Poprzednim pobocznynym eksperymentem Jacoba w obrębie trip-hopowej konwencji Puma Blue był krażek antichamber, który eksplorował, jak pozwoliłem sobie w quasi rece napisać, rejony gdzie miast ubogacać struktury, te się zawęża, przez co brak dodatkowych ingerencji czyni uzyskany efekt esencjonalnym. Antichamber był zatem raczej surowym, w sensie pierwotnym dla stylu właściwego brzdąkaniem w zasadzie akustycznym, natomiast extchamber poprzez pozbawienie całkowite linii wokalnych i skupienie się na wyłącznie użyciu abstrakcyjnych plam wydobywanych z urządzeń o właściwościach syntetycznych, staje się niczym innym jak po prostu totalnym eksperymentem, bądź rodzajem improwizacji, skupionej na obserwowaniu rezonowania dźwięku, jego poziomu doświadczania. Nie wiem jaka była motywacja Jacoba aby stworzyć coś w kształcie, dla którego słowo muzyka jest jedynie pretekstem do jej symulacji, z użyciem zaadaptowanych manipulacji taśmami, nagraniami być może terenowymi. Kompletnie nie są to w moim odczuciu kompozycje, a tym samym nikt przy zdrowych zmysłach nie określi ich piosenkami - abstrahując od braku odgłosów wydawanych paszczą. To mega niejasne, aczkolwiek spójne w formie buczenia (w pierwszym indeksie zdaje się też ustami), trzaski, echa i pogłosy, wywołujące we mnie uczucia klaustrofobicznej obawy, więc domniemam iż w założeniu są minimalistyczną, elektroakustyczną emanacją, psychologicznych demonstracji obecności demonów w jaźni Jacoba. Antichamber uchwyciło według autora "ból czasu", a extchamber mogę podejrzewać, iż tego czasu odzwierciedla paranoiczne lęki. W sumie ja jeb****tki nie wiem co o takich (gdyby je już na siłę klasyfikować depresyjnie ambientowych) akcjach sądzić. Jeżeli nabierają kształtu zarejestrowanego, to są wyraźnie w jakimś celu zdatne artyście, ale mnie dla zdrowia psychicznego to nie bardzo.
środa, 22 lipca 2026
sobota, 7 lutego 2026
Puma Blue - Croak Dream (2026)
Okazało się, kiedy ospały risercz okołopremierowy nowego, bardziej właściwego niż niewłaściwego (wtajemniczeni trybią) krążka Jacoba Allena współpracującego robiłem, iż w międzyczasie jedno jego wydawnictwo zdarzyło mi się przegapić. Mówię o extchamber, tworzącym układ z antichamber, więc będę za chwilę, może dwie uzupełniał tak wiedzę, jak i doświadczenia odczuciowe. Zanim jednak zawinę w niedaleką przeszłość, z okazji bieżącej premiery Croak Dream (Rechotu?), spiszę dziesiątki określeń przymiotnikowych i może nie setkę, ale obfitość symetryczną słów, w zdania powyższe charakteryzujące pomagających zszyć. Opiszę w nastroju bujanym, coś co dla wielu może stanowić nudne plumkanie, a dla mnie jest czymś znacznie większym niż tylko półimprowizowanym korzystaniem z hybrydowych brzmień elektroniczno-akustycznych. Croak Dream emanuje minimalistycznym powabem, jednocześnie złożonym w swojej niepokojącej intymności, atonalnie miejscami brzmiącym przeszywającym niepokojem. Falującym nerwowo, kaskadowym charakterem w konwencji lo-fi jazzowego konceptu, zrytmizowanym trip-hopowo. Atonalnym dęciakiem raz i tymże samym przepływającym w aksamitne barytonowe motywy dopieszczonym. Wibrującym dźwiękiem, w dość eksperymentalnie rozumianym stylu. Urzekającym misternie uplecionym tripem - z oscylującej elektroniki o zmysłowych impulsach. Eterycznie ambientowymi dronami przestrzeń mojej oazy spokoju otaczającym. Dziękuję.
