Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott Cooper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott Cooper. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2023

Crazy Heart / Szalone serce (2009) - Scott Cooper

 

Scott Cooper odrobinę obecnie względnie poprawnej (warsztatowo bez uwag), ale jednak tandety filmowej nawciskał i ja nie wiem czy skreślać z listy „czekam na jego nowy film z niecierpliwością” już człowieka, bowiem zastanawiam się jeszcze czy może jacyś doradcy "mądrzy" przekonali go żeby kręcił mniej ambitnie, za to dla szerszej publiczności i nie bardzo entuzjastyczna bieżąca reakcja jego sympatyków z czasów jego dobrego, w sensie doskonałego kina (siebie i podobnych mam na myśli), podziała jednak może na człowieka otrzeźwiająco. W sumie nigdzie się nie wybieram, poczekam (he he) i się jeszcze zobaczy! Ja tutaj teraz jednak nie o bieżącym, a przeszłym - ja dokładnie o jego reżyserskim debiucie. Szalone serce nie opiera się na oryginalnej historii, bo przyblakła gwiazda muzyki z problemem alkoholowy, to żadna odkrywcza sprawa, ale można wziąć na warsztat coś przemielonego, nie dodać do tego nic ponad normę swojego oraz zatrudnić główną obsadę, która idealnie ze specyfiką roli się kojarzy (Jeff Bridges), mocnymi nazwiskami wypełnić tło (Maggie Gyllenhaal, Robert Duvall, Colin Farrell) i zrobić mimo wykorzystania klisz film ciekawy, o którym widz będzie po czasie wciąż pamiętał, a podczas seansu nie przybije gwoździa z nudów. Ja Szalone serce wciąż pamiętam i ono w sumie zdopingowało mnie do wzmożonej obserwacji dalszej kariery Scotta Coopera i nie żałuję, nawet jeśli we wstępie jojczę coś na obecne lipne w sensie bezpieczne próby reżysera. Bowiem szanuje, a może nawet stawiam pośród moich ulubionych Out of the Furnace, Black Mass i Hostiles, a do Crazy Heart wracając mam (bo na potrzeby tekstu sobie odświeżyłem) przyjemność taką jaką myślę miałem, gdy pierwszy raz debiutancką próbę Coopera sprawdziłem. Puentując to co poddaje teraz refleksji, Szalone serce tohistoria jednej piosenki”, a patrząc na nią detalicznie, ona trochę o kwestiach ambicjonalnych, bo stary gwiazdor schodzi w cień, a w blasku ogrzewa się młody - taka kolej rzeczy, nie ma opcji by wiecznie na szczycie przecież trwać. Trochę to równocześnie scenariuszowo sentymentalne wycieczki podkręcone romansidłem, życie niby zwykle, domowe, leniwe, a jednocześnie niezwykle, bo spędzane w trasie od miasta do miasta. Jakaś też tęsknota i wiszący w powietrzu dramat, jaki zazwyczaj wisi nad takimi ludźmi i po ich chwilowym upadku, kolejne z dołka wypełzanie, bo jak człowiek tkwi w poczuciu winy i ucieka przed prawdziwym życiem oraz ma talent do ściągania na siebie kłopotów, to długo we względnym szczęśliwym spokoju nie wytrwa, bo coś zawsze "niechcący" spieprzy!

P.S. Śpiewają tutaj te smutno-wesołe country pioseneczki i mnie to absolutnie nie przeszkadza, bo mają one jako estetyka coś w sobie i jeśliby potraktować je nieco bardziej ambitną aranżacją i dodać intrygującą otoczkę, to nabierają ciekawego sznytu. Orville Peck lubi to, a ja lubię na przykład jego! :)

wtorek, 10 stycznia 2023

The Pale Blue Eye / Bielmo (2022) - Scott Cooper

 

