cholernie mocną argumentacją, nieco tylko zakamuflowaną, bo jak nie zawsze doceniam kino surrealistyczne, tak w tym przypadku robię to z miejsca, gdyż klucz do zrozumienia sensu przekazu nie ukryty został na tyle mętnie w mroku domysłów, że rozgryzienie materii bez kilkunastostronicowej instrukcji zupełnie niemożliwe. W zaklętym kręgu żyjemy, w mękach poszukiwania inspiracji dla umysłu, odnajdywania jej i przekształcania w idee, które oddajemy naturalnie w ręce innych ludzi, bez kontroli nad ich interpretacjami. Jak długo ludzkość będzie oczekiwać przewodników, kapłanów z drogowskazem w postaci recept na uniesienia, tak długo tkwić będzie w zaklętym kręgu kreacji i niszczenia – budzenia się w podniecającej ekscytacji i umierania w mękach szaleństwa. Mother! to z pewnością wyzwanie, obraz dla ludzi o otwartych umysłach i szerokiej wyobraźni, gdyż w tym tylko pozornym bałaganie, orgiastycznym chaosie, szczególnie w finale wiele do odkrycia i równie sporo odpychającej, czy wręcz szokującej wizji do przełknięcia. W obrazie tym całe zatrzęsienie symbolicznej ornamentyki, mnóstwa alegorii i metafor. Oszałamiająco hipnotyzującej ekwilibrystyki na kilku co najmniej poziomach mniejszej lub większej przenikliwości. To dzieło przemyślane dogłębnie, rozpędzające się z wolna, pulsujące tajemnicą metafizyczną i chwytające za gardło z furią dosłowną. W moim osobistym przekonaniu to tytuł, który wartości nabierać będzie z czasem, rosnąc w siłę wyrazu i nabierając atrybutów kultu. Nie dotrze rzecz jasna do wszystkich, nie stanie się na swoje szczęście super czy mega hitem, ale zasłuży na uznanie. Niełatwo bowiem przejść obok niego obojętnie, jeśli człowiek myślący, a troska o kondycję ludzkości w skali mikro i makro mu nie obca. Ze mną zostanie na długo, będzie mnie męczył i dręczył chociaż troski o ten nasz popierdolnik dookoła we mnie systematycznie ubywa.

wtorek, 23 czerwca 2015

Pi (1998) - Darren Aronofsky




Teraz dopiero tą obowiązkową zaległość nadrabiam, bo w poszukiwaniu debiutu Aronofsky'ego w internetu przestrzeni na dniach dopiero sukces odnotowałem. Spieszę zatem z ogromnym opóźnieniem donieść, iż wyraźnie czuć tutaj podobieństwo formy do arcydzieła jakim Requiem for a Dream. Te subtelne detale o tym świadczą, których mnóstwo, a które o oryginalności spojrzenia na filmową fakturę świadczą. To jest warsztatowo innowacyjne podejście do tematu nawet ze współczesnej perspektywy i jednocześnie udane zarysowanie stylu w jakim Aronofsky już przy okazji następnego dzieła z przytupem błysnął. Obraz przykuwa uwagę formą i treścią, fascynuje gdy śledzi się zmagania z materią matematycznego geniusza zatraconego w obsesji i paranoi. Tyle, że ta matematyka w świecie liczb zamknięta, zdaje się jedynie pretekstem by naturalną ludzką ciekawość i pretensje do opisania otaczającej nas rzeczywistości ciągiem znaków ukazać - by w szufladkach zjawiska poumieszczać i przede wszystkim starać się mechanizm zrozumieć. Pogoń za wiedzą często niestety człowiekowi rozsądek odbiera, a inteligencja błędnie z mądrością na tej samej płaszczyźnie jest stawiana. Pokora wobec złożoności wszechświata i ludzkiego wpływu na jego funkcjonowanie jest jedynym bezpiecznikiem przed zatraceniem chroniącym. Najczęściej jednak ona przegrywa starcie z wewnętrznym ego napędzającym genialne umysły do przekraczania kolejnych barier, które paradoksalnie seryjnie problemy do rozwiązania mnożą. Pytanie w jakim miejscu dzisiaj byśmy byli, gdyby nie ci niepokorni w obsesji pogrążeni geniusze. Czyżby Aronofsky sugerował by się rozejrzeć i przeprowadzić taki swoisty bilans zysków i strat?

