Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opeth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opeth. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 listopada 2024

Opeth - The Last Will and Testament (2024)

 

Jeśli się nie mylę, a mylić się raczej nie mogę, gdyż w miarę dobrze pamiętam wypowiedzi Mikaela sugerujące, iż wydany przed pięcioma laty In Cauda Venenum miał kończyć bogatą dyskografię jego zespołu, to pojawienie się The Last Will and Testament jest zaskoczeniem całkiem sporym. Z drugiej strony trudno mi też było w stu procentach dać wiarę, iż taki KOMPOZYTOR jak Åkerfeldt, który muzyką żyje, bo muzyką oddycha i muzyką się karmi, tak będzie w stanie bez oznak odstawienia nałogu z nią skończyć. Zakładałem że w najgorszym scenariuszu Opeth będzie zahibernowany, a jego ojciec w tym czasie stworzy kolejne dzieła w nowej dla mnie dźwiękowej stylistyce, tudzież we współpracy z kimś znanym i ceniony z branży pójdzie w side projekty, póki nie przyjdzie mu do głowy pomysł na kolejny zakręt, w znaczeniu wariację w obszarze w jakim funkcjonował Opeth. Okazało się iż z jednym chyba trafiłem, bowiem te pięć lat wcześniej Opeth zdawał się dotrzeć do ściany, mimo że ta granica oporu nie do pokonania wówczas została osiągnięta z klasą najwyższą, bo przecież ja na przykład poprzedni long wielbię wciąż i nie ma szans myślę bym wielbić przestał. Natomiast do The Last Will and Testament od początku, gdy dwa single stały się mi znane i ich zawartość łapczywie zgłębiałem, miałem przekonanie, że dał mi lider Opeth dość twardy orzech do zgryzienia, w którym zarazem zawarł na powrót mnóstwo rozwiązań dla brzmienia Opeth charakterystycznych, tak dla okresu może nie formującego styl, ale na pewno czasu tenże styl w okresie początku lat dwutysięcznych rozwijającego (mówię tu o drganiach, pulsie nerwowym właściwym z Ghost Reveries i Watershed oraz poniekąd Deliverance) oraz otworzył jak raczył przyzwyczaić ambitnie oblicze na kolejne nowe intuicje i inspiracje. Dużo tego w gęstym splocie The Last Will and Testament i nie mam pełnego przekonania, iż coś w sensie modernizacyjnym będzie z nowego albumu banalnie oczywistym drogowskazem do tego czego można by się spodziewać na następnym albumie, jeśli kiedykolwiek powstanie. Dróg jest wiele, MISTRZ zrobił poniekąd krok lub więcej wstecz, ale sprytnie nimi zawracając, powrócił do wcześniejszego rozstaju dróg, jaki też dzisiaj, kiedy czasu upłynął wygląda nieco inaczej niż drzewiej, dając sobie tym samym sposobność tak do wytyczenia nowego kursu bocznymi ścieżynkami, jak uzyskania możliwości ciekawego i świeżego spojrzenia na miejsca gdzie już był i trakty którymi podążał. Stąd uważam tegoroczny materiał za fenomenalny punkt wyjścia dla stworzenia w przyszłości dzieł wciąż "nowatorskich" i tym samym dowód na oczywistą dojrzałość i błyskotliwość Åkerfeldta jako wodza, równie też erudyty, kompozytorskiego półboga, gdyż każdy z ośmiu utworów współtworzących intrygujący liryczny koncept The Last Will and Testament stanowi niesamowitą łamigłówkę aranżerską, która wciąż naturalnie po dwóch dniach obcowania nie ułożyła mi się jeszcze finalnie w głowie i będę z nią "walczył" jeszcze zapewne długo. Może za wyjątkiem Parafrafu 1 i 3, które miałem już czas rozłożyć na czynniki i złożyć w formułę jaką od początku słyszał autor oraz Paragrafu siódmego, który jest najbardziej chwytliwy z racji użycia genialnych harmonii oraz finału w postaci A story never told, jakiego forma najsilniej może jednak kojarzyć się wyjatkowo nie z przytoczonymi fundamentalnymi tytułami, ale z albumem pokroju Pale Communion - najbardziej prog rockowym spośród wszystkich powstałych w obozie Opeth. 