Filmowy klimat gotycki na medal wykreowany. Narracja szlachetnie klasyczna, dialogi literacko ubogacone i w puenty zdobne. Aktorstwo wycyzelowane, pod prawidła epoki urzekająco podciągnięte. Zagadka tajemnicza, twisty za każdym rogiem i jeszcze na koniec nawet na ostatniej prostej. Czy można mieć pretensje jakowe? Pretensje kiedy obraz we względnym skupieniu obejrzany, a sztuka warsztatowa w nim praktykowana tylko poprawna -  tak niczego sobie, by nie daj Bóg mogła była ona straszliwie zepsuć wrażenie niezgrabnym przeniesieniem literackiego pierwowzoru na ekran odbiornika. Można pretensje mieć pomimo rzeknę! Bowiem szkoda że ktoś tak dobrze się zapowiadający i w praktyce udowadniający swój potencjał (przypominam: Crazy Heart, Out of the Furnace, Hostiles, Black Mass), ostatnimi dwoma filmami daje odczucie ambicjonalnego rozczarowania, bo ani Antlers ani The Pale Blue Eye, bez znaczenia na warsztatową biegłość ekipy zaangażowanej, nie zapewnia absolutnie rozwoju Coopera. Bielmo jest rzemieślnicze i bez wielowarstwowości czy głębi merytorycznej większej, niż tylko ta która mogła te dwieście lat wstecz robić wrażenie. To nie wina Coopera oczywiście, lecz autora powieści, który jakoby żył w epoce także powinien być zwolniony z odpowiedzialności, a że jest pisarzem współczesnym to winien pisać dla dzisiejszej, bardziej wymagającej błyskotliwości czytelników. Nie mam w sumie gigantycznych pretensji, ale uczucie tylko zawodu mnie po projekcji trapi, że mógł Cooper wziąć na warsztat tematykę z bardziej złożonym zapleczem psychologicznym i powinien sobie wprost podnieść poprzeczkę, niżby poprzeczkę obniżać. Jakby nawet nie podołał ambicjom praktycznie, to może wrażenie emocjonalne byłoby żywsze, niż to jakie pozostawia po sobie biorąc się za pracę nad konceptem bezpiecznym i ten koncept finalizując do bólu poprawnie.

P.S. Wszystko zaiście gra, da się bez drzemki obejrzeć i nie da się spaść z fotela (jak próbowałem powyżej dać do zrozumienia), ale muszę donieść, że dla Coopera i Bale’a to żadne pocieszenie, tym bardziej że obronną ręką oprócz speca od scenografii, to tylko Harry Melling wychodzi i bez jego żarliwych poetycko skalibrowanych i wygłaszanych kwestii oraz idealnego współgrania z wyobrażeniem osoby Edgara Allana Poe, połowa jeszcze dobrego wrażenia zostałaby tej adaptacji odebrana. 

środa, 19 stycznia 2022

Antlers / Poroże (2021) - Scott Cooper

 