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Noah / Noe: Wybrany przez Boga (2014) - Darren Aronofsky



Nim do seansu się zmusiłem zdążyłem już sobie bez oglądania opinie wyrobić i ocenę zaocznie wystawić. Tematyka biblijna z marszu jest u mnie na margines odstawiana i pokonać to przyzwyczajenie było mi niezwykle trudno. Dodatkowo liczne negatywne refleksje jakie w środowisku kinomaniaków krążyły zachętą być nie mogły, a i z troski o obraz Aronofsky'ego jako twórcy wybitnego bałem się konfrontacji z jego produkcją najświeższą. Ciekawość finalnie jednak zwyciężyła, a troska o reżyserską renomę poległa. :) Sentyment jednakowoż szczęśliwie się ostał, mimo iż werdykt po obejrzeniu zaskakująco zbieżny z zakładanym. Gdyby to zwyczajna bajeczka była, a nie przypowieść przez miliony chrześcijan mniej lub bardziej dosłownie traktowana inaczej pewnie do tej historii bym podszedł. Wyobraźnia scenarzystów bywa bezgraniczna, szczególnie gdy z kinem fantasy mają do czynienia. Jak spuentować, ocenić choć po trosze sprawiedliwie, kiedy uśmiech politowania wciąż na twarz mi się wprasza. Jakbym był gówniarzem, może bym się zachwycił bo wizualnie było przyzwoicie - jasne, że do bólu sztucznie z racji postaci wygenerowanych przez maszyny i przeładowania trickami nowoczesnej technologii. Ale czy do małolatów ta historia była adresowana! Może do fanów dwóch trylogii o Śródziemiu? Naprawdę trudno mi zrozumieć motywacje i celowość powstania tej produkcji. Chyba, że tylko i wyłącznie o rozbicie banku tutaj chodziło i zgarnięcie kasy za czołowe miejsca w box officie. Czy się udało, nie wiem bo sam wagi do popcornowej oceny jaka z multipleksów wypływa nie przywiązuję. Mnie Aronofsky największym upadkiem jaki mogłem sobie wyobrazić "uraczył". Nie czepiam się rzemieślniczej poprawności, która zdominowała ekran przez ponad dwie godziny. Pretensje mam, że taki błyskotliwy reżyser do takiej tandety na własne życzenie się sprowadził. Nakręcił brutalnie dosłowną mroczną wizję, całkowicie pozbawioną jakiejkolwiek finezji - toporną i prostacką niczym kazania władców intelektu, jakie rzesza seksualnie niedowartościowanych, zaślepionym wiernym serwuje. Z obowiązkowymi pełnymi patosu dialogami w nadętych pozach wygłaszanymi, wyzutymi z wyższych emocji na rzecz prymitywnej pseudo wrażliwości. Okropnie mnie Aronofsky rozczarował, szczególnie, że nie bardzo tu dostrzegalny szlif charakterystyczny dla kina spod jego łap pochodzącego. Może to i dobrze, dzięki temu będę mógł udawać, że jeden z moich faworytów takiego kloca nie postawił.

P.S. Nota powyższa jak widać abstrahując od samej treści popełniona. Jestem z siebie dumny, że ponad podziały wznieść się potrafię. 