P.S. Przykro mi na koniec, że "dziennikarze" i fani Opeth gadają tylko o tym że Mikael na nowej płycie znów ryczy. No ej, no przecież?! Jest także do zauważenia ta koperta jawnie nawiązująca oraz fakt nad którym mimo że nowy pałker sprawny jak cholera ubolewam, bowiem ja to na feeling wizualny Martina Axenrota chciałbym się dalej gapić. No ale OK, nie można mieć wszystkiego, czasem zdarza się nie mieć niczego, a ja tutaj mam przecież jednak wszystkiego  w brud dobrego, więc akceptuję zmianę na bębnach. :)

środa, 22 kwietnia 2020

Opeth - My Arms, Your Hearse (1998)




Kilka firmowych plumknięć na wejście (bo dobre intro skutecznie tajemniczą atmosferę potrafi wykreować), i po równej minucie konkretnie niedźwiedzim growlem nasączony wjazd wraz z April Ethereal. O tak, jest bardzo tajemniczo, ale i żywiołowo, jest mrocznie lecz też naturalnie refleksyjnie. Znaczy trójka w katalogu Opeth, to najdoskonalszy przykład muzyki opartej na dramatycznych zwrotach akcji, czyli zrazu potężnie ze skomasowaną ścianą riffów, podbijanych wyrazistą pracą sekcji rytmicznej, by po chwili płynnie, bez szarpania erupcje owej agresji ustępowały pola melancholii, dając powód do głębokiej zadumy. Mimo iż od Morningrise, to My Arms, Your Hearse nie różni się nazbyt znacząco, to jednak słychać w strukturach utworów pewne zmiany ewolucyjne, a sama konstrukcja już nie jest w najmniejszym stopniu aranżacyjnie nieporadna. Jak wówczas w 1998 roku o trzecim krążku Opeth celnie pisano, był to (i pozostaje dzisiaj również) złożony z misternie zaaranżowanych małych dzieł sztuki jeden z albumów, który dawał wielką nadzieję, że atmosferyczny metal ma jeszcze sporo ciekawych rozwiązań do zaoferowania, a przede wszystkim nie musi bazować wyłącznie na przynudzających smętach. My Arms, Your Hears to zbiór nie takich oczywistych i nie tak przejrzystych form jakimi chyba jednak na dwóch otwierających Szwedom drogę na nie tylko jak się okazało metalowe salony zdarzyło się częstować. Album to wciąż zbudowany na malowniczych kontrastach i pełnej melancholii szerokiej przestrzeni, ale znacząco bardziej spójny, zwięzły i oparty na najlepszych progresywnych wzorcach, jednako też z obfitą ornamentyką. 

środa, 2 października 2019

Opeth - In Cauda Venenum (2019)




