Tekst poniższy może być obszerny, na przekór faktu że niewiele z Desideraty dzisiaj pamiętam, lecz intensywnie dzisiaj i wczoraj u mnie gra, a gdybym nie miał jednak zbyt wiele do wyrażenia, to awaryjnie dysponuję dość bogatą fachową archiwizacją magazynową, okoliczności czasu i sytuacji gdy powstawała i została wydana. :) Na początek informacja podstawowa, iż był to wówczas czwarty studyjny materiał norweskich (całkiem oryginalnych i być może dość ekscentrycznych muzycznie mieszkańców Oslo) i w sumie bodaj (bo pamięć już krótkawa) ostatni ich krążek który odkrywałem jeszcze na bieżąco - czekając na premierę. Desiderata wyszła pod skrzydłami kultowej Peaceville i można by wtedy przypuszczać, że tak markowa w gatunku stajnia ich raz wypromuje, dwa pozwoli ich popularności wystrzelić, aby kolejna przystań "lejbelowa" spieniężyła finalnie całą drogę na metalowy szczyt. Taki scenariusz jednako się nie zmaterializował, a czy winę ponosiła słabsza wartość czwórki czy nietrafiony, spóźniony czas na rozgłos, nie musze chyba w miarę zorientowanym w hałaśliwych trendach z pierwszej dekady XXI wieku, tego konkretnego przypadku wyjaśniać. Doomowe, ku uniesieniom aspirujące klimaty, nawet podkręcone mechanicznymi szarpanymi riffami (upieram się wciąż że nasze Obscure Sphinx musiało się nasłuchać trochę MM), nie były w stanie się przebić, bowiem potencjał na słuchacza atmosferycznego grania się przerzedzili, a ponadto Madder Mortem to nie były nutki najprostsze - progresywnymi wywijańcami bardziej niż ckliwymi melodyjkami zainfekowane. Interesujące aranżacje i twarde w zasadzie strun szarpanie z momentami bardzo finezyjnymi motywami, pozwoliły Desideracie całkiem dobrze się udało zestarzeć i jak kojarzę inaczej niż sporemu gronu albumów z szerokiej gotycko-metalowej palety, które nie dały rady i uległy trzonowcowi czasu. Desiderata trzyma się wciąż dobrze, a odpowiedzialne myślę pogmatwanie w strukturach, inaczej harmonie, którym w sukurs idzie szorstkie oraz potrzeba przełamywania oczywistych rozwiązań. Bądź jestem w totalnym błędzie, a za wszystkim co subiektywnie odczuwam stoi brak mojego z Desideratą związania, przyczyniając się fundamentalnie, do odbierania tego albumu na poziomie względnej wciąż świeżości i nim zaintrygowania. Rzekłbym, że czasem dobrze się nie zżyć, aby nie odczuć znużenia. :)
czwartek, 6 sierpnia 2026
sobota, 23 maja 2026
Madder Mortem - All Flesh is Grass (1999)
Madder Mortem na sam koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy wydawali swój debiut, określani byli ekipą mogącą zastąpić dryfujący w kierunku tradycyjnie gotyckiego Theatre of Tragedy i ja się dałem na ten lepik przez chwilę nabrać, ale błyskawicznie się zorientowałem, że grupa ze stolicy Norwegii absolutnie nie prezentuje się w typowej dla startowego "teatru" doom-gotycko metalowej stylistyce, tak za sprawą dużo bardziej drapieżnej, mechanicznej odmianie riffów i w stu procentach brzmieniu głosu wokalistki - która rasowo trzyma ciekawe rejestry, kompletnie dalekie od niewieścich treli, nawet wówczas gdy wchodzi w rejestry piskliwe. Ten pisk to histeryczna jego odmiana, gdy w muzyce niepokojąco tajemniczej, psychodelicznej poniekąd, robi się wręcz kakofonicznie (gdy dramatyczna struna jest napinana), bowiem tak jak przed wydaniem dwójki już domniemałem, w Madder Mortem na All Flesh is Grass działa się mniej skrajnościami, a więcej szorstkimi ciężarami i specyficzną twardą ekspresją w poświacie mglistej atmosfery. Gdybym miał wtedy porównywać, to tak jak dzisiaj bliższe tropy bym widział tam gdzie My Dying Bride, doom swój gotycki rozsiewał, bowiem słuchając numerów z AFiG wpadam w otchłań, w której jednak sporo w warstwie rytmicznej łamanego się dzieje i tym samym kontekst Brytoli staje się jedynie fragmentarycznie bliźniaczy. Prawda jest dla Norweżki i Norwegów bardzo łaskawa, gdyż ich brzmienie i stylistyczne komponenty zmieszane w toku pracy kompozytorskiej wymykają się jednoznacznym szufladkom. To surowe poniekąd, same w sobie kanciaste dźwięki, zespojone jednak ze sobą pomysłami dynamicznymi i wokalnymi aranżami interesującymi i ja gdy dzisiaj powracam do dwójki może z podobną przyjemnością jak na przełomie milenijnym, ale dostrzegam w tychże ARANŻACH z pewnością więcej. Miałem długą przerwę, rozstałem się z Madder Mortem na lat ładnych naście i sobie zaledwie pół roku temu odświeżyłem na pierwszy rzut trójkę (Deadlands), a teraz już czuję, iż zwrot w przeszłość dla swojej satysfakcji i oddania tej muzyce sprawiedliwości konieczne, bym zrobił jeszcze dalej sięgający. Co też uczynię, zakładam bez czekania kilku miesięcy na prześwietlenie z perspektywy prawie trzech dekad.
