Nie ukryję że pokładałem w Deathrattle Sing for Me spore nadzieje i na bieżąco dzieliłem się wrażeniami bardzo pozytywnymi po kolejnych odsłonach nowych numerów z 9-ego krążka Amerykanów. Szczególnie Spearmint Revolt, Call For The Blood i najbardziej rozbudowany, hipnotyzujący Heartache rozbudziły oczekiwanie na krążek tak doskonały jakim Meridional z roku 2010-ego spostrzegam i darzę go tak dużym sentymentem, jak najczęściej właśnie do niego powracam gdy pomyślę o dyskografii Normy. Tylko jedno apetyt przy przystawkach, a drugie apetyt kiedy całe zamówione menu znajdzie się na stole. To co na "smaczek" bardzo apetyczne, lecz pełne wrażenia podniebienia raz nieco mdławe, mimo że kompozycja przypraw całkiem ostra, dwa że owa kompozycja w zbyt obfitej ilości szybko przesyt powoduje i zamiast odczucia w punkt nasycenia, przeżuwanie kolejnych kęsów w nadmiarze całą wcześniej osiągniętą przyjemność mi zabrało. Podobnie miałem w przypadku tegorocznego albumu Cult of Luna - znaczy że co za dużo, to (zachowując słowną kulturę) niezdrowo. Być może to nie tylko przytłaczająca ściana dźwięku o zbytniej, a jednak względnie tylko 55-minutowej długości, albo wciąż mimo wszystko tkwiąca jak cierń w dooopie chrześcijańska konotacja ich twórczości, bo w szczególe super że się tutaj nie powtarzają dosłownie i aranżacyjnie komplikują sporo. Cała paleta barw to jednak tylko narzędzie za pomocą którego doskonały rzemieślnik, a tym bardziej nieprzypadkowy artysta może wydumać dzieło. Tradycyjny zestaw instrumentów, obficie wspomagany efektami elektronicznymi (sample i te wszystkie inne), mniej melodii, więcej surowej ekspresji rytmicznej i wściekłych antyharmonii wokalnych - miniatury, eksperymenty brzmieniowe i klimat nawet bardziej niż minimalnie odbiegający od tego czego dostarczali na ostatnich krążkach, a i tak k**** kręcę tym swoim dużym nosem. Pewnie kiedy zainwestuję w Deathrattle Sing for Me więcej czasu, moja opinia ulegnie siłą inercji przemianie. Szkopuł w tym, że póki co nie mam na to ochoty. Mimo wszystko nie wykluczam, bo wiem, bo czuję że pisząc paradoksalnie bardziej wyrozumiale o poprzednich albumach krzywdzę ten właśnie. Nie wykluczam, że dla NJ to nowy rozdział z ekscytującą perspektywą, wszak odwaga powinna zaprocentować. Po prostu uważam że należy bezwzględnie j**** stagnację. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norma Jean. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norma Jean. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 września 2022
środa, 27 stycznia 2021
Norma Jean - Wrongdoers (2013)
Akurat moja nieregularna przygoda z tymi Jankesami rozpoczęła się w 2010 roku i była typowym przykładem tzw. "kupowania muzyki oczami", co oznacza ni mniej ni więcej, zainteresowanie płytą poprzez dostrzeżenie w natłoku nowości okładki albumu i tym tropem zapoznaniu się zawartością dźwiękową jaka kryje się wewnątrz koperty. Znakomity obraz z obwoluty krążka, wpierw jednak zdopingował do sprawdzenia na popularnym już wówczas kanale internetowym z filmikami wszelkimi z czym mógłbym mieć do czynienia, a że pośród całkiem bogatej promocyjnej oferty clipów był ten doskonały do Deathbed Atheist, to i bez względu na jak się okazało nie bardzo mi po drodze charakter mentalny liryków i światopogląd muzyków zdecydowałem się jednak głębiej i cholernie odważnie wleźć w