Przekornym się zdaje być ostatnimi czasy maestro Akerfeldt, może też odrobinę niestabilnym szczególnie w stricte muzycznej formule, bądź jak też nieprzychylni metamorfozie Opeth złośliwcy odważnie swoje zdanie wyrażają, on zwyczajnie zagubiony pośród ambitnych, wymownie stylizowanych retro eksploracji. Dla każdego średnio nawet w temat wgryzającego się fana dokonań Akerfeldta jest wiadome, gdzie poszukuje on dla siebie inspiracji i jakie lądy próbuje z zapałem od czterech krążków odkrywać. Na fundamencie hardrockowym konstruuje przemyślane kompozycje, które intensywnie przesiąknięte zostają psychodelią o progresywnym charakterze, gdzie niemarginalne są też wpływy korzystające z bogatej folkowej ornamentyki, czy też nawet jazzujących improwizacji. Zachowując jednak elementarną uczciwość, mimo że każda z ostatnich płyt sygnowanych logiem Opeth to poziom warsztatowy dla bardzo wielu grup zwyczajnie poza zasięgiem, to zarówno nieco jeszcze fragmentami niedoskonały Heritage, czy dość mimo wszystko monotonny Sorceress (Pale Communion to cudo!) może nie rozczarowywały, ale pozostawiały jakiś niedosyt. Tym razem jednak (podobnie jak PC) In Cauda Venenum w moim osobistym przekonaniu sięga szczytów i choć nie od pierwszego odsłuchu (może i dobrze) trafia do serducha odsłaniając wszystkie własne walory, to po kilku zaangażowanych seansach mając wciąż coś interesującego, nieodkrytego do zaoferowania, uzależnia zwyczajnie. Ja przynajmniej od ostatniej soboty jestem nowym albumem zahipnotyzowany i jedyne czego się obecnie obawiam, to sytuacji w której zbyt częste korzystanie z tego dobrostanu spowoduje raz przesyt, dwa podwyższenie poprzeczki wymagań, której już w przyszłości Opeth  nie przeskoczy. W tym akurat miejscu rodzi się przerażający niepokój, wynikający wprost z dość tajemniczych deklaracji wodza Szwedów, iż o zgrozo ICV może okazać się finalnym krążkiem w dyskografii Opeth. Szczególnie wersy zamykającego album utworu sugerują niepokojąco zbliżający się "koniec drogi". Staram się jednak nie wieszczyć przedwcześnie tragedii, a póki decyzje ostateczne nie zapadły cieszyć się w pełni obecną formą ekipy Mikaela Akerfeldta i perspektywą dalszego rozwoju współczesnej opethowej muzycznej koncepcji. Liczyć, że ewentualna kolejna produkcja będzie w detalach równie nieoczywista i eklektyczna, a w ogóle tak samo mocno osadzona w solidnym riffie z interesującymi solówkami, jak wzbogacana epickimi orkiestracjami oraz jazzującymi tematami. Enigmatyczna i plastyczna, genialnie korzystająca ze zmian klimatu dzięki stosowaniu płynnych przejść pomiędzy zaskakująco gęstym łomotem, a subtelnym akustycznym plumkaniem. Bez ogródek komunikując, równie ekscytująca i pod względem kompozytorskim taka właśnie jak In Cauda Venenum, gdzie ponad sześćdziesiąt minut wymagającej skupienia muzyki nie nuży, a wręcz przeciwnie dzięki wtłoczonemu dramatyzmowi mija w mgnieniu oka. Gdzie bogate instrumentarium i mnogość frapujących rozwiązań rytmicznych oraz wymagające technicznej swobody wokale utrzymują emocjonalne napięcie. Mam pomimo niepokoju uzasadnioną nadzieję, że to nie jest ostatnie słowo Opeth, gdyż liczę że In Cauda Venenum zostanie bardzo entuzjastycznie przyjęta przez fanów i dziennikarską krytykę, dając motywacyjnego kopa szwedzkiej załodze. Przecież album z tak intrygującym konceptem lirycznym (Zatruty ogon - poligloci podpowiadają ;)) i każdą nutą z aranżerskim mistrzostwem wbitą w punkt nie może zostać inaczej potraktowany! Czyż mógłbym się aż tak mylić?

środa, 19 czerwca 2019

Opeth - Watershed (2008)




To ostatni taki klasyczny Opeth, zapis schyłkowego momentu tuż przed wielkim przełomem w dźwiękowej formule. Album na którym jeszcze death metalowym riffem zdarzy im się więcej niż tylko symbolicznie chłostać, a sekcji rytmicznej z impetem przypieprzyć i wreszcie Akerfeldt niedźwiedzim ryknie basem, aby odstraszyć co wrażliwszych. To jednak tylko jedna ze składowych muzycznej formuły Watershed, a króluje w niej progresja na wszelkie sposoby odmieniana i atmosfera która fantastycznie buduje niepokojący klimat. Mimo iż wówczas twierdzono że orkiestra maestro Akerfeldta zaczyna zjadać własny ogon, bo patent na oryginalną stylistykę się wyczerpał, to krążek z 2008-ego roku zdawał się wówczas tej tezie zaprzeczać. Miałem ja wtedy i mam obecnie przekonanie niezmienne, że szczwany lider po raz wtóry udowodnił iż korzystając z szablonu jest w stanie obudować szkielet kapitalną ornamentyką i finalnie wyczarować wciąż ciekawą porcję wielowątkowej i spójnej zarazem muzyki. Każda z zaledwie siedmiu kompozycji żyje własnym życiem i stanowi indywidualną konfigurację immanentnych dla Opeth rozwiązań. Słabości jakiejkolwiek w nich nie doświadczam, jednak najbardziej w pamięci pozostają te numery o quasi balladowej konstrukcji, jak Burden (intensywne korzystanie z brzmień inspirowanych archetypicznym prog rockiem) i Porcelain Heart/Hessian Peel (rozbudowane suity pełne zarówno napięcia i subtelności, nie tylko akustycznych). Trudno więc było mi co zrozumiałe po ponad trzech latach po premierze Watershed przyjąć do wiadomości, że ta era wraz z Heritage zupełnie zmieniającej oblicze grupy odeszła w przeszłość, a docenienie owej w konfrontacji z Watershed było wymagającą, wyboistą i długą drogą ku nowemu. Czy na pewno lepszemu? Czasami mam wątpliwości.

