Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yórgos Lánthimos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yórgos Lánthimos. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2026

Kynodontas / Kieł (2009) - Yórgos Lánthimos

 

Nie widziałem dotąd nic z serii greckiej Lánthimosa i zaczynam ją z polecenia od Kła, po czym mam wyszukać koniecznie i odpalić Alpy (2011). Rekomendująca Lalu uważa, że to co greckie u Lánthimosa to samo najgęstsze, więc najlepsze i ma na to kilka argumentów naprawdę przekonujących, na które nie znajduje bezpośredniej kontrargumentacji. Zwyczajnie rzuconej z impetem, a zarazem finezyjnie podkręconej piłki nie jestem w stanie po seansie Kła, tak wprost skontrować. Z tego co mi podpowiada eL, u Greka nic nie jest łatwe, nic nie jest wprost wytłumaczalne i namacalne. Nie ma jasnych odpowiedzi, za to jest dużo pytań, pozostawiających widza w osłupieniu i konsternacji, dając mu pełną dowolność postrzegania sensu jego kina. Oryginalność jego filmów i fikołków, jakie tam wyczynia, jeszcze bardziej nadaje smaku i napędza do dalszej konsumpcji. Te znaki zapytania, to między innymi przerażające sytuacje, praktyki czy rytuały. Jak to możliwe, czy to w ogóle możliwe, dlaczego itd.? To chory mały świat, zamknięty w swoim dziwactwie, na tle normalnego życia, w wielkim świecie, pytając czy na tym świecie właściwie wszystko jest ok? To obłęd, to sterylność, która wręcz szczypie w oczy. Niedorzeczność jaka boląc, urzeka oryginalną świeżością. Gdzie paradoksalnie można odnaleźć wrażliwość, bowiem wynaturzenie posiada swoje smutne uzasadnienie - kontynuuje eL, dodając na koniec, a ja to podsumowanie wprost zacytuję „pokaż mi kogoś tak pięknie zrytego, który wymyśla tak chore rzeczy?”. :) W mojej ocenie, po ostatnim ciosie nokautującym, stwierdzam iż konsultantka trafia z nimi rzecz jasna w punkt, natomiast moje przekonania porównawcze, niekoniecznie w szerszym kontekście tą wyższość Kła i dwóch pozostałych, wciąż z tytułu tutaj nie wymienionych (skupiamy się na jednym, nie na całej stawce), bez bezdyskusji potwierdza. Nie stawiam ja jednakowoż Kła ponad okresem środkowym, czy najbardziej obecnym, bowiem bez porządnego wkładu finansowego początki Lánthimosa są przede wszystkim (a może wyłącznie?) mocno kontrowersyjne tematycznie oraz równolegle prowokujące poprzez stosowanie eksperymentu społecznego, testującego dobry smak widza (poliż to) i sprawdzające czy intelektualne podszycie tegoż, jest dla jego możliwości czytelne. Ja być może nie wszystkie sugestie odszyfrowałem, bądź trafnie przejrzałem, a prosta, standardowa w tym wypadku operatorska praca, jak i ascetyczna oprawa wizualna, nie pozwalała oddać naturalnie, pełnego wówczas wschodzącej gwiazdy potencjału. Dlatego ja spróbuję jednak uniknąć jednogłośnego wartościowania, choć to w tym wypadku nic złego (bez urazy Lalu :)) i dam do zrozumienia, że tak spoglądając inaczej, gdy kręcił w języku ojczystym, nie znaczy że robił to ani gorzej ani lepiej. Różnie, bowiem nie znaczy z miejsca gorzej, słabiej, a może jedynie z większymi czy mniejszymi możliwościami. Kieł nie wchodzi na poziom późniejszy pod względem aranżacji, choreografii ale jasno pokazuje, że od początku Grek slajduje na krawędzi i nie ma obawy się ześlizgnie i poturbuje. Podsuwał na starcie do autopsji, po rzetelnym, alergie wypierającym wstępnym obwąchaniu, kino które przymusza do potężnego ruszenia łbem, pozbawienia się moralnej tarczy zniesmaczenie potęgującej, wytężając przy okazji abstrakcyjnie ukierunkowaną wyobraźnię. Inaczej nie ma opcji, by prócz przepracowania opadu żuchwy poprzez okazanie szoku, więcej w tym EKSPERYMENCIE przyuważyć. A wierzę i widząc bez dodatkowych przesłon czuję, iż jest opcja że ślepia i łeb wychwycą smaczki, poziomy i przesłania szlachetne w obłędzie o totalnym poziomie porycia. Tak tak - serio. Tak sobie tą refleksje od początku do końca wyobraziłem, zaplanowałem i w klawiaturze wystukałem.