świat Meridional. Ale nie o tym, nie o tym tu teraz! O Meridional przecież już na tych stronach było! Tutaj teraz o następcy Meridional i ochocie już wtedy znacznej na poznanie kolejnego longplaya w dyskografii ekipy z Georgii. Zatem cóż, muszę podzielić się teraz nieco goryczą, ale jadem pluć absolutnie nie zamierzam. To co wzbudziło moją fascynację na płycie poprzedniej tutaj już aż tak bardzo nie porwało, bo raz okładka była bardzo dobra, lecz już bez (napiszę po amerykańsku :)) efektu wow, a kompozycje częściowo pogubione w nieuporządkowaniu i w niezbyt przyjemnym rozkroku pomiędzy indywidualizmem marki grupy, dalej typowo spłaszczoną do poziomu banalnych melodyjek przebojowością, a tym co w emocjonalnym screamo (czy jak mu tam jest?) najistotniejsze - znaczy darciu ryja dla darcia ryja. :) Dokładnie to odrobinę sobie żartuję, ale w tych heheszkach niestety coś jest na rzeczy, gdyż zespół zamiast pójść w konotacje około mastodonowe próbował stać się bardziej brutalnym Linkin Park. A że ja tych pierwszych wielbię, a tych drugich od zawsze ignoruje, to mój zapał wzbudzony na wysokości Meridional osłabł momentalnie, a to że śledzę nadal (znaczy nawet do dzisiaj) co emo/math core'owi post hardcorowcy z Normy Jean grają, to chyba wyłącznie z powodu głębokiej nadziei, że może jeszcze kiedyś czymś znacznie lepszym od ostatnich produkcji błysną. Nie znaczy to jednak, że Wrongdoers jest słaba - ona tylko w takiej formule nie jest zaadresowana do mnie.
niedziela, 12 stycznia 2020
Norma Jean - All Hail (2019)
Pamiętam doskonale, że swego czasu Meridional na scenie hardcore/screamo to był konkretny skok w ponadprzeciętność, a moje zainteresowanie dalszymi losami Normy Jean (pomimo lirycznego odlotu Amerykanów w rejony nieco nawiedzone) wówczas było więcej niż spore. Niestety mimo iż kolejne albumy nie odstraszyły mnie na dobre jakimś zdecydowanym obniżeniem formy, to też jak sobie przed obliczem sił wyższych przysięgnę, nie spowodowały iż Amerykanie awansowali w mojej osobistej hierarchii powyżej miejsca, które zajęli dzięki krążkowi z 2010 roku. Oczekiwałem od nich bardzo wiele, a oni jedynie od tamtej pory nagrywali albumy bardzo dobre, niestety dość dalekie od poziomu Meridional. Trudno mi też obecnie, kiedy All Hail się kręci, uznać iż ósemka w ich dyskografii budzi emocje podobne do czwórki i nawet jeśli będzie się przez jakiś czas utrzymywać w orbicie zainteresowania, to nie wróże jej szansy na zdobycie wielkiego uznania nawet poprzez konsekwentne docieranie się z moimi oczekiwaniami. Niby to całkiem ambitnie matematyczne granie, a jednak mam podczas odsłuchu dojmujące wrażenie, iż to wynik przede wszystkim autosugestii u której podstaw tkwi uparte właśnie wyobrażenie, a nie realna argumentacja. Nie chcę również posądzać ekipy z Georgii o natarczywe nadużywanie autopilota, ale coś jest na rzeczy i to mnie już od trzech ostatnich albumów, przy okazji każdej kolejnej premiery martwi. W tym graniu czuć decydujący o sile oddziaływania niepokojący sound, obowiązkowy zastrzyk adrenaliny również ono dostarcza, bo erupcje emocji i riffy kafary z głośników wybrzmiewają, a wytaczana kolubryna brzmieniowa miażdży bezdyskusyjnie, ale chwilami te melodie pomiędzy ciężkimi seriami i próby przestrzennego grania są nazbyt oczywiste, co mnie boli bardziej niż cały monstrualny tonaż brzmieniowy.