wtorek, 11 października 2016

Opeth - Sorceress (2016)




Od zaledwie niecałych dwóch tygodni najnowszy krążek Opeth mi towarzyszy, lecz czas nie jest w tym przypadku współmierny do ilości wykonanych odsłuchów. Bowiem w zaledwie dziesięć dni zawartość Sorceress gościła w domowym stereo, w samochodowym audio czy na słuchawkach za pośrednictwem smartfona, wielokrotnie więcej razy. Zapewne już wkrótce liczba zacznie oscylować w okolicach setki, a ja nadal pewności mieć nie będę czy ta świeża emanacja talentu Akerfeldta i spółki zasługuje na miano najdoskonalszego ich dokonania. Liczne odsłuchy podyktowane więc nie miłością od pierwszego wejrzenia, lecz usilną próbą przekonania się w pełni do kompozycji z albumu. Jednocześnie absolutnie nie mam podstaw, by Sorceress krytykować, gdyż pełny program płyty jakby nie starać się być złośliwym, to kolejny dowód potwierdzający wyjątkowość twórczości ekipy Mikaela Akerfeldta - zresztą gdybym je miał to bym się do kontaktów z albumem nie zmuszał. Z tym że w porównaniu z poprzednimi produkcjami chyba jeszcze trudniejszy w odbiorze, może nie nadmiernie skomplikowany, jednak z pewnością wymagający znacznie bogatszej znajomości awangardowych formacji egzystujących w latach siedemdziesiątych w okolicach rocka progresywnego. Inspiracje Akerfeldta wyraźnie w tą stronę skierowane, a ich fundamentem liczna czarnych placków kolekcja zebrana i zapewne intensywnie zgłębiana, by swą już przecież gruntowną wiedzę jeszcze intensywniej pogłębiać, ubogacając tym sposobem tworzone kompozycje i na kolejne nieznane wody wpływając. Moja świadomość w tym zakresie akurat dość mizerna, więc i ocena na wrażeniach poniekąd wyłącznie z kontaktów z Sorceress oparta - bo nijak inaczej prócz porównań z kilkoma jedynie legendami sceny prog-rockowej może być dokonana. Żałuję zatem i z pokorą w skromność się oblekam, uznając swą niedoskonałość zabraniającą krytyki i uniemożliwiającą staranne, dostatecznie precyzyjne i w pełni wiarygodne osadzenie nowych utworów w ramach stylistycznych. Dostrzegam tylko, iż ta zwiewna folkowa przebojowość ocierająca się, albo też już bezpośrednio nawiązująca do charakteru legendy Jethro Tull współegzystuje bez najmniejszych tarć z ciężkim kalibrem potężnego riffu i doomowej aury. Pod kontrastowym pierwszym planem masa detali poukrywana, dodatkowo kamuflowana rozmytym brzmieniem i hipnotyzującym klimatem. Kunsztowne solówki, urzekające pasaże i oniryczna atmosfera przenika się z pulsującym drugim planem, a magnetyzm permanentnie przyciągający mnie do albumu, tkwi w doskonałych aranżacjach i genialnym wirtuozerskim warsztacie. Od Heritage Opeth pływa już po akwenach dla muzyków wysoko zaawansowanych, wybierając (w sumie jak to zawsze robili) kurs całkowicie autonomicznie, bez oglądania się na opinie innych. Przyznaję, że bardzo podoba mi się taka strategia postępowania i miejsca w które ona grupę popycha, bez względu na trudności w oswojeniu się z nimi. Traktuje Akerfeldta jak przewodnika i nauczyciela, a z osobami o takich kwalifikacjach się nie sprzecza, jeśli bez przymusu uzna się ich niekwestionowany autorytet. Deklaruję zatem swoją gotowość na kolejne fascynujące lekcje i obiecuję w miarę wolnego czasu zadania domowe odrabiać.

