Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Todd Haynes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Todd Haynes. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 września 2024

I'm Not There / I'm Not There. Gdzie indziej jestem (2007) - Todd Haynes

 

Bycza obsada mnie zaskoczyła, a znałem ze słyszenia tytuł i tytułu długo unikałem, gdyż odstraszała opinia o przeintelektualizowanej koncepcji, choć jakimś cudem nie wiedziałem że taka po byku liga tu występuje. :) Projekt bardzo oryginalny (niby dokument, a opowiedziany z aktorami, a nie autentycznymi bohaterami zjawiska) jakim folk rock rozpopularyzowany przez Boba Dylana. Niby na faktach z życia tegoż, ale co intrygujące nie potraktowanych tak dosłownie, pomimo iż w pewnym zagmatwaniu to zasadniczo ciekawie ubranych w połączone wątki z różnych miejsc, między innymi bluesowej czarnej Ameryki z lat pięćdziesiątych i londyńskiej sceny z kolejnej dekady. Te dwie polówki jednego jabłka mimo iż wizualnie zupełnie inaczej obrobione, to spajające się w jedną formę z merytorycznym klejem, lecz w sumie to jeszcze nie wszystko, bo postaci, a dokładnie wcieleń/interpretacji dylanowskich tej trochę tak, a trochę nie biografii wiele i za każdą kryje się nie tyle znany aktor lub aktorka, ale i sama przemyślana historia - może nie nazbyt szeroko przedstawiona, być może tylko liźnięta powierzchownie, jednako dla zrozumienia sensu ważna. Niestety plątanina mito-stereotypów i odsłanianych w formie interpretacji tajemnic związanych z osobą Dylana, a tym bardziej konwencja niejednorodnej narracji przeszkadza w jasnym zrozumieniu treści, więc i kogoś kto w detalach z życia bohatera niewystarczająco biegły może zmęczyć i sprowokować do zadania pytania - po cholerę aż tak mętnie? Z drugiej strony jeśli natomiast człowiek miłośnikiem twórczości króla uduchowionego i społecznie wrażliwego folku, to uzasadniona wątpliwość po cholerę tak o nim skomplikowanie, kiedy Dylan raczej w kierunku upraszczania, a nie nadinterpretowania w swojej sztuce podążał. Na szczęście atmosfera sporo chwil zagubienie wynagradza, bowiem jak na obraz o scenie muzycznej i muzykach z klimatem artyzmu i rockowej nonszalancji, z cały czas niemal równolegle do opowiadanej historii wizualnie podkręconymi kawałkami z gatunku może dać przyjemność na poziomie słuchu i wzroku. Mimo scen zainscenizowanych, też trochę w koncepcji optycznej archiwaliów, a te które nimi nie są, w wielu przypadkach takież też plastycznie przypominają. Zatem jako mało wkręcony w dylanowskie pieśni i życie, widzę i słyszę nie same plusy, nie wszystko ogarniając.

niedziela, 21 kwietnia 2024

May December / Obsesja (2023) - Todd Haynes

 

Muzyka z tła od początku mocno klasycznie oddziałuje, aby widz się domyślał, że historia to dramatyczna i mimo iż widzi pozorne rodzinne szczęście, to jednak coś mrocznego się za nim kryje i w scenariuszu jaki się rozwija, coś się na grubo święci. Błyskawicznie można zatrybić co w cieniu, co przeszłość kryje i skąd te fascynujące (to czuć że takie będą) relacje dwóch z plakatu kobiet oraz przypadki skomplikowane, licznie je otaczającej grupy bohaterów, pozornie tylko drugoplanowych. Ogromne brawa dla Haynes’a za sposób w jaki tą złożoną psychologicznie opowieść obrobił i rytm jaki jej nadał (koneserzy widzą wyraźny wpływ Bergmana), uwypuklając zamiast jakiejkolwiek sensacji czy atmosfery skandalu, jedynie dramaty osobiste poszczególnych postaci - bardziej lub mniej na pierwszy rzut oka widoczne, bo mniej lub bardziej kamuflowane. Oklaski za puls i powolne drobiazgowe analizowanie, bez podawania wniosków na tacy, ale i bez niepotrzebnego komplikowania dla atrakcyjności bezpośredniej. Mnóstwo otrzymujemy danych, wdzięcznego dla zmysłów spostrzegania materiału do poznania wprost i między wierszami oraz też jakby ich dozowania tak, aby nie odczuwać pewności co do własnej oceny, a ustawicznie tkwić w czymś w rodzaju wątpliwości permanentnych, bowiem to teatrzyk, manipulacja informacyjna poniekąd, typowa dla filmów z gatunku suspensu, gdzie wciąganie w intrygę i może nawet twist w finale, choć w tym przypadku rzecz jasna nie tak dosłownie, gdyż zasadniczo May December to dramat obyczajowy, a w nim w głównej roli samotność, cierpienie, problemy psychiczne, ale i rola artysty oraz sztukiFilm w którym komplikacja goni komplikację, a wątpliwości narastają lawinowo i w rzeczywistości nic nie jest oczywiste do interpretacji. I mnie się to bardzo podobało, bo lubię takie pajęczyny pozorów, złudzeń i zaplątanych w konsekwencje decyzji w owej sieci postaci.