poniedziałek, 17 marca 2025
Puma Blue - antichamber (2025)
Wszedłem w tym momencie na poważnie w temat nowej, z zaskoczenia wydanej płyty sygnowanej logo Puma Blue, która w zasadzie nie jest chyba albumem kontynuującym ewolucyjną drogę, a rodzajem pobocznego jednak pół-projektu w ramach cały czas inspirującej twórczej drogi Jacoba Allena. Pół-projektem, gdyż główna siła sprawcza Puma Blue rezygnuje tutaj z zespołowego charakteru muzyki na rzecz charakterystyki akustycznej, bądź quasi akustycznej, gdzie wiodącą rolę odgrywa bez prądu gitara tak samo często i gęsto plumkająca subtelnie, jak i brzdąkająca z charakterystycznym dźwiękiem wypuszczonym przed scenę, jaki wydaje to szorowanie po gryfie i odpowiednie strun szarpanie. Chcę tym samym dać do zrozumienia, iż wydawnictwo ukazujące się póki co wyłącznie w formacie streamingowym nastawione jest na penetrowanie mniej złożonych instrumentalnie terenów, na których jak czuję można odkryć paradoksalnie być może więcej niżby, gdyby przyozdabiać powstałe struktury bardziej skomplikowanymi aranżami - ubogacając z uzasadnionymi intencjami dodatkowo nimi zewnętrznie. Czuję bowiem, że antichamber broni się doskonale bez tych dodatkowych ingerencji, nie wiedząc jednocześnie czy aby bez nich o ostatniej dotychczasowej pełnej płycie mógłbym napisać to samo. One bardzo różne, ale w swoich kategoriach równie fascynujące i emocjonujące, a pisząc o tej nowszej właśnie, mam przekonanie, iż skupił się Jacob na najbardziej pierwotnym sposobie pisania piosenek, które zarazem mogłyby być w tej formie zarysem, punktem wyjściowym dla czegoś więcej, jak i równie bezproblemowo rezonują jako surowe formy, nie przepieszczone, jakbym to używając być może nieistniejącego słowa odkreślił. Nagrane w intymnych warunkach w okolicznościach i klimacie samotności, pozwalając się jak to autor stwierdził, jemu jej pochłonąć - czując nagły napływ intensywnej weny. Przemieniając się z prywatnej refleksji w (cytując) - "dzieło które uchwyciło ból tego czasu". Dzieło swobodne i do poziomu czystej esencji skompresowane zarazem, gdzie wspomniany akustyk pływa i akcentuje, a w tle nieśmiało falują elektroniczne tekstury, dające wraz z bolesnym, zaangażowanym wokalem Jacoba efekt dla autora terapeutyczny, a mnie odrobinę, mimo iż silnie wciągający, to jednak krępujący - gdyż tak mocno naładowany osobistymi, mrocznymi Jacoba tęsknotami.
środa, 24 stycznia 2024
Puma Blue - In Praise Of Shadows (2021)
Coraz mniej w moim muzycznym menu codziennym bardziej pospolitych pseudo metaluchów, a już ekstremalnych bluźnierców jak na lekarstwo i mimo że tendencja jest od kilku lat wyraźna i jasna że w stronę subtelniejszej maniery zmierzam, to nie pomyślałbym aby takie ogólnie/umownie lo-fi w jaki Puma Blue mierzy tak mocno mnie wkręciło, jak okazało się iż dzięki drugiej płycie wspomnianego zostałem wręcz owładnięty do kompletnego pochłonięcia. Zatem pomiędzy różne różności z przeróżnych, choć nie wszystkich rzecz jasna styli i gatunko-podgatunków muzycznych wciskam się obecnie także w "intymną muzykę, łączącą szeptaną, hipnotyzującą dramaturgię trip-hopu, emocjonalność Jeffa Buckley'a oraz głębie i swobodę starych ballad jazzowych" jaką prezentuje Jacob Allen - pieśniarz i producent z Londynu. Zacząłem tą odprężającą (choć liryki przygnębiają) przygodę od wydanej kilka miesięcy temu Holy Waters i nie było mowy aby pod jej wrażeniem zniewalającym będąc nie sprawdzić jaki poziom Jacob prezentował na nagranej w roku 2021 debiutanckiej In Praise Of Shadows. Ona pierwszym długograjem artysty, ale jak sprawdzam nie pierwszym studyjnym wydawnictwem w ogóle, gdyż zanim się pojawiła poprzedzała ja seria epek i przede wszystkim singli, które zapewne nie tylko miały na celu przedstawić twórczość Jacoba szerszej publiczności, ale wysondować czy inwestowanie w tą niekoniecznie powszechnie popularną nutę ma sens też marketingowy. Nie widzę aby jakiś gigant na rynku wydawniczym się materiałem zainteresował i jedynka jak i dwójka zostały wydane przez cytuję "independent record