Zwięźle napiszę, że obsada gitarka, gdzie obok głównych aktorskich osobowości, wpada w trzecim planie na moment w oko początkujący wówczas jak kojarzę Jim Carrey, ze swoimi później totalnie obeznanymi sztuczkami mimicznymi. Nie będąc też na starcie poniższej opinii, w stosunku do tej obyczajowej komedyjki krytycznym, to właściwie określę ją jako miłe, bo lekkie oraz nostalgiczne, bo do wzdychania, kino klasyczne, jakie przyjemnie familijnie opowiada o relacjach oraz ważąc proporcje przyszłości z przeszłością, o marzeniach i wspomnieniach. Scenografia w nim urocza i charakter pastelowej epoki z wdziękiem pokazany (ach te gabloty), mimo to wszystko, odczucie miałkości zarejestrowane i męczące. Uznaję arbitralnie, że takie produkcje inni reżyserzy, z bajki mniej ambitnej powinni kręcić, a nie ktoś kto odpowiada za najbardziej docenioną trylogię w dziejach, czy epopeje antywojenną niemal bezkonkurencyjną. Niestety czas Coppola miał wówczas dość mało dla siebie wymagający i ciągnęło go chyba do kina łatwiejszych zysków - zapełnienia sal szerokim spectrum widza. Peggy Sue czy powstały później Tucker były filmami warsztatowo okej, ale nie konkurowały o względy widza o wytrawnym poczuciu smaku. To tylko hollywoodzko przyjemne spektakle, zdatne na popołudniowy niedzielny seans, których aspiracje zupełnie inne niż wymienione - te po początkowym starcie kariery oczekiwane. Nie ganię mimo to Coppoli radykalnie, bo miał przecież prawo sam profilować sobie ścieżki jakimi podąża i cele stawiać jakie pragnie osiągać. Chcę tylko dać do zrozumienia, iż uważam za nie do końca w porządku spłaszczanie emocji i przesładzanie stylistyk, gdy na salony wprowadziły go filmy wręcz na mega poważnie dziełami ochrzczone. Ja bym po prostu wolał żeby nawet epizodycznie Coppola nie udawał Zemeckisa, bądź Zemeckisowi nie próbował chleba odbierać. Szczególnie gdy te próby nie okazały się równie mocne komercyjnie, a sam zainteresowany nie musiał poprzez te doświadczenia dochodzić do przekonania że powinien dla dobra swojego i kina w ogóle, kręcić oryginalniej i odważniej. Przecież Dracula i jeszcze później Zaklinacz koni, a przede wszystkim Tetro znów odnowiły mu festiwalowe zasięgi przywróciwszy poważny status artystyczny. Tak mi się zdaje, gdy wyrzucam z filmografii Jacka, a resztę traktuje dla podparcia tej szalonej tezy mocno (he he) wybiórczo. Widzę przecież, że to reżyser z tych którzy przez całą karierę lubili sobie pod nogami sami z wyboru kopać dołki - mieszając w dorobku co raz to kino do zabawy z kinem do kontemplacji. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz