Lonely Kamel to tacy przekorni nieco zawodnicy. Tak sobie lajtowo rockowali na Blues for the Dead, by na
kolejnym krążku uderzyć z impetem właściwym ciężarem i znów nieco zaskoczyć na Shit
City mniejszym udziałem improwizacji, kosztem żywiołowych, ale jednak piosenek. Teraz
po raz już wtóry budzą emocje serwując tym razem tylko siedmioutworowy album (w tym coś na kształt miniatury zatytułowanej Move On), złożony z
kompozycji rozpościerających ścianę dźwięku w formule starannych aranżacji. Z gęstą
gitarową lawą i pulsującym basowo-perkusyjnym szkieletem. Poszczególne numery
charakteryzując się progresywnym charakterem, dynamicznie i swobodnie wykorzystując transowy klimat. Soczyście rozbujany groove, cholernie nośny flow, w co najmniej
kilkuwątkowych, wielopłaszczyznowych numerach, doskonale zespolonych w
pasjonującą fakturę. I chociaż nie ma
się czego czepiać w stosunku do każdego z trzech (debiutu jeszcze nie zdobyłem) dotychczasowych krążków
samotnego wielbłąda, bo wszystkie posiadają w sobie esencję klasycznej
stonerowej jazdy, to ja dzisiaj po wielokrotnym odsłuchu Death’s Head Hawkmoth
stwierdzam, że tym albumem sięgnęli tam, gdzie chcę ich zawsze widzieć. Tam
gdzie gęsta, lecz nieprzesadnie rozimprowizowana struktura i chwytliwa melodycznie estetyka, brata się z rasowym ciężarem, dojrzałością
kompozycyjną i zaawansowaną świadomością muzyczną. Czego zakładam, nawet jeśli kolejny ich krok będzie według powyżej zasygnalizowanej zasady bardziej sofciarski, oni akurat sępić w przyszłości nie będą.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonely Kamel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonely Kamel. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 22 kwietnia 2018
piątek, 19 września 2014
Lonely Kamel - Shit City (2014)
Odpalam
krążek i zdziwienie! Opad szczęki i pytanie czy samotny wielbłąd od tej pory na
motorheadowych sterydach będzie zapieprzał? Przyznaje morowe otwarcie wraz z pierwszym fragmentem numeru
tytułowego chłopaki zafundowali, prosto do przodu z niewymuszonym naturalnym
feelingiem. Ale to by było na tyle, bo od drugiej fazy w kawałku już sto
procent Lonely Kamel w Lonely Kamel i tak już do końca albumu bez większych
zaskoczeń. Fakt ta płytka pomimo zachowania wszystkich cech zasadniczych dla grupy jest jednak wyraźnie w charakterze różna od
Blues for the Dead czy tym bardziej Dust Devil. To oblicze modyfikuje przede wszystkim, brzmienie cieplejsze z mniejszą dawką piachu pomiędzy strunami, za to z
dominująca rolą bezpretensjonalnego rock’n’rollowego zacięcia. Tak jak na
dwójce Audioslave po części gościło, a w trójce muśnięcie Kyuss wyczuwałem to
czwórka tak po trosze bezpretensjonalnością The Hellacopters mi zajeżdża.
Oczywiście te porównania za daleko wybiegające, a reminiscencje powyższych
formacji to tylko luźne skojarzenia jakie mi się nasuwają. Tak to odczuwam, a
może precyzyjniej pisząc tak sobie te różne wymiary jednego stylu wielbłąda na
własny użytek archiwizacyjny opisuję. Bardzo zgrabnie Shit City jest
skonstruowane, nad wyraz płynnie, nie szarpiąc i dyskomfortu nie przynosząc. To
świetnie zaaranżowana porcja rocka, przyjemnie chwytliwa, rozkosznie bujająca
ani banalna ani przekombinowana. Zwyczajnie tajemnica sukcesu tkwi w idealnie
dobranych w odpowiednich proporcjach składnikach. Baza solidna na stonerowym wywarze
przygotowana, a do niej garść tego, szczypta tamtego i morda takim typom jak ja
się cieszy. Mam prawo do zadowolenia, bo czekałem na ten album i ogromne
oczekiwania w nim pokładałem, a Norwegowie po raz kolejny mnie nie zawiedli
dając produkt markowy z dobrze znanym firmowym szlifem i czymś, co Shit City
wśród poprzedników wyróżnia. Czwarta odsłona ich talentu, trzeci krążek, który
uwielbiam, a każdy z tej trójcy własny koloryt posiada. Udowodnił wielbłąd, że na
swoje wysokie miejsce wśród retro rockowego trendu zasługuje – bezapelacyjnie!
