Kręcony głównie we wnętrzu pięknego nowoczesnego domu i w urokliwych przyrodniczo okolicach, obsadzony gwiazdami kameralny dramat Rogera Michella. Jego ostatecznie przedostatni niestety obraz, który przeszedł nieco bez należnego mu echa, a ja akurat teraz z poślizgiem na niego trafiam, bo zwyczajnie ubiegłoroczny The Duke zyskał moja sympatię i pobudził moje na nowo zainteresowanie filmami zmarłego przed rokiem brytyjskiego reżysera. Okazało się że było warto, a angielski charakter obyczajowego dramatu, to to co w nieskomplikowanej filmowej formie może bez wysiłku przez nieco ponad półtorej godziny zaabsorbować uwagę. Na filmowej scenie dość krępująca sytuacja z życia rodzinnego, pożegnalne Boże Narodzenie bez bożonarodzeniowej okazji, bowiem to ostatnie jak się okazuje w pełnym gronie spotkanie bliskich i okazja do tylko pozornie spokojnego przepracowania żalów, kwasów w relacjach rożnych, bardzo odmiennych osobowości - bo przecież w takiej sytuacji nie wypada ze swoimi żalami wychodzić przed szereg i mówić o tym co wieloletnimi tajemnicami, więc wpierw zakulisowo robi się gęsto, a wkrótce oficjalnie można kroić atmosferę. Bardzo mądry, choć niekoniecznie bardzo ekscytujący film o bardzo uniwersalnych życiowych prawdach, bez dzielenia włosa na czworo, a zamiast tej zbędnej czynności ze znakomitym powściągliwym poczuciem humoru i aktorstwem w punkt - gdy potrzeba minimalistycznym, gdy należy ekspresyjnym. Z takim też umiejętnym spojrzeniem z perspektywy kamery i doświadczonym rozumieniem istoty "małego" kina. To również rozsądnie sprowokowana dyskusja o legalności i ciężarze dla sumienia wspomaganego samobójstwa, czyli ważny wątek etyczny, normatywny i społeczny. Obraz autentycznie poruszająco zagrany i w fundamencie psychologicznym jako tekst sztuki napisany, więc wystarczająco silnie oddziałujący by dać się wzruszyć i poddać refleksji.
niedziela, 9 października 2022
czwartek, 18 sierpnia 2022
The Duke / Książę (2020) - Roger Michell
W starym dobrym stylu, z dbałością o atmosferę i z dobrą gdyż niepozbawioną szlachetnych wartości treścią. Ciekawa historia i (co jedno nie wyklucza drugiego) barwne konserwatywne postaci na ekranie, których nie sposób nie darzyć sympatią. Bardzo brytyjski, bardzo klasyczny i co też nie stoi w sprzeczności bardzo zabawny. Inteligentny i rozrywkowy, pełen filmowej magii i bezpretensjonalnego uroku płynącego z doskonałego wyważenia formy i uzyskania efektu jednocześnie tak dla oczu jak dla ducha atrakcyjnego. Historia o zasadach i staroświeckiej skromności, która jednak wyklucza ślepą pokorę i stąd taka moja i pewnie znakomitej większości widzów radość z seansu i przychylność w stosunku do jowialnych bohaterów. Kulisy autentycznych wydarzeń z samego początku lat sześćdziesiątych - kradzieży obrazu Francisco Goi z londyńskiej The National Gallery przez jednoosobową szajkę złodziejską, kierowaną przez społecznie wrażliwego i dość ekscentrycznego staruszka - zaangażowanego idealistę z ogromną rodzinną tragedią skrywaną w pamięci. Toteż ciąg zdarzeń zaskakujący, natomiast ich fabularna interpretacja z doskonałym aktorstwem fantastycznej Helen Mirren i równie dobrego Jima Broadbenta. Jej akurat w kreacji dla niej samej niecodziennej, jego zdecydowanie wręcz przeciwnie. :) Piękne kino z duszą, a ja kocham takie.
P.S. Niestety jak się okazało, to już ostatni film w dorobku Michella. R.I.P. Roger Michell.