poniedziałek, 8 maja 2017
Norma Jean - Meridional (2010)
Zanim z Meridional na dobre się zapoznałem, na hasło chrześcijański metalcore, tudzież mathcore o obliczu screamo
dostawałem gęsiej skórki. Nie dlatego, że ekscytacja sięgała zenitu lecz wprost przeciwnie – w tych momentach, kiedy o tego rodzaju stylistyce
myślałem zimne poty mnie oblewały. Na rany Chrystusa jakiż to umysł bystry i
przewrotny wymyślił skrzyżowanie katechizmu z darciem ryja i sprzedać taką hybrydę zapragnął przykładnej, może ździebko zbuntowanej młodzieży z dobrych domów. Takim upudrowanym kontestatorom w markowej odzieży, którą lubią czasem przepocić nie tylko podczas stosunku w ubikacji. Jak napomknąłem u
początku tego chamskiego i fatalnie stylistycznie zbudowanego tekstu, takie
około metalowo-punkowe „coś” o Panu Naszym Wszechmogącym, ewentualnie
moralizatorskim pierdoleniu bardziej na moją mordę wbijało uśmiech politowania
niż wzbudzało jakiekolwiek zainteresowanie, nie mówiąc już o szacunku. Do czasu
jednak! Moment przełomowy, ten muzyczny przyszedł bowiem z zaskoczenia,
zmieniając podejście szydercy nie do gatunku i sceny, jako całości, lecz wyłącznie
jednego wyjątkowego bandu, można i powiedzieć nawet do jednej znamiennej płyty. Norma Jean na Meridional bowiem w większości numerów (bo nie wszystko to
złoto), dała pokaz muzycznej przenikliwości, sprytu i obycia, których za cholerę
po takich typach zza oceanu bym się nie spodziewał. Kompozycyjnie niby to
złożone i chwytliwe zarazem, bardzo brutalne na zmianę z melodyjnym sznytem, z
ekspresją granicząca z obłędem, by po chwili lecieć zblazowaną manierą (a fuj) nu metalową. Raz ciosy markują, innym razem precyzyjnie trafiają
spustoszenie wokół czyniąc i co ciekawe, nawet w tym momentach nieco oszukańczej
zagrywki stylizowanej tylko na agresywne jebnięcie w moich oczach nie tracą
wiarygodności. Albo mnie ci kolesie skutecznie wymanewrowali, względnie omamili,
albo to w rzeczywistości kawał kapitalnej aranżerskiej roboty i spora
wyobraźnia muzyczna w nich siedzi, a ja bystrzacha (i tak dalej po linii
samouwielbienia) wychwyciłem ten zakamuflowany pod fatalnie brzmiącym
gatunkowym hasłem talent. Jaka opcja prawidłowa, tak po prawdzie (tutaj
powinno z rozpędu znaleźć się wulgarne słowo z nazwiskiem naszego
błogosławionego Pana „prezydenta” pośrednio kojarzone, ale się nie znajdzie, bo kultury
to akurat na ulicy się nie uczyłem) hmmm… kontynuuje wątek, ***** mnie
obchodzi! Najciekawsze i symptomatyczne, że jak słucham Meridional to w
dźwiękach echa takich mistrzów jak Mastodon także dostrzegam i absolutnie
nie myślę o zawartości merytorycznej tego co wokalista wykrzykuje, bo w pełni
na dobrej instrumentalnej robocie się skupiam. Pomaga mi w tym ograniczona znajomość
używanego języka, szczególnie w formule „ze słuchu i niewyraźnie”, a boję się gruntownie w tekstach pogrzebać, aby się przez ich światopoglądową, idealistyczną
„głębię” do całości nie zrazić. Zarzucam zatem na słuchawki to chrześcijańskie (chyba,
tak przynajmniej o nich przecież piszą) darcie ryja i pozwalam porwać się
chwili - do chwili, kiedy po dwóch, trzech odsłuchach mam ochotę powrócić do
tych albumów, które bez żadnych przeszkód formalnych w pełni zaspokajają moje
potrzeby w kwestii treści i formuły. Taki to z Meridional związek nie do końca
w świadomości zaakceptowany - może nie wstydliwy ale i nie w pełni satysfakcjonujący.
Takie też o tym albumie moje pisanie – nie do końca poważne i w całej
rozciągłości nieprofesjonalne, ale przede wszystkim moją pokrętna naturę zadowalające.
Człowiek chciałby poziom wysoki prezentować ale umiejętności mu brakuje! Wstyd
we mnie dojrzewa, opuszczona głowa gotowość do pokuty sygnalizuje. Ha ha ha - czekam więc
na karę, adekwatną do czynu. :)
P.S.
