Maminsynek (pierwsze i ostatnie pozostawione wrażenie) przyprowadza do domu rodzicielki hetery (kobieta kłótliwa, złośliwa, jędza, piekielnica, awanturnica) swoją przyjaciółkę-wybrankę. Co gorsze i jak tak kurde można, cudzoziemkę! Mamusia baba szczwana, bo na przykład i między innymi profesjonalistka w dojeniu frajerskiego państwa socjalnego, poza tym jak zasugerowałem nazywając ją w zdaniu poprzednim heterą, jest ona nastawiona negatywnie do niemalże wszystkich z otoczenia, a do kobiety synusia tym bardziej, że raz ona pojawiając się psuje dobry dla niej, przez lata wypracowywany układ pasożytniczy, dwa ona z jakiejś tam Polski i chyba jeszcze gorzej gdyby "nie daj Boże" była Azjatką. Niezła z tej sytuacji wychodzi skandynawska farsa, bo to projekt przez większość seansu ostro na groteskowy efekt komediowy nastawiony. Pomysł u źródła jest oklepany, stawiający na dobrą satyryczną zabawę wynikłą z konfrontacji różnic kulturowych, skrajnych cech osobowościowych i spostrzegania rzeczywistości z egoistycznego versus empatycznego punktu widzenia. Mimo wszystko rozwój zdarzeń zaprowadzi widza do mało zabawnego finału i to jest najlepsza część tej nieco irytującej tragikomedii. Dodam że uprzedzona hipokrytka, egoistyczna szantażystka i manipulantka żerująca na dobrych intencjach bliskich ma jednak jeszcze odrobinę ją usprawiedliwiającą tajemnicę. Zaborcza matka psychopatka (uwaga będę w tym zdaniu w jednym miejscu ironizował) ma jeszcze w zanadrzu uzasadniający jej sposób bycia powód by robić krzywdę, uważając się zasadnie obiektywnie za skrzywdzoną. Chociaż śledząc rozwój wypadków nie zapiałem ani raz z zachwytu, to może warto film niejakiego Ragnara Bragasona polecić, by pozwolić zainteresowanym sprawdzić gdzie będzie zmierzało i jaki bajzel po sobie pozostawi rozdrapywanie ran i dziedziczenie postaw, bo z punktu widzenia psychologii jest tu ważna prawda okrutna wyłuszczona, być może tylko sposób w jaki dokonano wyłuszczenia nie wywołuje u mnie potrzeby oklaskiwania i mega entuzjastycznego zachęcania, więc wybaczcie możliwe do wyczucia niezdecydowanie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ragnar Bragason. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ragnar Bragason. Pokaż wszystkie posty
środa, 12 kwietnia 2023
środa, 15 lipca 2015
Málmhaus / Metalhead (2013) - Ragnar Bragason
Nie mam jednoznacznej pewności czy
Metahead bardziej razi banałem, czy może udanie aspiruje do miana kina
ambitnego. Bo oto z jednej strony powiela modelowo stereotyp zagubienia
dorastającej, niedojrzałej jednostki w „niesprawiedliwej” rzeczywistości, która
w poczuciu alienacji w otchłań diabelskich dźwięków wpada - kontestuje zasady, w toporny sposób próbuje obnażać hipokryzje oraz z niemocy wrogość wobec bytu najwyższego manifestuje. Z drugiej strony natomiast ten
czarno-biały schemat przełamany zostaje postacią kapłana, który zagorzałym fanem
ostrej muzy się okazuje, czy postawami społeczności sąsiedzkiej ponadnormatywnie
wyrozumiałymi wobec emocjami nakręcanych kryminalnych występków bohaterki. To
właśnie te atuty, które z pułapki oczywistości fabułę wyrywają, każąc
jednocześnie zadać pytanie czy to nie nazbyt daleko idąca naiwność lub
życzeniowe podejście do wymagań wobec postaw ludzkich. Zakładam iż Islandia to
zupełnie inna mentalność, bo u nas zapewne bez spektakularnego linczu by się nie
obeszło. Nie wyobrażam sobie by nasza prowincja była w stanie tyle empatii z
siebie wydobyć w obliczu bezpośredniego ataku na świątynię, czy rozumieć bez
histerii w dorastającym ciele i dojrzewającej duszy obecny ból, frustracje,
gniew i niepokój. Nie będę jednak teraz użalał się nad kondycją empatii we
współczesnej najjaśniejszej Rzeczpospolitej i nadmiernie prowokował dysputy nad
powierzchowną rodzimą moralnością zaangażowaną w przemysł pogardy. Optymistycznie trzeba zerkać w przyszłość szczególnie, gdy od innych nacji
szlachetne wzorce płyną, przykład praktycznie rozumianych wartości dając. Ten
ksiądz z dziarą maskotki Maiden w tym kontekście szczególnie istotny, a jego
słowa o Jezusie, który też był outsiderem bez zbędnej metaforyki wprost w sedno
trafiające. Akceptuj ludzi jakimi są - prosta filozofia tak bezpardonowo
deptana przez instytucję, której w większości marionetkowi funkcjonariusze z takim zaangażowaniem z ambony
o ludzkiej godności mówiąc, pustosłowiem dla partykularnych interesów wojują. Z
tej perspektywy nie dziwi bezpośrednia wrogość dla pogardy pod miłosierdziem obłudnie
zakamuflowanej, pieprzącej dyrdymały w rodzaju "Bóg tak chciał". Naturalny bunt oczywisty i tylko rozumną akceptacją do
opanowania. Szczęśliwie labilna osobowość bohaterki tragedią rodzinną zdruzgotana, nieznosząca rozczarowań i w
przypływie negatywnych emocji zwyczajne głupstwa podpowiadająca na ludzi
rozsądnych i życzliwych trafiła. Była panna zagubiona, została zrozumiana i
finalnie uratowana - nie z łap muzyki tylko z cierpienia, bo to film nie o dźwiękach agresywnych, a o traumie z jaką człowiek żyć zmuszony. Trwanie w nieszczęściu,
zatracanie się w cierpieniu nie może być wieczne. Przełom musi w końcu nastąpić by
kolejnych ofiar uniknąć. Zrozumieli to jej rodzice, pojęła też i ona. W tym
chwilami odrobinę groteskowym obrazie z surowym klimatem miejsca i akcji oraz
wartościową puentą sporo do odkrycia i chociaż nie jest to w odczuciu moim
dzieło o charakterze wybitnym, to skłoniło mnie do kilku istotnych przemyśleń i pozwoliło
odkryć fragmentarycznie mentalność pośród pustkowia zamieszkałych Islandczyków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