P.S. Czuję się teraz po wypaleniu z tym co powyżej, jak masło maślane lub jeszcze gorzej jak margaryna margarynowa i co najgorsze, nie czuję małego zażenowania, czy tym bardziej udręki wstydu, choć “polizałem” to co mi pod nos podstawiono, z mordką którą mi odruchowo wykrzywiało.

czwartek, 20 listopada 2025

Bugonia (2025) - Yórgos Lánthimos

 

Potężne cios, bądź ukąszenie w nos. Oglądasz człowieku z rozdziawiona gębą, stałym wlepieniem gał w ekran i podziwiasz przekozackie aktorstwo i całą wieloznaczną koncepcję perfekcyjnie zestrojoną z realizacją, a na finał jeszcze dostajesz przekąsem prztyczka w ten pieprzony nadęty, już nabrzmiały kinol, który tak samo jak ofiar rycia beretów jest niepodważalnie przekonany o wyższości własnego stanowiska wobec tego i tamtego. Trzeci ostatnio film ogólnie w podobnej tematyce świata nowej realności prawd i post prawd - manipulacji poprzez tworzenie teorii spiskowych kreujących alternatywną rzeczywistość. Funkcjonowania w kabinie pogłosowej - efektu, w którym członkowie środowiska lub ekosystemu są wystawieni na przekonania, które wzmacniają ich wcześniejsze poglądy poprzez komunikację i powtarzanie informacji wewnątrz zamkniętego systemu. Eddington i Jedna bitwa po drugiej, je mam na myśli, a praca Lánthimos wydaje się idealnym dopełnieniem tego swoistego, nieintencjonalnego tryptyku, bowiem każda z tych opowieści jest w formule zupełnie innej, więc i do ogólnego obrazu wnosi swoją indywidualną wartość i spojrzenie z zupełnie rożnego gatunkowego oblicza. Bugonia odnosi się wprost do teorii starożytnej, zakładającej że z martwego wołu mogą wykluć się pszczoły (AI podpowiada), która to z kolei (wysilam intelekt) sugeruje, że tylko z kompletnego rozkładu może narodzić się nowe czyste życie - a wszystko to w kolejnym cyklu. Lánthimos bierze archeologiczną zdawałoby się teorię i dopisuje do niej mięsistą historię, łącząc wiele (także absurdalnych wątków) w bardzo spójny proces analizy i syntezy obserwacji rozwijającego się w zastraszającym tempie świata wielotorowej dezinformacji. W Bugonii nietrudno doszukać się uderzania w liczne konkretne wykorzystujące słabe jednostki w kryzysach akcje ideologiczno-propagandowe i w instytucje czy naturalnie korporacje wyzyskujące pracę ludzką i bezrefleksyjnie eksploatujące środowisko, ale też mistrz Lánthimos staje w opozycji do oczywistych zdawałoby się zdroworozsądkowych przekonań, ironicznie dając do myślenia w finale - przewracając tylko pozornie dotychczasowo rozwijaną optykę, bowiem od początku czuć, iż nie traktuje swoich bohaterów w jednoznaczny sposób i nie wartościuje bezpośrednio ich toku rozumowania i zachowań. To nie jest przecież w taki oczywisty sposób zaangażowane społecznie, czy tym bardziej politycznie kino, tylko raczej prowokacja intelektualna, ukryta pod powierzchnią doskonałego thrillera. Kapitalnego, przemyślanego i błyskotliwego kina, które absolutnie nie traci walorów doskonałej zabawy, mimo że jest tragikomiczne, gorzkie i właściwie bez happy endu, bo trudno przecież liczyć na to że nie zmierzamy ku samozagładzie. Zmierzamy i może im szybciej, tym lepiej. :)

czwartek, 28 listopada 2024

Kinds of Kindness / Rodzaje życzliwości (2024) - Yórgos Lánthimos

 