Małe depresyjne miasteczko, lasy, wzgórza - ciężkie nad nim chmury wiszące, siąpiące ustawicznie deszczem i wilgotny mrok rodzące. W takim miejscu Scott Cooper akcję swojego nowego filmu umieścił i zaskoczył mocno, bo to żaden kapitalny dramat gatunkowy (Out of the Furnace, Hostiles czy Black Mass - jak do tej pory zdążył przyzwyczaić), a tylko w miarę konkretny dreszczowiec z monstrami okrutnymi, w które tajemnicza siła ludzi przemienia. Jak doczytałem oparty na legendzie obecnej w Północnych częściach Stanów Zjednoczonych i okolicach Quebecu - o tzw. Wendigo, człekokształtnym, ponadnaturalnym stworzeniu, będącym częścią mitologii Indian. Wyrywającym ludziom serca, zimą nabierając apetytu na ludzkie mięso, a transformacja w Wendigo powiązana być może z kulturowo uwarunkowaną psychozą, czy też teoretyczną ideą związaną ze strachem przed czarami i sezonowymi brakami żywności. Ciekawe, polecam poczytać. Nie jest to jednak moja estetyka filmowa, nie otrzymuje więc Antlers od startu ode mnie fory, a wręcz musi dać od siebie więcej i ponad oczekiwania wychodzić, a najlepiej gdyby stylistykę popychał w rejony sporej oryginalności aby na uznanie zasłużyć. Dlatego byłem niepocieszony po seansie, bowiem niekoniecznie trafiony ze Scotta Coopera Guillermo del Toro, bowiem nic poza trzymaniem się określonych reguł gatunkowych oraz warsztatową poprawnością najnowszy film twórcy hitów wymienionych w nawiasie nie zaoferował. Historia jak to taka pełna popuszczonych wódz wyobraźni nie do końca kupy się trzymająca, ale też i wątki bardziej realistyczne bez należytej emocjonalnej podbudowy. Może nie są to ciągnące się gluty, bądź inne flaki z olejem. Opowieść też jakaś totalnie przeforsowana nie jest i w miarę nieźle napięcie buduje, ale po poprzednich tytułach z jego dorobku nie takiego kolejnego posunięcia w rozwoju kariery Coopera oczekiwałem. Antlers w skrócie, to jak nadmieniłem porządnie zrobione, lecz bez cech wyjątkowych kino. Posiada zadatki na zrobienie większego wrażenia, ale chyba wyłącznie na sympatykach indiańskich wierzeń i tej typowo po amerykańsku rozumianej horrorowatej estetyki. Mnie nie porwało, tak jak i podczas projekcji nie rzuciło w objęcia Morfeusza. Przetrwałem bez większego problemu, lecz to w moim odczuciu za mało jak na reżysera z tak mocnym dotychczasowym dorobkiem.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Hostiles (2017) - Scott Cooper




Jak żyć z ciężarem nienawiści w sercu, przez długie lata trwania w piekle zbieranym? Skąd czerpać siłę, by pogodzić się z niewyobrażalną stratą, będąc pogrążonym w bezkresnym cierpieniu? Czy można ramię w ramię z jeszcze do niedawna wrogami, przeciwko wspólnemu zagrożeniu stanąć? Te i jeszcze liczne inne pytania zdaje się Scott Cooper między wierszami i wprost, bez zawiłych metafor zadawać. Wielki western, współcześnie nawiązujący do niewyczerpanego w swym ogromnym potencjale gatunku Cooper nakręcił. Czerpiący z wielu źródeł, oprócz rzecz jasna korzystania z klasycznych wzorców. Nieprawdopodobnie silne emocje pobudzający, sugestywny i pasjonujący, będący nie tylko kinem akcji, ale może właściwie przede wszystkim kinem psychologicznym, socjologicznym, historyczno-politycznym najwyższych lotów. Cichym i ogłuszającym zarazem, bo w nim refleksje niczym szeptem wypowiadane, a ich siła rażenia przeszywająca swą przeraźliwą intensywnością. Nieoczywisty, niejednoznaczny, nieszablonowy poniekąd. Nic prócz kierującej człowiekiem przemocy i dotkliwego bólu nie jest tu czarno-białe. Wybory bohaterów nie są proste, a ich konsekwencje sprawiedliwe. Wszystko poddawane jest w wątpliwość, z ustawicznymi pytaniami - co robi z ludźmi, dokąd ich prowadzi zrozumiała nienawiść i ślepa zemsta? Krew w tym świecie bezustannie jest przelewana, czas odmierzany natomiast ilością grobów wykopanych. Bo tak sobie teraz myślę, analizując, refleksję po projekcji snując, że przecież wszyscy ludzie posiadają sumienia i emocje, tylko w różny sposób nimi one targają. Mnie Hostiles zahipnotyzował, pogrążył niemalże w stuporze, nie mogę się otrząsnąć po zapoznaniu się z tym świadectwem. Genialnym we wszelkich aspektach sztuki filmowej, od fundamentu scenariusza, poprzez potęgującą wrażenie przygnębienia czy melancholii muzykę, sugestywne zdjęcia, precyzyjne kadry, po imponujący warsztat aktorski, doskonale dobranej obsady. Dziełem kontemplacyjnym, gęstym, znaczącym, przeszywającym do szpiku kości i pozostawiającym widza zastygłym w paraliżującym odrętwieniu.