sobota, 7 czerwca 2014

Black Swan / Czarny łabędź (2010) - Darren Aronofsky




Aronofsky jeszcze w doskonałej formie, a dlaczego tak twierdzić mi przychodzi, choć sam z autopsji wartości będącego aktualnie na językach Noe’go nie poznałem? Bo trudno przyjąć, że krytyczna opinia tak wielu (szczególnie tak znaczących) odnośnie najświeższej produkcji, tego przecież wybitnego reżysera chybiona. Tyle tytułem wstępu i żalu do Aronofsky’ego, że mu się takowe potknięcie przydarzyło. Wybaczam i z pewnością jeszcze autorsko ekranizacje biblijnej przypowieści ocenie, a teraz do tego, co najlepsze zdarzyło mu się wysmażyć powrócę. Oscarowe i inne laury zebrane i bez przesadnej podniety napiszę, że całkowicie one uzasadnione. Jaram się taką surową manierą, jaka w Czarnym łabędziu bezwzględnie dominuje – bez nadęcia i egzaltacji sztucznie nakręcanej. To wrażenie jakoby z bohaterami z krwi i kości się spotykało, w prawdziwym życiu postaci uczestniczyło. W tym wypadku z wartością dodaną jaką intrygujący wgląd w ludzką psychikę. Poświęcenie, cel dla którego się żyje, który jednocześnie katem jest. Spełnienie marzeniem, a po drodze pustka i psychoza następstwem obsesji będące. Rola sceniczna do świata realnego się wkradła i władze nad aktorem przejęła, kruchą, delikatną istotę w bezwzględną paranoiczną postać zmieniła. Co ona jest w stanie zrobić, jak daleko w działaniach się posunąć by spełnić własne lub otoczenia ambicje? Porywające role Natalie Portman, Vincenta Cassela, Mili Kunis czy epizodyczna Winony Ryder w pełnej krasie uwydatniły wszelkie niuanse charakterów i dyspozycji psychicznych, plus scenariusz niebanalny oraz tło muzyczne spójne z obrazem i realizacja precyzyjna dzieła dopełniły. Obraz chłodny, srogi i oszczędny w sensie środków, a przebogaty w znaczeniu emocjonalno-intelektualnym, tak intensywnie ekscytującym finałem zamknięty. To jest kino, to jest przeżycie, to uczta prawdziwa! Proszę zatem Pana Aronofsky’ego w przyszłości o więcej takiej ekranowej ambrozji. :) Chcę się zachwycać, w superlatywach rozpływać zamiast prób spieniężenia dotychczasowych artystycznych sukcesów doświadczać - żądam dzieł równych Czarnemu łabędziowi, Requiem dla snu czy Zapaśnika! 

niedziela, 8 września 2013

Requiem for a Dream / Requiem dla snu (2000) - Darren Aronofsky





Chociaż Requiem dla snu nie było debiutem Darrena Aronofsky'ego, to z pewnością przepustką do pierwszej ligi niekonwencjonalnych twórców w Hollywood się okazało. Film niczym centralny dla obrazu narkotyk, wciągający podstępnie i bezwzględnie uzależniający. Tezę myślę mogę postawić, iż Aronofsky kręcąc film o uzależnieniu sam narkotyk twardy wykreował. Nikt w tak poruszający sposób, wieloperspektywicznie nie oddał dramatu pułapki nałogu. Podniety tutaj jądrem zrozumienia sensu tego bezpośredniego dzieła, w oczach bohaterów, w pustce życia bez niej egzystujących. Jednak sidła zastawione stan zadowolenia, ekstazy przynoszą wraz ze ścieżką prostą do zatracenia rozsądku na rzecz potrzeby przeżyć ekscytujących. Podstępne działanie bodźców w zależność wpychających - wyrywa z szablonu i monotonii, by za chwile już uwięzić w schemacie degradacji stopniowej. Iluzja szczęścia kusi, kiedy równolegle pomyślność realna do osiągnięcia - kluczem tu jedynie droga, ta łatwa ku upadkowi prowadzi, trudna dojrzałości uczy. Przełamali twórcy scenariusza schemat w tej tematyce. Uzależnienia nie tylko i wyłącznie wśród braku dojrzałości żniwo zbierają, po drugiej stronie wieku równie podatne byty egzystują. Obraz ten to żadna subtelna, wymuskana produkcja, to gwałtowny cios, po nim otrzeźwienie szansę ma na przyjście. On niczym wychodzenie z uzależnienia - boli okropnie oddając tak realistycznie, namacalnie i przekonująco uczucia odurzenia, głodu i lęku. Muzyka towarzysząca zdjęciom maestrią głęboko przeszywająca, wraz z rozwojem akcji na ekranie synchronicznie wpleciona, aż po kulminacje gdzie rola jej w atmosfery kształtowaniu zasadnicza, szczególnie tematem przewodnim kapitalnym poraża. Balet obrazu wyszukany, montaż dynamiczny, charakteryzacja oszałamiająca, a aktorstwo przekonywujące. Metamorfoza, rozkład fizyczny postaci wstrząsające. Wniosek końcowy poważny, bo żarty tu mieć miejsca nie powinny, jakkolwiek życie pełne pokus, coraz więcej rozwiązań kuszących nam podpowiadające jedno nam do dyspozycji dane. Ryzyko zatem spore by nim nie ulegać, a uczenie się wyłącznie na własnych błędach często zgubę finalnie przynosi. Rozsądek i alternatywne ścieżki ku samozadowoleniu wyłącznie szansą na życie w pełni, bez sztucznych iluzji.