Powiem, przypomnę to otwarcie - Lánthimos nie kręci typowych filmów, tylko przeprowadza eksperymenty, tak te w sensie estetyki, dziesiątej muzy technicznego oblicza formalne jak i psychologiczno-socjologiczne próby analityczne na widzu i na podjętych zagadnieniach. Filozoficzne niejednokrotnie deliberacje sam ze sobą, poddając nietuzinkowemu rozważaniu problematyki często funkcjonujące powszechnie, a przez to wydające się pozornie li tylko dostatecznie już poznane. On wtedy wjeżdża z tym swoim autorskim, odjechanych językiem filmowym i wyciąga tabliczkę z hasłem STOP, co Wy wiecie o tych procesach - ja Wam tu zaraz uświadomię, mieszając Wam przy okazji zdrowo w główkach! W Rodzajach życzliwości zapodaje trzy ostentacyjne historie (korporacja-kariera, małżeństwo-obłęd, sekta-rodzina), absurdalnie realnie nierealne tylko poniekąd, puentowane za każdym razem zgryźliwie symbolicznie, połączone ze sobą tak aktorskimi kapitalnymi personami (Stone, Plemons, Dafoe, Qualley, Chau), jak właśnie odniesieniem do rozgrzebywanego w treści ślepego przywiązania, miłości i oddania. Wspólny ich mianownik to poświęcenie bez świadomości tak krzywdzenia siebie jak i otoczenia. Przykłady skrajne, sytuacje obsesyjne, bliskie obłędu, kiedy człowiek jest zdolny do wszystkiego z kompletnie zrytym beretem. To w sumie truizm, mechanizm jest oczywisty, jednak totalnie trudny do powstrzymania - zdaje się otoczony już kultem (być może nadmierną też nomen omen życzliwością) Lánthimos sugerować między innymi. Wszystko w formie jedynej i osobnej, firmowanej od początku przez Lánthimosa wersji wizualnej i oczekiwanej od aktorów efektownej aktorskiej maniery - silnie przerażającej, odpychającej i zarazem frapującej, której pomaga antymuzyka, między innymi złowieszcze uderzenia w pojedyncze klawisze. W takim anturażu, w zupełnie nieoczywisty ale ostry sposób uświadamia ukazane procesy, które nie dziwą, lecz pomimo mnogich opracowań naukowych nadal są trudne do wytłumaczenia, a jeszcze bardziej (podkreślam) wyeliminowania. W skrócie że ludziom odpieprza w relacjach, gdy wszystkie granice zdroworozsądkowe się zacierają, a najjaskrawsze w nich jest bez względu na ponoszone koszty to absurdalne, ekstremalne oddanie.

wtorek, 2 kwietnia 2024

Poor Things / Biedne istoty (2023) - Yórgos Lánthimos

 