niedziela, 3 listopada 2024
Madder Mortem - Deadlands (2002)
W kontekście mocno opóźnionej recki Epitaphs Obscure Spinx, padła wczoraj nazwa Madder Mortem i nastąpiło jednakowo w tej samej chwili moje olśnienie, iż grupa która na przełomie wieków stanowiła dla mnie obiekt zainteresowania perspektywiczny, już około roku 2006-ego straciła mi się eksploracyjnie całkowicie z oczu i pomimo, iż zauważałem że albumy wydaje, to kompletnie zaniechałem ich sprawdzania i nie wiem czy słusznie. Zanim jednak poddam (może kiedyś) autopsji materiały wydane w drugiej połowie pierwszej dekady lat dwutysięcznych i te z ostatnich lat prawie piętnastu, postanowiłem powrócić do pierwotnie mnie interesujących. Pierwszy z nich pojawił się pod koniec 2002-ego i jeśli dobrze pamiętam stanowił domknięcie pierwszej trójki płyt ekipy norweskiej. Kontaktuje też teraz iż próba/test trzeciej płyty Madder Mortem zdało śpiewająco i był to zestaw kompozycji z wówczas dotychczas nagranych najbardziej dojrzały, a najmocniejszą stroną prócz aranżacyjnej okrzepłej strony stanowiło doskonałe Deadlands brzmienie. Album idealnie jak na tamte czasy spajał surową fakturę nieco mechanicznej rytmiki z ogromnymi pokładami emocjonalnie skorelowanej treści. Nieco teatralną żeńską intonację wokalną o charakterystyce całkiem szerokiej (od pojedynczych ryków, przez szorstką i zdobną w dramaturgię manierę zasadniczą, po momentami wysokie tony), która szła w sukurs numerom jakie możnaby osadzić ogólnie w stylistyce metalowo gotyckiej. Tyle że kiedy utwory większości gotycko metalowych bandów z kobietami za mikrofonem siedziały raczej w maksymalnie delikatnym łkaniu, to Agnete M. Kirkevaag stosując częstokroć technikę wielogłosów raczej głębokich, skutecznie uciekała oczywistym porównaniom z tuzami tamtej sceny. Więcej w jej zaśpiewach było gniewu i dramatyczności, a mniej popularnej emfazy, a kręgosłup instrumentalny stawiał kosztem klawiszowego plumkania na solidną pracę sekcji i kombinowanie z nieoczywistymi detalami brzmieniowymi. Stąd czasami można było odnieść wrażenie, iż poddany w tym momencie recepcji Deadlands robił wrażenie lekko dysonansowego, a nawet kakofonicznego, bowiem tak pomysły rytmiczne i quasi melodyjne wątki nie zawsze stapiały się w jedno, a wręcz być może miały żyć i żyły momentami osobno. Gdybym na szybko miał łączyć w świadomości w porównania, to wokalna robota działała na bliskiej Nevermore metodzie, choć kompletnie żadna z płyt macierzystej formacji Warrela Dane'a i Madder Mortem w stosunku jeden do jednego nie funkcjonowała, gdyż w pomyśle Norwegów ni grama heavy/thrash metalu nie było, ale gdy powiązywać te działania bardzo około balladowe, to cholera jasna coś chyba jest na rzeczy (patrz Silverspine). Niemniej jednak ogólnie mnóstwo obydwa bandy różni, tak jak zasugerowana koncepcja wiązania wokali z koncepcją instrumentalną je do siebie przybliża. Płyta poza tym nie jest po prostu łatwa do przyswojenia i trzeba poświęcić jej więcej niż z zasady czasu daje się krążkom gatunkowo bliskim, aby w człowieku zagrała i nie ma gwarancji iż zaprzyjaźnienie musi nastąpić. Mój przykład dobitnie pokazuje, że we mnie Deadlands mocno zagrało (Resonatine zamykające najbardziej dosłownie rezonowało), a później o nim niemal kompletnie zapomniałem. Dziwne dosyć, a winę składam na karb raz mnóstwa innych interesująco rozwijających się lub powracających do łask gatunków, a dwa zejścia gdzieś na margines stylistyki doom-gotycko metalowej. Na pewno też nie pomógł znacznie mniejszy rozgłos związany z wydawaniem ich kolejnych płyt, które cholera wie też jaki poziom jakościowy oferowały. Cóż, trzeba będzie najzwyczajniej znaleźć czas i motywacje pielęgnować aby się dowiedzieć.