sobota, 10 sierpnia 2013

The Wrestler / Zapaśnik (2008) - Darren Aronofsky




Darren Aronofsky to dla dobrego kina miłośników postać wybitna, gdyż trudno przejść obojętnie obok jakiejkolwiek z jego produkcji. Fakt, mogą się one komuś nie podobać, bo forma ich zdecydowanie niehollywoodzka, jednak zawsze do refleksji skłaniająca. Każdy obraz to wyjątkowa nietuzinkowa historia opowiadana w sposób dosadny i surowy. Analizować teraz jego filmowego dorobku, wszystkich obrazów nie zamierzam, zapewne jak samozaparcia i czasu mi nie braknie będę robił to systematycznie. Tu i teraz jedynie refleksji i spostrzeżeń kilka w temacie Zapaśnika nie poskąpię! Przede wszystkim castingowy to majstersztyk z zaangażowaniem tej pochlastanej chirurga plastycznego skalpelem gęby Mickey'a Rourke'a. Nie wyobrażam sobie bowiem po wielu już seansach, by ktokolwiek inny z takim realizmem odzwierciedlił złożoność postaci Randy'ego. Gorzka zakulisowa prawda o amerykańskiej, festynowej odmianie zapasów tu osią. Taka co zdziera z tego show bezlitośnie oficjalną spektakularną zasłonę medialną. Buduje nową perspektywę spojrzenia na ten z pozoru dziecinny teatrzyk (daleko mu do niego szczególnie w wersji prowincjonalnej), pozostawiając pomimo ogólnego niezrozumienia mojego dla tego rodzaju rozrywki pełen szacunek i podziw oczywisty dla fizycznej sprawności i poświęcenia głównych jego aktorów. Obraz to przygnębiający, ociekający prawdziwymi emocjami, tryskający wręcz nimi w wielu fragmentach. Pozbawiony koloryzowania w sposób bezpośredni ukazujący dramat człowieka przegranego, zrzuconego z piedestału. Porzuconego przez sezonową popularność, odartego z blasku, uzależnionego od farmakologii permanentnie stosowanej. Wyblakła gwiazda w fałszywej herosa postaci, to zwykły człowiek w niezwykłych okolicznościach egzystujący, poszukujący ciepła i intymności, starający się bezskutecznie na nowo ułożyć sobie życie. Rozbitek zagubiony, bez umiejętności przetrwania w środowisku obcym, bez szans na sukcesem zakończony szybki, spóźniony finalnie kurs relacji z najbliższymi. Wniosek końcowy logiczny, potwierdzający prawdę oklepaną, że wyrwanie się z uzależnienia od świateł sceny dla wszelkich gwiazd wręcz niemożliwe - powrót do zwykłej egzystencji szokiem dla nich zbytnim!

P.S. Za cholerę nie wiem co tam obecnie słychać u Hulka Hogana ale jak w mordę strzelił te tlenione pióra z nim mi się kojarzą!

Drukuj