Merytorycznie z grubsza, rozbudowana o liczne, przyprawiające czasem o konsternację akcenty, wariacja na podstawie wątku z klasycznego Frankensteina, a też i (pobudzona ma wyobraźnia sypnie teraz „oświeconymi” powiązaniami) z Pinokia o stawaniu się posiadającym uczucia z krwi i kości człowiekiem i nawet pomyślałem, że Forrest Gump, przyswajający reguły życia i funkcjonowania międzyludzkiego, ale w szczegółach coś zaskakująco niesamowitego, gdyż Biedne istoty w (he he) istocie, to jest potężniejsza, a na pewno bardziej groteskowa, niż zasugerowane wyżej wątki skojarzeniowe sprawa. Wizualnie, a precyzyjnie operatorsku, spojrzenie „rybim okiem” na wizje Gilliama spotykające pomysły Burtona i one jakby przefiltrowane przez stare nieme kino fantasy zostają stuningowane jeszcze oryginalną wyobraźnią Lanthimosa. Nieźle nie? I gdyby to było mało, to architektonicznie malarsko Gaudi i Dali, z literacką domieszką gatunkową wiktoriańskiego horroru i rozprawy filozoficznej - eksperymentu też, zasadniczo mocno prowokacyjnego. Lanthimosa przecież nic nie ogranicza, bowiem zdobył nie tylko sławę, ale i bezkrytyczne uznanie, więc stać go na fanaberie, a Biedne istoty niewątpliwie mogą być za taką uznane. Zrobi to co sobie nawet pod wpływem najdzikszej fantazji ubzdura i nie będzie miał problemu ze sfinansowaniem najbardziej ekstrawaganckiego projektu, a czymże właśnie nie są Biedne istoty, jak wartościową, jednakże estetycznie fanaberią wyobraźni i błyskotliwie akrobatycznych rozmyślań, którymi można w takiej formule artystycznej się zachwycić i takiej metodzie analitycznej przyklasnąć, ale czy uznać że obecnie jeden z najciekawszych filmowców na tym opanowanym przez ludzkie potwory łez padole, za sprawą swojego najnowszego dzieła poczynił kolejny krok w ewolucyjnym marszu, to mam wątpliwości. Bo raz wszystko pięknie, niby wszystko się zgadza i w punkt wszystko tak jak po genialnym reżyserze można się było spodziewać, ale brak porażających emocji tak gigantycznych jak w Faworycie czy jeszcze mocniej uwypuklonych w Zabiciu świętego jelenia doskwiera i widzę (choć boję się upierać) w Biednych istotach więcej konstrukcyjnego podobieństwa z Homarem, bez względu jak wiele obie produkcje ilustracyjnie i plastycznie dzieli. Dwa Lanthimos poza tym też się tutaj odrobine wprost powtarza, a ni z gruchy ni z pietruchy wbita sekwencja tańca jest, a jakże odlotowa, ale jednak już nie robi wrażenia jak ta wówczas intrygująco-widowiskowa z Faworyty. Rozsupłując tenże intelektualny węzeł o fantasmagorycznym charakterze uprę się (zdecydowałem się jednak), że raczej biorąc pod uwagę mega analityczny, kosztem emocjonalnego sznyt bardziej Homar, ale i finałowe sceny te szczątkowe tylko przez dwie godziny napięcie wynagradzają skumulowanymi ładunkami i puentą otwarcie dosadną - zresztą cała ta historia, ten ekscentryczny traktat o emancypacji nie pozostawia człowieka obojętnym. Przecież to w końcu Yorgos Lanthimos, a nie jakiś tam ktoś jest.

P.S. Na koniec rzucę jeszcze tezę, że aktorsko wypas rzecz oczywista i czapkę z głowy zdejmę by okazać szacunek, ale mam poczucie, iż więcej i mocniej w tym segmencie od zaangażowanych gwiazd przez greckiego geniusza w dwóch ostatnich jego dziełach dostałem.

środa, 23 stycznia 2019

The Favourite / Faworyta (2018) - Yórgos Lánthimos




Yorgos Lanthimos na stałe już wkracza na salony! W przenośni i dosłownie, bowiem jego kino obecnie z hollywoodzkiego rozmachu korzystając sięga już nie tylko artystycznych, lecz także i realizacyjnych wyżyn, a najnowszy, tym razem kostiumowy dramat osadzony w XVIII-wiecznej Anglii ukazuje dworskie intrygi w niezwykle wyrafinowanym i zdobnym kompozycyjnie charakterze. Awangardowy artyzm pomnożony przez efektowny intelekt plus wysoki budżet, w tym przypadku bez cienia wątpliwości równa się geniusz! Błyskotliwy scenariusz – kreowanie pulsującego napięcia poprzez kunsztowne sączenie wysublimowanej intrygi. Rozbudowane dialogi – wulgarna werbalna szermierka o wyrazistych znamionach psychologicznej manipulacji. Prowokacyjny majstersztyk - wybitny pod licznymi względami, od operatorskiej maestrii i oryginalności ujęć, poprzez ozdobny przepych scenografii w tym fenomenalnej gry światło-cieni, po genialne aktorstwo nie tylko kobiecej obsady. Prostactwo mentalne z zaburzeniami o charakterze psychicznym - rozwiązłość i perwersja dworskich elit usposobionych konfrontacyjnie, bezwzględnie zabiegających o przychylność i zaszczyty. Kino spójne lecz stojące świadomymi sprzecznościami – porażająco poważna satyra na hipokryzję i moralne ubóstwo. Może nie "wchodzi na psychikę" tak silnie jak to za pośrednictwem „jelenia” Lanthimos ostatnimi czasy czynił, lecz równie jadowite i w psychikę widza cholernie sugestywnie się wpijające. Kino fabularnie osadzone w przeszłości, lecz o zaskakująco współczesnej wymowie, kiedy spojrzeć na dzisiejsze polityczne rozgrywki u szczytów władzy. Innymi słowy zachwycająco rozedrgana filmowa symfonia i merytoryczny uniwersalizm w pełnej krasie! 