label, born out of the back of a pub in Chiswick, West London". Prawda że piękna, etosem oddolnej pasji przesiąknięta to historia i poważna oczywiście kwestia socjologiczna do refleksji, dlaczego tak doskonała wykonawczo i wrażliwa przede wszystkim nuta przegrywa od zawsze w starciu z często po prostu tandetą - będąc ofiarą fatalnego gustu fana najgorszego sortu popu. Czego niby oprócz krzykliwości In Praise Of Shadows na przykład brakuje - co powoduje, iż utalentowany młodzieniec może nie jest w stanie zarobić na w miarę dostatnie życie wyłącznie pracą artystyczną i być może dorabia w tzw. normalnej robocie. Tego czy jest tak jak w domyśle sugeruję to ja nie wiem, bowiem nie przeprowadziłem śledztwa sprowadzonego do wnikliwego riserczu, więc mogę być w będzie, jednocześnie nie będąc tak naiwnym by uznać, iż Jacob z wpływów z dwóch albumów i ewentualnych koncertów zapewnić sobie może życie w komforcie nie myślenia o he he pieniążkach. Ok ok, bo zdryfowałem lekko i zanim tekst się niepotrzebnie rozrośnie i przestraszy rozmiarami ewentualnego chętnego aby się z nim zapoznać dodam już całkowicie merytorycznie na koniec, że In Praise Of Shadows też mnie jak Holy Waters kręci, jednak póki co uznaję wyższość dwójki nad jedynką, która bez względu na niższą u mnie notę, tak samo jest cudowną podróżą, w jaką Jacob zabiera mnie przez minut pięćdziesiąt. Podróżą przez subtelne krajobrazy dźwiękowe, zachwycające umiejętną produkcją i delikatnym wokalem. Lubię najzwyczajniej od czasu do czasu dać się pobujać i pokołysać, a to In Praise Of Shadows czyni mega odprężająco.
wtorek, 12 września 2023
Puma Blue - Holy Waters (2023)
Puma Blue, czyli Jacob Allen jest w swoim artystycznym zamyśle quasi akustyczny i Holy Waters jest przez to może lekko monotonna, ale to tylko pozór i jeśli ktoś jest najzwyczajniej mało spostrzegawczy i na wspaniałą nutę nieczuły, to nie zauważy naturalnie ile się na tym cudownie mglistym brzmieniowo krążku dzieje w kwestii rytmiki, a najbardziej umiejętności wykorzystania jakby się też na pozór wydawało wąskiej, a w rzeczywistości kiedy ktoś zmyślny przy niej pomajstruje, szerokiej przestrzeni do niebanalnej aranżacji. Ja akurat po znakomitym singlu opatrzonym niemniej znakomitym obrazem (piszę o Hounds) i konfrontując go z kolejnymi wydanymi, bardziej kameralnymi lub jak kto woli spokojniejszymi dźwiękowo obrazkami (O! The Blood, Dream of You, Pretty) miałem obawy, że pełna płyta oparta na tak subtelnie cichych aranżach i smutnym jak najczarniejsza czerń doświadczeniu depresji (żałoby), będzie zwyczajnie nazbyt przygnębiająca, monotonna i finalnie poprzynudza, a tu takie zaskoczenie, że ona jest w pierwszym odruchu oczywiście smutalska, mało dosłownie dynamiczna, ale w tej formule za cholerę nie mogę jej odmówić przymiotu intrygującej. Holy Waters jest albumem wręcz mnie obecnie pochłaniającym i nie mam żadnych wątpliwości, iż może to być tylko chwilowe moje zauroczenie estetyką muzyczną sygnowaną (jak rozumiem) pseudonimem artystycznym bardzo drobnego mężczyzny, śpiewającego, a raczej szepcącego z muśnięciem falsetu emocjonalnie drenujące, a warsztatowo genialne wręcz perełki, z takimi zdobnymi i do odkrywania wciąż na nowo aranżacjami, że ja nisko opuszczam głowę w geście gigantycznego szacunku. Staram się powiedzieć (nie wdając się zarazem w szczegółowe analizy), iż to może jak dałem do zrozumienia muzyka udekorowana w sposób wysmakowany w ogromną dawkę błyskotliwości do wychwycenia (zgodnie hipnotyzujący taniec perkusji i basu, klawiszy wspólne z samplami akcenty i to saksofonowe doładowanie), ale w pierwszym rzędzie muzyka wrażliwej duszy i tym samym do głębi człowieka docierająca i mocno tą psychologiczną stronę ludzką dotykając, dla mnie już bardzo ważna. Hounds mnie rozkołysał, ale kolejne wewnętrznie pulsujące dzieła Pumy mnie oczarowały, wessały i stały się w formule długograja jednym z najlepszych jakie w tym roku dane mi było poznać. Takiego lekko jazzującego R&B, z taką lekkością korzystającego ze stylu lo-fi sobie życzę.