Kitu w tą powyższą konstrukcję nawciskałem, a teraz najprawdziwszą prawdę jak na świętej spowiedzi zdradzę – przesłuchałem Meridional, bo mnie obraz z frontu zaciekawił i teledysk do Deathbed Atheist wizualnie zaabsorbował. :)
poniedziałek, 16 stycznia 2017
Norma Jean - Polar Similar (2016)
Swego
czasu Meridional ochoczo katowałem i nawet ta religijna etykietka, jaką grupa posiada nie odpychała, gdy zwyczajnie sama muzyka wystarczająco intensywnie
ciekawiła. Trzy lata później kolejny ich album już podobnej Meridional sympatii
nie zdołał zaskarbić, stąd Polar Similar świadomie pominąłem. Teraz jednak
skuszony rekomendacją, ze sporym czasowym poślizgiem sprawdziłem czy goście się
zrehabilitowali, a może i moja ówczesna ocena Wrongdoers była niesprawiedliwa.
O tym przy innej okazji, bo oczywiście pomiędzy odsłuchami nowej produkcji, nie
omieszkałem kilkukrotnie krążka z 2013-tego roku odsłuchać. Zatem! Z inspiracji
pewnym tegorocznym muzycznym podsumowaniem postanowiłem koniec końców sięgnąć
po najnowszy album Amerykanów i mam cholera mieszane odczucia, nie mylić z
pomieszane w uczuciach. To bez wątpienia bardzo dobry materiał, jeśli brać
pod uwagę rejony gdzie spotykają się chwytliwy metalcore z surowym hardcorem i
ambitnym mathcorem. Tam właśnie Norma Jean swoje poletko znalazła i
zdecydowanie wykonując solidną pracę pozwoliła. by plon był urodzajny. Numery
kipią od pomysłów i są doskonale przemyślane, a proporcje pomiędzy przebojowym
potencjałem wynikającym z nośnych refrenów i melodyjnych fraz, a progresywnym
zacięciem by wielowątkowość w struktury wprowadzać są po aptekarsku zważone.
Materiał brzmi odpowiednio masywnie, jest w nim sporo brudu i energetycznej
żywiołowości, a tempa zróżnicowane, połamane rytmy nie pozwalają na pojawianie
się uczucia obcowania z typowym miałkim, bo schematycznym graniem dla bardziej
niż przeciętnie zbuntowanej nastoletniej publiczności. Ja człowiek już wiekowo
dojrzały, który na dźwiękowym gruzie zęby sobie już niejednokrotnie nakruszył i jednocześnie osoba posiadająca alergię na przesłodzone zasiewy wplatane bez opamiętania w ciężką
gitarową masę nie odczułem, by ta typowo po amerykańsku młodzieżowa maniera
wokalna frontmana całkowicie popsuła frapujący wymiar instrumentalny. I tutaj
jest właśnie to istotne „ale”, finalne odczucia czyniące mieszanymi. Nie
popsuła intrygującego posmaku całkowicie, jednakże siedzi we mnie tak mocno
zakorzeniona niechęć do barw głosu podobnych tym jakim dysponuje przykładowo Chester Bennington, ze swego czasu mega popularnego
i przereklamowanego Linkin Park, że na dłuższą metę ta cecha nie pozwala mi się
cieszyć z obcowania z numerami Normy. Jako urozmaicenie, sporadycznie tak, lecz
nie ma takiej opcji, przynajmniej na razie by grupa zyskała taka sympatię, jaką
darzę przykładowo Protest The Hero. Niby to zbieżne rejony gatunkowe i w
praktycznym wymiarze podobne granie, ale wokalnie to już bajki zupełnie inne.
Wiem że to taki detal, urastający w moim przypadku niemal do wymiarów obsesji,
ale nie jestem w stanie przejść obok niego zachowując względny dystans.
Doceniam w kompozycjach Normy Jean wiele aspektów i drażni mnie ten jeden! To
odwrotnie proporcjonalnie do ogólnie spostrzeganego metalcore’a - wiem, że on jako trend już jakiś czas temu
sczezł, dokonując żywota nie tylko dla mnie, ale najlepsi w tym Norma Jean,
mimo że już nie na pierwszym planie to na szczęście przetrwali.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