P.S. Jeszcze okładka! W jednym zdaniu, jedna z najciekawszych jakie miałem okazję zobaczyć. 

środa, 8 kwietnia 2015

Opeth - Blackwater Park (2001)




Jakie efekty mogła przynieść współpraca grupy Mikaela Akerfeldta ze Stevenem Wilsonem? Odpowiedź dla otwartych na rozwój fanów opethowskiej twórczości była jasna - wyłącznie wyborne. Może jedynie zwolennicy archetypicznej muzycznej formuły, jaką na początku kariery Opeth realizował mogli mieć uzasadnione obawy. One usprawiedliwione spoglądając na zawartość Blackwater Park, bo całkowicie zniknęły te surowe kontrasty charakterystyczne dla trzech czy nawet czterech poprzednich krążków, a w zamian pojawiły się w pełni spójne kompozycje korzystające z przepisu, agresywnie na zmianę ze zwiewnie jako jedynie punktu wyjścia, a nie celu samego w sobie. One pozostają sednem utworów, jednak brzmienie cieplejsze i aranżacje doskonalsze sprawiły, iż każdy numer nabrał cech swoistych, przez co album jako całość pachnie świeżością nowej dojrzalszej jakości. Pewnie większość znawców tematu zauważy, iż już Still Life dostarczał przekonania o kierunku rozwoju, jaki na Blackwater Park konsekwentnie nasilany, jednako ten przeskok jakościowy pomiędzy czwartym krążkiem, a piątą odsłoną bardziej zauważalny niż pomiędzy albumem z 1997, a 1999 roku. To z pewnością zasługa właśnie Wilsona, którego wpływ na kształt zarówno brzmienia jak i konstrukcji kompozycji niepodważalny. Nadał on wraz z muzykami grupy płycie zamglonej, rozmarzonej aury. Doprawił nostalgicznym mrokiem i typowo progresywnym podejściem do tematu. Brak tutaj drapieżności Orchid, Morningrise czy My Arms Your Hearse oraz sterylnej mechaniki kolejnych trzech krążków (wyłączam rzecz jasna Damnation). Przez co z perspektywy czasu jawi się jako album w dyskografii grupy wyjątkowy, o klimacie jaki już w takiej formie nie pojawił się na żadnym innym albumie sygnowanym logo Opeth. 

niedziela, 9 listopada 2014

Opeth - Deliverance (2002) / Damnation (2003)




Taki pomysł ówcześnie gdzieś przed przełomem 2002 i 2003 roku Akerfeldt powziął, że skomponuje dwa albumy oparte na skrajnych elementach w muzyce Opeth funkcjonujących. Niczym ogień i woda różne, jaki i jednocześnie yin i yang się wzajemnie dopełniające. W najprostszym rozumieniu natury rzeczy, pierwszy będzie gwałtowny i ciężki, drugi natomiast miękki i subtelny. I co sobie zaplanował to zrealizował, a jaki efekt uzyskał to już kwestia indywidualnej oceny. W moim przekonaniu takie manwery oddzielające tkankę od kości często nie są do końca fortunne, bo fenomen i magia, czyli życie dźwięków zawarte przecież właśnie w tej koegzystencji. Pozbawianie kompozycji ich współpracy, to niczym zabieranie z doby nocy lub dnia, ciemności lub światła. Szczęśliwie zarówno Deliverance nie jest wyłącznie ciężki, gwałtowny, jak i Damnation pośród subtelnych, niemal semi-akustycznych rozwiązań ma w sobie sporo dynamiki. Dzięki temu oba albumy nie są jednowymiarowe, a kontakt z nimi nie wiąże się w żadnym przypadku z nudą. Faktem niezaprzeczalnym jest oczywiście, że są one od siebie zdecydowanie różne, bo na Damnation nie uświadczymy growlu, a na Deliverance nie ma miejsca na zbyt mięciutkie pitu pitu. ;) Będąc jednak w pełni uczciwym i precyzyjnym to Deliverance bliżej do klasycznych dokonań grupy, bo bardziej zróżnicowany z domieszką niewielką ale jednak tego pitu pitu i zwyczajnie taki, najprościej ujmując „opethowy”. Damnation zaś to pewna nowa jakość, gdzie ten pseudo akustyczny szlif w bliskim związku z art rockiem czy progresją w mniej skomplikowanym wydaniu się spotyka. Może to odrobinę zaskakujące biorąc pod uwagę, że jestem zwolennikiem stylu obecnie firmowanego na Heritage i Pale Communion ale częściej wracam do tego cięższego oblicza tandemu Deliverance/Damnation. Nie mam pojęcia czym to jest spowodowane, bo obydwa albumy darzę sympatią i jako pewien etap w rozwoju grupy szanuję.