piątek, 30 października 2015

Black Mass / Pakt z diabłem (2015) - Scott Cooper




To nie spowiedź, to nie donos - nie jestem kapusiem, sprzedaje tylko tych co z uprzedzeniem do tej roli Deppa podchodzili i z racji jeszcze niewielkiego doświadczenia reżyserskiego Scotta Coopera (trzeci film) zakładali, iż nie podoła wyzwaniu jakim obraz o takim ciężarze gatunkowym. Nazwisk, pseudonimów czy adresów gdzie publikują jednak nie podam, bo to żaden dla mnie interes w taki sposób z konkurencją się rozprawiać. :) Różnimy się zdaniem, nie wchodzimy jednak sobie na własne terytoria, stąd lojalność wobec ziomali z "branży" (ha, ha, ha) blogerskiej zachowam. Wybaczcie ten nieco komiczny wstęp kiedy pisać o śmiertelnie poważnym temacie powinienem. Tak mnie Cooper w świat "Southie" wkręcił, że granice pomiędzy własną egzystencją w rzeczywistości zdecydowanie spokojniejszej, a gangsterskim kodeksem południowego Bostonu zmieszałem. Gdzieś tam jak się okazuje w przykładnym obywatelu obudziły się instynkty z półświatka lub gówniarska jeszcze podatność na sugestie z kina płynącą. Czuje się niejako usprawiedliwiony, gdyż Black Mass to zrealizowane według klasycznych szablonów kapitalne kino gangsterskie, dorównujące (tu ryzykowne stwierdzenie, które na lincz mnie skaże) najwybitniejszym dziełom Martina Scorsese, Briana De Palmy, Francisa Forda Coppoli czy cacuszku (American Gangster) Ridleya Scotta. Brak w nim ustawicznej spektakularnej akcji, a trzyma permanentnie w napięciu - sączy się z niego historia pełna dramatów i posoka spływa z łownej zwierzyny zasychając w zimnej aurze. Chociaż krew bryzga i przemoc z ekranu w surowej brutalnej formie tryska, to tak w rzeczywistości to co w nim najistotniejsze w psychice postaci i relacjach pomiędzy bohaterami się rozgrywa. Emocje nie są płaskie, wręcz przeciwnie one intensywnie pulsują, a ich głównym źródłem operatorska precyzja każdy detal teatru mimiki, spojrzenia i gestu wyraźnie akcentująca. Cóż jednak przyszłoby począć specowi od zdjęć gdyby warsztat aktorski był słaby, a charakteryzacja nienaturalna na tak sugestywne zbliżenia nie pozwalała. Na nic wtedy jego i reżysera wizja, ciężka praca włożona by założenia w praktyce zrealizować. Szczęśliwie magicy od makijażu artystycznego kawał doskonałej roboty odwalili, a wszelkie gromy jakie na nich bezpodstawnie spadały, że z Deppa Oldmana grającego Drakulę uczynili świadczą po raz kolejny o niechęci do aktora, nie do umiejętności charakteryzatorów. Pomijam (jednak nie bo przecież o tym piszę) ich rolę w stworzeniu autentyzmu odzwierciedlonej epoki i podkreślam dzieło scenografów. Bez nich realizm nie osiągnąłby tak wysokiego poziomu, a przez życie napisany scenariusz byłby tylko zmarnowanym potencjałem. Tego akurat bym Cooperowi nie wybaczył! Na szczęście każdy kto swoje trzy lub więcej groszy do produkcji dołożył wzniósł się na wyżyny profesjonalizmu, a obsada idealnie w castingu dobrana dodała całości pierwiastka prawdziwej aktorskiej sztuki. I tutaj kilka słów o samym oszpeconym Johnnym. Nie ukrywam, że ogromnym fanem jego talentu nigdy nie byłem, teraz jednak wrażenie jakie na mnie zrobił okazało się kolosalne. James "Whitey" Bulger w jego wykonaniu autentycznie przerażał i to nie za sprawą zepsutych zębów czy dziobatego ryja (choć ich rola istotna), ale przede wszystkim dzięki grze ciałem i mimiką, dzięki barwie głosu i intonacji oraz spojrzeniu na wskroś przeszywającemu. Majstersztyk i tyle! Możecie się ze mną nie zgadzać i spokojni pozostać bo różnicy zdań, ambicjonalnych konfliktów nie rozwiązuję sposobami Jimmy'ego. Proszę tylko aby ewentualne uprzedzenia z przeszłości nie kładły się cieniem na tej konkretnej roli, zwyczajnie Depp w tym przypadku zasługuje na pełną uczciwość. Na koniec jeszcze jedno zdanie, będę z niecierpliwością oczekiwał kolejnej produkcji Scotta Coopera, bo coś czuję, że nieraz jeszcze swoją obecność w wielkim kinie zaznaczy - było dobre Szalone serce, bardzo dobry Zrodzony w ogniu, a teraz doskonały Pakt z diabłem, więc tendencję człowiek notuje wznoszącą! Oby tak dalej. 