P.S. Zdania o May December są jednak bardzo, jak ktoś sprawdzi w necie, podzielone.

czwartek, 9 kwietnia 2020

Dark Waters / Mroczne wody (2019) - Todd Haynes




Konflikt interesów klasyczny, czyli prawnik pracujący w kancelarii na co dzień wspierającej koncerny chemiczne, rozpracowuje sprawę zanieczyszczenia wody gdzieś na prowincji, stając po stronie bezradnego w starciu z wielkimi bossami farmera i okolicznej społeczności. W młodym prawniku jest jeszcze poczucie przyzwoitości i wiąże go z miejscem przez sprawiedliwość zapomnianym sentyment, gdyż w dzieciństwie spędzał tam wakacje u rodziny. To tak pokrótce fundament historii opartej na autentycznych wydarzeniach. Znany mi zwłaszcza ze stylowo eterycznej opowieści pt. Carol Todd Haynes, adaptuje na potrzeby kina kalendarium kilkunastoletniej wyniszczającej fizycznie i psychicznie ofiary i bohaterskiego adwokata batalii śledczo-sądowej. Dokonuje Haynes jak zdołałem się zorientować wybiórczego przeglądu w miarę rzetelnie okrojonej prawdy kryjącej się w wydarzeniach i tylko trochę ponad poprawnie realizacyjnie niestety. Co z tego, że z przejmującą mroczną atmosferą grozy, kiedy warsztatowo zachowawczo bez ikry, wyłącznie w zgodzie z gatunkowymi prawidłami. Ponadto kompetentnie, lecz bez większej pasji zagrany to dramat, z ogromnym przecież u fundamentu potencjałem i przykro, iż pozbawiony wyczekiwanego z nadzieją błysku, kiedy ma się do czynienia z obrazem reżysera, który udowadniał już że potrafi decydować o wyjątkowości własnej twórczości. Myślę że, iż prócz zawartych w nim treści, które wzbudzają bezradność i uzasadnioną wściekłość, dramat bez większego waloru decydującego o możliwości przebicia się do szerszego widza i absolutnie bez żadnej szansy na dłuższe pozostanie w pamięci nawet fana gatunku. I na koniec powtórzę, że sam temat wstrząsa, bowiem ma globalny zakres oddziaływania, odbierając mnie przynajmniej resztki optymizmu i przyprawiając o kolejny ból głowy. Ech…

czwartek, 29 września 2016

Far from Heaven / Daleko od nieba (2002) - Todd Haynes




Wzorowe maniery, staranny język i dom z ogródkiem wprost z katalogu. Mąż/ojciec, elegancki człowiek na stanowisku, bez przerwy w pracy, w odpowiednio zdystansowany sposób traktujący potomstwo z immanentnym autorytetem i właściwym miejscem w familijnej hierarchii. Żona/matka urocza, przesadnie zadbana i zaangażowana w staranne wychowanie pociech, w działalność kulturalną i charytatywną, w życie rodziny i społeczności lokalnej. Ogólna szczęśliwość dobrze sytuowanej rodziny na wypielęgnowanych amerykańskich przedmieściach połowy ubiegłego wieku. Kino doskonale i czarująco wystylizowane na modłę hollywoodzkich produkcji z lat 50-tych (nawet napisy początkowe i końcowe jakby wyrwane ze złotego okresy fabryki snów). Z urzekającymi lokacjami, zdjęciami wyrafinowanymi i muzyką ustawicznie towarzyszącą pełnym emfazy dialogom. Wszystko cudnie, według archetypicznego szablonu - technicznie zrekonstruowana formuła i życie płynące spokojnym nurtem. Tylko niestety okazuje się, że spod tego starannie przygotowanego makijażu okrutna rzeczywistość wyłazi, gdyż małżonek posiada jeden taki felerek, a małżonka z czarnym jest widywana, przez co masa komplikacji się pojawia. :) Nie zrozumcie mnie błędnie, że drwię sobie, bo to poważne dzieło, technicznie perfekcyjnie zrealizowane, ale jego świadoma konstrukcja, męczącą manierą na wskroś przesiąknięta - tak intensywnie, że trudno seansu nie kwitować ciężkim westchnieniem. Stąd trudno ten obraz bronić, prawdę mówiąc nie czuję się do końca komfortowo w tej roli, wiedząc że narażę się w rzeczy samej na zarzuty taniego sentymentalizmu i wrażliwości emocjonalnej na poziomie melodramatu. Ja doceniam i dostrzegam pomiędzy wizualnym kolorytem, a idealnie oddaną konwencją sporo wartości emocjonalnej i erudycji intelektualnej, jednocześnie wciąż broniąc się przed pretensjonalnością pierwszego planu.

P.S. Widzowi otwartemu przed seansem zalecam przygotowanie odpowiedniego dystansu, osobnikom gruboskórnym seans odradzam.

poniedziałek, 7 marca 2016

Carol (2015) - Todd Haynes




Tak, to był seans intensywnie artystyczny, zniewalający gęstą atmosferą, w formule głębokiego i dojrzałego poetyckiego dramatu. Hipnotyzujący wybornym tematem muzycznym oraz grą światła i cienia w przepięknych ujęciach ludzi i miejsc. Zachwycający wyrafinowanym spojrzeniem na filmową formę i przenikliwą, lecz nienatrętną psychologię. W mym subiektywnym przekonaniu kino wybitne, wyraźne skojarzenia pobudzające z Samotnym Mężczyzną Toma Forda i Drogą do szczęścia Sama Mendesa. Bo oto wątek kontrowersyjny, faktura pełna artyzmu, klimat hipnotyzujący i emocje wrzące niczym wulkan przed erupcją. Spojrzenia powłóczyste, uczucia żarliwe, relacje w skomplikowanych konfiguracjach i zaskakujących konstelacjach. Instynkty, potrzeby, egoizm i poświęcenie, pożądanie i przede wszystkim miłość, bez etykiet. Akcja leniwie się rozwija i na powierzchnie stopniowo namiętnie kłębiące się emocje wypycha. Uwielbiam takie kino, gdzie tak wiele między wierszami się dzieje, kiedy pulsujący w ukryciu nerw dramaturgii, takie natężenie przeżyć serwuje. 

Drukuj