P.S. Wątek osobisty jeszcze tak na marginesie, że Hope Leaves na moim weselu mi „orkiestra” zagrała, jako numer otwierający zabawę. Wyszło naprawdę bardzo dobrze, co pewnie zaskakujące, biorąc pod uwagę poziom tych, co na takich biesiadach muzykują. Po prostu trzeba było z odpowiednią pieczołowitością sobie grajków dobrać.

poniedziałek, 1 września 2014

Opeth - Pale Communion (2014)




Jak tu u siebie nie dostrzegać zdolności wróżbiarskich w kontekście niedawnej refleksji wokół Heritage i konfrontacji z najnowszym albumem Opeth. ;) Przewidziałem bieg zdarzeń bo Akerfeldt twórcą nierozczarowującym i znającym fach znakomicie. Opeth dziś wygodnie umościł się na jeszcze niedawno z pewną nieśmiałością i naiwnością za sprawą poprzedniej produkcji odkrywanym terenie. Okrzepł i jako już wytrawny gracz wszedł z rozmachem do rywalizacji o najwyższe laury. Podstawą do tak śmiałej tezy zawartość Pale Communion, czyli nastego już albumu w karierze. Skonsolidowany w nim ładunek dźwiękowej maestrii i emocji porywa, sprawia, że zatracenie się w wybornych kompozycjach, to najdoskonalsze antidotum na wszelką schematyczność, popkulturową żenadę czy miałkość trendziarskiej szmiry. Ogólnie wszechogarniające tandeciarstwo jakie z każdego kąta wypełza niczym roznosiciele zbawienia za srebrniki (ja pesymista czy realista). :( Album jest dopieszczony pod każdym względem, produkcyjnie dopracowany z pedantyczną obsesją, zagrany z kapitalnym feelingiem i co zaskoczeniem być nie mogło wirtuozerskim rozmachem. Rzewne plumkanie przenika się z pulsującym rytmem, a chwytliwe melodyjne partie uzupełniają idealnie ze skomplikowanymi frazami. Jest natchniony artyzm i jest intelektualnie, niemal elitarnie ale i czuć w tej muzycznej materii ducha rebelii. Bo pomimo, że w dźwiękach metalu w tradycyjnej formie nie uświadczymy to nadal diabeł jakiś taki, alchemicznego pochodzenia się czai, a mrok z niepokojem osnuwa poczynania grajków. Psychodelia w art rockowy frak się tu przyodziewa. ;) Właśnie - to co różni posiadający metalowe korzenie ansambl Akerfeldta od wyrastających z prog rockowego undergroundu, to ta rogata kontestacja, tajemnicza aura i podporządkowanie umiejętności samym kompozycjom. To nie jest przedkładanie efektownych rozimprowizowanych szaleństw czy monotonnie rozwijanych tematów nad zwartą strukturę czy dyscyplinę prowadzenia narracji. Dlatego też zawsze odczuwałem pewien zgrzyt i poczucie niezrozumienia w konfrontacji z wieloma tuzami progresywnej niszy. Czułem wyraźnie, że czegoś mi brak - pomimo rzecz oczywista szacunku dla ich dokonań nie byłem w stanie w pełni docenić takiego wyniosłego przekonania, że się więcej w muzyce rozumie i w związku z tym zamiast ambitnych wyrazistych piosenek de facto bezpłciowe i przegadane dłużyzny się produkuje. Rozumiem już, że problemem specyficzne podświadome definiowanie istoty proporcji i poczucie błękitnej krwi płynącej w żyłach. Piosenki są dla prostaków - my robimy sztukę! ;) Stąd "pitu pitu" Opethu nawiązujące obecnie estetyką do tuzów ambitnego rocka nigdy nie będzie w pełni akceptowane przez zdeklarowanych zwolenników takiej "arty-stokratycznej" formuły. Jednocześnie też trudna do zaaprobowania dla metalowej hordy będzie ewolucja grupy w te salonowe rejony. To problem zapewne, gdyż przyrost fanów nie będzie proporcjonalny do jego odpływu. Myślę mimo wszystko, że większym zmartwieniem dla Akerfeldta byłaby stagnacja i brak pomysłów na rozwój niż obawa przed niezrozumieniem. To swoisty sprawdzian dla tych co od źródła obserwują bieg tej opethowej rzeki, czy są w stanie prócz jaskrawych kontrastów firmowanych u zarania, uznać także ten puls współcześnie w numerach grupy istniejący. On nie pobudza dynamiki fragmentarycznie tylko stale kompozycje uatrakcyjnia - jest dojrzalszy, bardziej przemyślany, zgrabniej skonstruowany i przede wszystkim porzucający ten często toporny metalowy szlif. Ja ten egzamin zdałem - jestem równie mocno oddanym niewolnikiem Still Life jak i zafascynowanym admiratorem Pale Communion. Oby tylko te donośne głosy krytyki nie wytrąciły szefa wszystkich szefów w firmie Opeth z tej perspektywicznej ścieżki. Jak już błądzisz szefie to rób to na swoich zasadach. :) 