P.S. Pamiętacie scenę Z Chłopców z ferajny, gdzie Joe Pesci pyta Ray'a Liotte czy jest śmieszny? Depp z Davidem Harbourem odegrali tu równie ekscytująca scenę, tylko poszło o rodzinny sekret z przepisem na stek związany. Taki mniam - paluszki lizać. 

środa, 12 marca 2014

Out of the Furnace / Zrodzony w ogniu (2013) - Scott Cooper




Same gwiazdy pasjonującej przygody nie gwarantują! Taka oczywistość przez chwilę czołową refleksje podczas seansu stanowiła, bo w tej zimnej, surowej i głęboko przygnębiającej opowieści obecność takich cenionych hollywoodzkich ikon jak Bale, Harrelson, Dafoe, Affleck czy Whitaker jedyną atrakcją była. Szczęśliwie z każdą minutą po dosyć jałowym początku akcja się rozkręca, a napięcie narastać zaczyna. Nie jest to jednak dynamika rozpędzonego ekspresu, bo zupełnie pozbawiony to obraz spektakularnego rozpasania, w jego miejsce wtłaczający zastępczo monotonnie brutalną surowiznę, krwistą jatkę i obleśną grozę. A punktem wyjściowym przerobiony na tysiące sposobów wątek zemsty na który odrobinę alergicznie ostatnimi czasy reaguje. W tym przypadku jednak odpowiedzialni za efekt końcowy, nie splamili się bezwartościowym kiczem o niczym, bo emocje wyzwolone autentyczne wrażenie wywołują, głęboką więź z bohaterami konstruując. Krytycznie spoglądając jest tu masa tego co odpycha, sporo motywów co mogą nudzić, odrobinę irytujących klisz oraz oczywistości. Jednak w tym tyglu pomimo sztampowego fundamentu poczucie ciekawości zostało także uzyskane. Chociaż nie trudno przewidzieć rozwoju zdarzeń to i tak z wlepionym w ekran wzrokiem czekałem na kolejne posunięcia Russella. Może powód finalnego wkręcenia się w obraz w sugestywnej postawie aktorskiej tkwi, warsztatowej precyzji kreowanych ról, mordach zakapiorskich autentycznie poczucie dyskomfortu wzbudzających? Faktem, że obsada to prawdziwy majstersztyk - taki co wartości dodatniej źródło bezwzględnie stanowi. Podważam tym sposobem poniekąd tezę, że same gwiazdy nie grają - one może bez wprawnej ręki reżysera na tak wysoki poziom by się nie wspięły ale bez nich pewnie nawet bym się tą produkcją nie zainteresował. Jednym zdaniem - solidne mocne kino o twardzielach z wyrazistymi postaciami i kapitalną oszczędną warstwą muzyczną. 

P.S. Nie muszę chyba zaznaczać jak bardzo jestem na tak słysząc tu klasyka Pearl Jam!

Drukuj