piątek, 13 grudnia 2013
Lonely Kamel - Blues for the Dead (2010)
Szwedzka stajnia Transubstane
Records, dostarczyła mi już kilka świetnych stonerowych czy retro rockowych albumów do
degustacji, ale i przede wszystkim dała większym wytwórniom szansę na
wpuszczenie ich w bardziej szeroki obieg. I tak Lonely Kamel już dziś w
towarzystwie Monster Magnet w zmieniającej wyraźnie profil Napalm Records
rezyduje. Ale zanim tam ci Norwegowie trafili, nagrali Blues for the Dead, gdzie
w kapitalnej formie zawarli najlepsze cechy rocka, co na stonerowym zawieszeniu
postawiony. Dziwiłem się przez moment, kiedy do świadomości mojej dotarło, że
ta pełna piachu, chwytliwa pustynna maniera samotnego wielbłąda z kraju fiordów
pochodzi. Jednak jak tak sobie pokombinowałem i kilka innych ekip z północy wyłowiłem,
co tego rodzaju stylem muzycznym się zajmują do wniosku doszedłem, że na jakiej
podstawie w mroźnym klimacie nie można takiej słonecznej energii wytworzyć. Jak
się żyje tam gdzie czasem naturalne światło jedynie przez kilka godzin w czasie
doby dociera to najlepszym sposobem by w depresji i smutku się nie pogrążyć
jest wykrzesanie z instrumentów tego rodzaju energie, by to ona napęd do życia
dawała. Typom z Lonely Kamel wyszło to doskonale i nie tylko sami pewnie pożytek
ze swojej pasji mają, ale i takim szaraczkom jak ja radości i kopa pozytywnego
udzielają. Wdzięczny im jestem ogromnie, bo ten ich autorski blues satysfakcji
mi dostarcza co niemiara, nastraja mnie optymistycznie i nakręca do zabawy,
uśmiech szeroki na twarz mi przyklejając. Jak sobie tak słucham jak chłopaki
szarpią struny i okładają zestaw perkusyjny, to wyobraźnia znacznie intensywniej
zaczyna pracować. Siedzę ja wtedy w masywnym amerykańskim potworze, co bezmiar
szos wśród piachu i skalistych pagórków przemierza spoglądając w dal skąpaną w
czerwonej poświacie zachodzącego słońca, lub też na werandzie w wieczornej porze
cygaro sobie zapalam, by odprężyć się beztrosko. W dupie wtedy wszelkie problemy
życia codziennego (będąc nieodpowiedzialnie wulgarnym) pozostawiam, odjazd robię
z tej rzeczywistości pełnej szczurzych zawodników, co uczestniczą w wyścigu o bogactwa, które z
nich niewolników czynią i esencji życia zażywam. Są takie dni, możesz mi
czytający te wypociny nie wierzyć, kiedy takie dźwięki ratują mnie przed
obłędem. Jak ja kurwa jestem ich autorom za to wdzięczny! Serio. myślę że czując
je w taki sposób szczęściarzem jestem co na żadne materialne bogactwa tego daru
by nie zamienił. No dobra, spróbujcie mnie sprawdzić. :)
czwartek, 12 września 2013
Lonely Kamel - Dust Devil (2011)
Ci norwescy piewcy tradycji
stonerowego młócenia porwali mnie już przy okazji Blues for the Dead i wraz z
pojawieniem się w głośnikach moich Dust Devil utwierdzili tylko w przekonaniu o
kapitalnej ich smykałce do tego rodzaju dźwiękowej estetyki. Różnica jednak
pomiędzy powyższymi krążkami dość znaczna w przekonaniu moim. Tam gdzie
poprzedniczka przyjemnie, bez zgrzytania piachu między zębami swoją narrację płynnie prowadziła, album z 2011-ego zdaje się mieć więcej brudu i gruzu w
sobie. Może to i rzeczywistości do końca nieoddające porównanie, jednak by w odrobinę przejaskrawiony sposób zobrazować ten stan – więcej na
dwójce przebojowości debiutanckiego Audioslve, a na trójce kyussowej
zadziorności. Zdecydowanie bardziej nieprzewidywaną produkcją Dust Devil się
okazała, mniej poukładaną i nie mam tu w żadnym wypadku na myśli cech o jej
niedopracowaniu aranżacyjnym świadczących. Ona bardziej drapieżna, we
fragmentach kilku nawet rozimprowizowana, jednako zabieg ten z pewnością od
początku w założeniach muzyków tkwiący. Zwyczajnie sypnąć im się piachem po
instrumentach zachciało, co efekt większej surowości materiału przyniosło, a
dzięki przedniej jakości bujającym riffom i rytmicznej przez bite 45 minut
niestrudzonej kombinacji nadal charakterystyczny przebojowy szlif zachowało.
Tam gdzie rozjeżdżające się w pozornej niedbałości dźwięki dominują, tam efekt
szaleństwa dla pikanterii wtłoczony. Natomiast by niestrawną w odbiorze
produkcją albumu nie czynić, przebojowy, nośny i niewątpliwie pomysłowy
gitarowy szkielet w ryzach te brawurowe wycieczki utrzymuje. Tym zabiegiem wyraźnie
zakomunikowali, iż łagodzenie i polerowanie nuty nie leży w ich
zainteresowaniu. Intrygująca to przyznam ścieżka się wydaje, choć oczywiście z
perspektywy marketingowej dość ryzykowna. Gratulacje za odwagę i życzenia
umiaru w eksperymentatorskich zapędach, by ducha własnego nie zatracić, a może
jednak niech idą za głosem instynktu, będzie to może skuteczny sprawdzian ich wartości. Wolę przecież by muzyka emocje i
ekscytacje wzbudzała niż miałaby być zwyczajnie zachowawczością przesiąknięta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