czwartek, 14 grudnia 2017

The Killing of a Sacred Deer / Zabicie świętego jelenia (2017) - Yórgos Lánthimos




Niemal przed rokiem Lobstera widziałem i seans mieszane odczucia we mnie pozostawił, niemniej jednak abstrahując od przekombinowanej stylistyki, sam obraz dostarczył sporo wrażeń natury wizualnej i przede wszystkim gimnastyki dla umysłu, stawiając w moim odczuciu jego reżysera pośród tych współczesnych młodych twórców kinowej materii, w których nie tylko potencjał odtwórczy dostrzegalny. Żałuje teraz odrobinę, iż natychmiast po seansie nie odszukałem wcześniejszej produkcji Greka i nie sprawdziłem czym kilka lat wcześniej Kieł krytykę na tyle mocno zachwycił, że już wtedy Lanthimos uznawany był za reżysera nietuzinkowego. Teraz jednak nie mam zamiaru się ociągać, żadnego wahania nie będzie i kiedy tylko jak najprędzej okazja się nadarzy Kieł na ekranie mojego odbiornika zagości. Stanie się tak mniemam, gdyż mam już pewność wielkości Lanthimosa, bowiem Zabicie świętego jelenia to fascynująca w formie i treści uwspółcześniona wersja antycznej tragedii. W klasycznym układzie formalnym, gdzie prologos, parodos, epejzodion, stasimon, kommos i exodos – gdzie w każdej odsłonie zawarta jej istota, którą konflikt tragiczny wynikający z istnienia dwóch przeciwstawnych, ale równorzędnych racji i wybór niosący ze sobą zawsze klęskę lub śmierć bohatera, gdyż los jego jest z góry przez bogów przesądzony - gdyż przeznaczenie musi się wypełnić! Bo przeszłość echem powraca, a grzechy sprzed lat, świadome czy nieświadome muszą zostać odpokutowane. Ząb za ząb, nie będzie przebacz, cierpienie przyjdzie i swoje żniwo zbierze! Lanthimos stworzył obraz nieprawdopodobnie zimny, sterylny niczym blok operacyjny i jednocześnie wręcz paradoksalnie przesiąknięty emocjami niezwykle gęstymi. Są dreszcze, ciary wielokrotnie się pojawiające, napięcie, które wzrasta i dech w piersi zapiera, kiedy bezradność i manipulacja osiąga zenit. Niebagatelna w tym rola muzyki, która pomiędzy symfonią, operą, a dźwiękami sakralnymi oscyluje i wprowadza ten złowieszczy klimat podbijając natężenie ekspresji powyżej przyswajalnych tonów - wytrącając z impetem już przecież za sprawą samej treści wytrąconego ze strefy komfortu widza. Tutaj chirurgiczna precyzja rządzi, cięcia są przemyślane, a do rany jakby jeszcze mało bólu było sadystycznie sól jest konsekwentnie dosypywana. Abstrakcyjne zachowania bohaterów, ich recytowane kwestie, a także labirynty szpitalnych korytarzy hipnotyzują, wprowadzają w trans i sprawiają, że całe dwie godziny zagryzałem wargi i dziwię się, że z krwawiącymi ranami kina nie opuściłem. To nie jest w żadnym wypadku kolejna mniej lub bardziej szablonowa produkcja, to nie jest ambitne, ale jednak spoglądanie wstecz na twórczość Lyncha czy Kubricka, chociaż czuć, że styl reżysera na tych mistrzach poniekąd wzorowany. To rzecz absolutnie wyjątkowa, bo poziom zintensyfikowania i natężenia schładzanych konsekwentnie emocji gigantyczny, a wyczucie i umiejętności głównego kreatora tego, co dzieje się na ekranie wręcz porażające. Ja jestem zachwycony, mimo iż wprowadzenie, ten wstęp z pewnością świadomie wystudzony nieco przynudził, ale później... Później kilka scen które do historii kina przejść powinny dały mi taki zastrzyk adrenaliny, doprowadziły do wrzenia krwi w żyłach, a suchość w gardle nie pozwalała na wykrztuszenie kilku słów jeszcze przez dobrą chwile po zakończeniu projekcji. 