niedziela, 8 czerwca 2014

Opeth - Ghost Reveries (2005)




Ryk Akerfeldta album z przytupem otwiera, a dalej, już po chwili aksamitna barwa swoją rolę odgrywać zaczyna. To patent charakterystyczny dla Opeth - immanentny dla stylu wypracowanego, który to aż do Heritage taką formułą mimo osłuchania imponował. Rwane riffy, tempa intensywnie zmieniane, klimat kontrastowo budowany, klawiszowe ornamenty i solówki niczym z progresywnych kolosów czerpane, dominują. Znaczy się, nudy spodziewać się nie można, kiedy z takim aranżacyjnymi wygibasami przychodzi się skonfrontować. To chyba największa zaleta tej szwedzkiej, dla wtajemniczonych z pewnością już legendy, że w wielowymiarowych, rozległych kompozycjach tyle wątków intrygujących zawrzeć potrafi, by słuchacz nawet przez moment monotonii nie odczuł. Klasa to sama w sobie by jednocześnie z gracją scalić brutalną i sentymentalnie-nostalgiczną stronę natury - by uniknąć miałkości i infantylnej pozy. Opeth wyjątkiem wśród tych licznych z lat dziewięćdziesiątych zespołów, które z prób ożenienia dnia z nocą, metodę na sukces uczynić próbowały, by dziś stać się karykaturą, kiczu synonimem. Niestety liczne grono z tej stylistyki się wywodzące z perspektywy czasu śmieszy naiwnością czy aranżacyjną toporną manierą. Szczęśliwie Opeth swoją autorską drogę wybrał, skutecznie od żenującej formy już pod koniec ubiegłego wieku się uwalniając. Przełomem dla mnie Still Life pozostaje i od niej pasmo nieprzerwanych majstersztyków z pasji Akerfeldta pochodzących rejestruje. Po drodze większe lub mniejsze modyfikacje stylu zarejestrowałem, jednakowoż jakby nie w sensie ich natężenia one zróżnicowane, to jakościowo jak zawsze najwyższy poziom zachowujące - wyprzedzające większość konkurencji już w przedbiegach. Taka też jest Ghost Reveries, po części rewolucyjna by zarazem tradycyjnym szablonem przyzwyczajonych do formy fanów uspokajać. Raz gwałtowna, innym razem zwiewna - przebojowa i skomplikowana w odpowiednich proporcjach. Bez słabego punktu z kulminacją w postaci Reverie/Harlequin Forest, numeru tak idealnie oddającego istotę Opeth. Słucham już od lat z równie wyraźną przyjemnością i myślę, że Ghost Reveries już na zawsze wyjątkową rolę w mym życiu będzie odgrywał. Dla wszystkich czujących fenomen twórczości Akerfeldta to pewnie jasne, są na tym świecie rzeczy których nie można kupić - cytując pewnego uznanego barda. :)

