Krótko trwała kariera Velvet Revolver, dwa longi i szlus. Chociaż jak powszechnie się uważa wytrwanie w takim ultra indywidualistycznym składzie przez sześć latek to i tak był wielki sukces i dla racjonalnego spostrzegania rzeczywistości zaskoczenie. :) McKagan, Sorum, Kushner wreszcie Slash i pierwszy powód wszystkich ewentualnych tarć czyli tak samo charyzmatyczny jak autodestrukcyjny Scott Weiland. To zaprawdę była wówczas mieszanka iście wybuchowa zarówno w sensie talentu, umiejętności i wyobraźni muzycznej jak i charakterologicznie. Dzisiaj Scott to już historia, rozdział przez śmierć zamknięty, a co tam porabiają pozostali Panowie niewiele mnie interesuje, gdyż nawet Slash rozmieniając się na drobne pod szyldem własnego pseudonimu i z dobrym warsztatowo ale i gdzieś niestety równocześnie mdłym cholernie Mylesem Kennedym nie był w stanie utrzymać mojej uwagi i zainteresowania. Wówczas, a było to latem 2007-ego roku sytuacja była zupełnie różna i w ogromnym podnieceniu oczekiwałem premiery Libertade, która miała przynieść kolejną dawkę energetyzującego, ubranego w nowoczesną produkcję kalifornijskiego (a może teksańskiego ;)) rocka, o inspiracjach począwszy od bluesa po funky bujanie. Nie poznałem się wtedy na wartości Libertade, a krążek wydał się sporo mniej fascynujący od Contraband. Czasu potrzebowałem aby dwójkę VR docenić i dzisiaj z pełną powagą stwierdzam, że w tandemie z jedynką album zajmuje wyższą pozycje w mojej osobistej hierarchii od klasyków nagranych przez Guns N' Roses, a to przecież naturalny układ odniesienia dla Libertade i Contraband. Mam świadomość, że pod względem popularności to poniekąd drugie wcielenie Gunsów nie ma startu do archetypicznego dorobku, ale nie potrafię uciec przed przekonaniem, że pomimo ogromnej wartości wszystkich klasyków nagranych z Axlem, to właśnie kooperacja z Weilandem dodała brzmieniu Slasha i kompanów większej punkowej surowości, glamowej zadziorności czy bluesowej nostalgii, ale też luzu i co cholera dla mnie najistotniejsze oszczędziła numerom VR epickiego patosu. Nawet jeśli nagrali kilka lekkich ballad, to żadna z nich nie bazowała na fundamencie nadmiernej egzaltacji - nie opierając się mimo wszystko całkowicie subtelnościom ale i jednocześnie będąc rodzajem autentycznej manifestacji męskiej wrażliwości. :) To muzyka która pobudza w mojej wyobraźni obraz buntownika, który pod wizerunkiem zimnego twardziela ukrywa rozgrzaną do czerwoności emocjonalność. To muzyka o aparycji nonszalanckiego outsidera i duszy barda. To muzyka co wzruszy i wypłaci też prawego sierpa. A Gunsi dzisiaj nie potrafią mi dać tych skrajności, więc!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Velvet Revolver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Velvet Revolver. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 25 czerwca 2019
piątek, 30 listopada 2018
Velvet Revolver - Contraband (2004)
Ważąc historyczne zasługi, jakie dla muzyki rockowej Gunsi posiadają oraz siłę oddziaływania ich krótkiej, aczkolwiek potwornie intensywnej kariery. Jednocześnie biorąc również pod uwagę koniecznie moc przebojową dwóch bezdyskusyjnie wielkich albumów Slasha i spółki, stwierdzam i narażam się tym samym na pewnie zasłużoną krytykę, że dopiero w tej konfiguracji personalnej, pod szyldem Velvet Revolever, za sprawą właśnie Contraband nagrali krążek, który posiada dwie właściwości dla mojej oceny produktu muzycznego najistotniejsze. To jest fakt taki, że Contraband kapitalnie łączy uzależniającą chwytliwość z kompozycyjną wytrawnością, w