P.S. Jeszcze jedno zdanie, zdanie o obsadzie, bo przecież kreacje wszystkich kluczowych postaci tragedii wyborne, a szczególnie to, co pokazała kapitalnie tutaj dobrana mimicznie Nicole Kidman i ten młodzian o urodzie charakterystycznej do tak specyficznej roli doskonale predysponowany. Ręce same składają się do oklasków!

środa, 27 stycznia 2016

The Lobster (2015) - Yórgos Lánthimos




The Lobster, czyli przeładowane alegoriami nietuzinkowe studium "laboratoryjnych" związków małżeńskich, tylko dla widza otwartego na kino wysoce abstrakcyjne. Mnie akurat niekoniecznie zachwyciło, ale ja nie bardzo trawię taką pokrętną kombinatorykę, która wpływając znacząco na stylistykę próbuje wizję reżysera ubrać w zbyt wymyślną formę. Nie jestem zwolennikiem tego rodzaju dziwactw filmowych, nie posiadam bogatego doświadczenia z tego typu surrealistycznym kinem, stąd moja opinia w żadnym stopniu miarodajna. Podczas projekcji nie usnąłem, może odrobinę, nawet trochę więcej niż ciutkę zostałem zaintrygowany tematem oraz jego ukazaniem. Pogłówkowałem, na wysoki bieg intelekt przerzuciłem i własną interpretację spreparowałem. :) Ze strachu przed samotnością człowiek chwyta się każdej szansy na związek, bez wspólnych punktów zaczepienia, bez perspektywy na rozwój, bo być samotnym to być jak zwierzę i pozostawać w emocjonalnej próżni, na marginesie, niczym na banicji. Dopasowuje się więc człowiek często za wszelką cenę do narzucanych norm życia w układzie z tym jednym nietrafionym partnerem i cierpi w pożerającym energię związku. A może należy czekać do skutku, nie podejmować zbyt pochopnych decyzji, dotrwać do momentu gdy prawdziwa chemia połączy z partnerem z przeznaczenia. Tyle że samotność to taka "ciężka trwoga" która morduje cierpliwość i jeszcze zobowiązuje trwać w świecie sztucznych emocji wypowiadając kwestie w beznamiętnej manierze, nie będąc sobą tylko udając produkt reklamowany. Nie wiem, czy mam prawo tak intencje twórców homara rozumieć, czy zbytnio z nimi się nie rozmijam? To jest zawsze problem z tego typu kinem, że odkrycie przekazu jest trudne, a błądzenie widza daje autorom takich łamigłówek sporo zabawy i satysfakcji. Ale czy oto chodzi aby w spekulacjach tonąć dla frajdy reżysera i scenarzysty? Niemniej jednak abstrahując od stylistyki to skomplikowanie odbioru dostarcza gimnastyki dla umysłu i jeśli także realizacyjnie, warsztatowo nie ma się czego czepiać to grzechem ignorancji byłoby zbyt surowo oceniać ten obraz. Zatem tego nie robię!

P.S. Ogólne podniecenie panuje, że gwiazdor z pierwszego planu tutaj tak zaskakująco dobry. Akurat, że Collin Farrell to kapitalny aktor przekonałem się już do tego momentu wielokrotnie.

Drukuj