środa, 4 września 2013

Opeth - Still Life (1999)




Czwarta odsłona geniuszu Mikaela Akerfeldta w godzinie z hakiem zamknięta. Przełomowa nie tylko ze względu na zmianę bandery pod jaką wydana, lecz przede wszystkim za sprawą udoskonalenia proponowanej już od kilku lat wcześniej oferty. Tam gdzie jeśli moje przekonanie trafne na poprzednich produkcjach odrobinę nieporadne, dosyć jeszcze kwadratowe aranżacje dominowały, tu już płynność w manipulowaniu wątkami jest iście porywająca. Charakterystyczna już, wypracowana w mozole struktura utworów Szwedów pozostała nietknięta - subtelne akustyczne fragmenty z dyskretnym wokalem sternika formacji, co raz rozbijane potężną ścianą ciężko dudniących riffów, głębokim bulgotem piekielnego ryku oraz dla zrównoważenia skali kontrastu posmakiem chóralnych niemal zaśpiewów. I tu wtrącić muszę, iż growl prezentowany od lat przez Akerfeldta rozrywa membrany moich wychuchanych podłogowych Tonsilów w sposób niewiarygodny energią grzmotu w nim zawartą i ładunkiem napięcia odczuwalnego. Wszystkie elementy muzycznej mozaiki Opeth ze smakiem, odpowiednią dozą profesjonalizmu i artystycznej wrażliwości spojone. I chociaż to już czternaście lat służby tego albumu w mojej kolekcji muzycznych diamentów, krążek nadal intryguje i przede wszystkim zadowolenie z obcowania z nim przynosi. A Still Life tak naprawdę zaledwie początkiem fenomenalnej, dojrzałej ewolucji grupy do miejsca w którym znajduje się dzisiaj. Piękno w srebrnych krążkach zamknięte znaczy ścieżkę jaką Akerfeldt z kompanami od lat podąża.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Opeth - Heritage (2011)




Pod stromą górkę zdecydowanie miałem z tym krążkiem. Zdawałem sobie oczywiście sprawę po licznych przedpremierowych zapowiedziach, iż większość starych fanów formacji Akerfeldta będzie mocno zaskoczona nową propozycją Opeth. Jednak zakładając, że takiej muzy słuchają ludzie raczej otwarci i głodni tendencji rozwojowych przekonany byłem, iż pomimo zmian i ten album zostanie od początku zaakceptowany. Jednak jak się okazało w pierwszym kontakcie trafiłem na rewolucje zamiast ewolucji. Muzyka w porównaniu do wcześniejszych dokonań formacji jawiła się zdecydowanie monotonnie bez emocjonalnej głębi z zupełnie innym, trudno opisywalnym brzmieniem. Banalnie rzecz ujmując, skwitowałem pierwsze odsłuchy - takie to pitu, pitu! Jedynie singlowy The Devil's Orchard był na tyle intrygujący, że wałkowałem go dosyć skutecznie jednakowoż album jako całość po kilku przesłuchaniach wylądował na marginesie, został odłożony na czas dłuższy. Po dwóch miesiącach postanowiłem już z dystansem dać mu jeszcze jedną szansę. I stała się rzecz niezwykła - wtórne podejście dało wyniki jakich bym się nigdy nie spodziewał. Album "pitu pitu" okazał się jednym z częściej goszczących w moim odtwarzaczu. Pytanie za sprawą czego doszło do tak radykalnej zmiany percepcji? Trudno orzec - może problem tkwił w oczekiwaniach lub też rewolucyjne zmiany były w tamtym momencie nie do ogarnięcia, a dopiero czas pozwolił je zaakceptować? Nieważne! Istotne jest to, że Opeth wyrwał się z niszy która z dzisiejszej perspektywy nigdzie dalej by go nie zaprowadziła, geniusz Akerfeldta wyczuł być może, że to właśnie ten moment jest najlepszy na wprowadzenie zmian. Gratulacje za odwagę i intuicje, która w efekcie dała dzieło otwierające grupie wiele nowych ścieżek, od wpływów progresywnych, art rockowych do psychodelicznych rozjazdów. A ja już teraz z niecierpliwością czekam na kolejną płytę, która prawdopodobnie może być tą naprawdę wyjątkową. Bardzo tego sobie życzę!

Drukuj