sensie, że tych numerów da się z ciekawością wysłuchać nawet po latach i nie sprawiają wrażenia spranych i wytartych szlagierów z minionej epoki. Poza tym są na tyle zadziorne i szorstkie, a w swoim charakterze wielowymiarowe, bez popadania w irytującą megalomanię, że gdybym nie wiedział iż to efekt pracy kompletnie zepsutych sławą muzyków, to przypisałbym ich autorstwo jakimś młodym ale warsztatowo ukształtowanym młodzianom, bowiem w nich tyle pasji i energii. Albo lub właściwie, bez budowania skomplikowanych i naciąganych tez (co burzy moja powyższą teorię), wolę obecnie posłuchać numerów Velvet Revolver niż Guns N' Roses, bo wprost pisząc, te super hiciory Gunsów są tak obsłuchane, niemal do porzygania, że ja nie jestem w stanie zwyczajnie nie kojarzyć ich z histerią sprzed laty, a znajomość szczególnie tych z rodzaju November Rain nawet w szeregach ludzi o wątpliwym guście, czy całkowitym braku własnych gustów muzycznych doprowadza mnie do stanu podobnego temu, kiedy pytany w nowym towarzystwie czego słucham, pokrótce sprowadzam swoją rozbudowaną pasję do stwierdzenia "rocka i metalu", a goście niemal chóralnie odpowiadają, że też lubią Metallice, a szczególnie te jej ballady. Mam nadzieję że rozumiecie moją wtedy frustrację, że ta ignorancja mnie przerasta z głośnym śmiechem we mnie wewnętrznie wybrzmiewającym oraz czego mi wstyd okropnie z arogancją w formule "co wy wiecie o rocku i metalu, wy laicy k*** wychowani na radiowo-telewizyjnej popelinie". Stąd szanując znaczenie i sukces wielkich Guns N Roses, lecz przez tą globalną popularność nie odczuwam jednak przyjemności w kontakcie z ich przebojami i uciekam zawsze gdy mam ochotę na gunsowego rocka, do krążków Velvet Revolver - a zazwyczaj wrzucam do odsłuchu właśnie Contraband. Slash, McKagan, Sorum wraz z Dave'm Kushnerem (Wasted Youth) i jak piszą powracającym wówczas z odwyku Scottem Weilandem (Stone Temple Pilots) nagrali album, który kapitalnie połączył legendarną przeszłość z nowym obliczem. Pamiętam ówczesne notki prasowe w których podekscytowani muzycy (którzy oczywiście odpierdalali w przeszłości kompletnie pozbawione rozsądku numery) dawali upust radości z powrotu w takim składzie i takiej konwencji muzycznej, co nie dziwi biorąc pod uwagę iż uznawali VR za nowy start, a za sobą zostawiali mroczne doświadczenia ze współpracy z (napiszę wprost, rezygnując z tak dyplomatycznego określenia jak niezdyscyplinowany, ale także próbując uzmysłowić różnice pomiędzy obłędem jego i kolegów) popierdolonym kompletnie Axlem. Uznaję z dzisiejszej perspektywy, że udało im się fantastycznie w nowej muzyce uzyskać feeling, którym czarowali wiele lat wcześniej, kiedy stawiali pierwsze kroki w muzycznym show biznesie i czuć też, że to nie było oszustwo nastawione na podkręcenie zainteresowania i sprzedaży, bowiem radocha z grania przekłada się bezpośrednio na siłę numerów, w których pierwotna energia zostaje ożeniona z doświadczeniem i ponownie uwolnionym potencjałem. To przecież niby mainstream, a jednak bunt stanowi o głównej sile tej muzyki - ten rodzaj niepokoju duszy przesądzający, iż nie są to typowo radiowe kawałki, mimo że przecież cholernie przebojowe. Werwa, polot, szczerość, wyrazistość przekazu i również refleksja, bo przecież rock to muzyka ludzi żyjących na krawędzi, ale też i wyrzutków, względnie życiowych rozbitków, którzy właśnie poprzez twórczość wypluwają z własnych trzewi całą osobistą gorycz. Kropka, wystarczy słów, mówię stop bełkotaniu! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

