Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonely Kamel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lonely Kamel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 kwietnia 2018

Lonely Kamel - Death's​-​Head Hawkmoth (2018)




Lonely Kamel to tacy przekorni nieco zawodnicy. Tak sobie lajtowo rockowali na Blues for the Dead, by na kolejnym krążku uderzyć z impetem właściwym ciężarem i znów nieco zaskoczyć na Shit City mniejszym udziałem improwizacji, kosztem żywiołowych, ale jednak piosenek. Teraz po raz już wtóry budzą emocje serwując tym razem tylko siedmioutworowy album (w tym coś na kształt miniatury zatytułowanej Move On), złożony z kompozycji rozpościerających ścianę dźwięku w formule starannych aranżacji. Z gęstą gitarową lawą i pulsującym basowo-perkusyjnym szkieletem. Poszczególne numery charakteryzując się progresywnym charakterem, dynamicznie i swobodnie wykorzystując transowy klimat. Soczyście rozbujany groove, cholernie nośny flow, w co najmniej kilkuwątkowych, wielopłaszczyznowych numerach, doskonale zespolonych w pasjonującą fakturę. I chociaż nie ma się czego czepiać w stosunku do każdego z trzech (debiutu jeszcze nie zdobyłem) dotychczasowych krążków samotnego wielbłąda, bo wszystkie posiadają w sobie esencję klasycznej stonerowej jazdy, to ja dzisiaj po wielokrotnym odsłuchu Death’s Head Hawkmoth stwierdzam, że tym albumem sięgnęli tam, gdzie chcę ich zawsze widzieć. Tam gdzie gęsta, lecz nieprzesadnie rozimprowizowana struktura i chwytliwa melodycznie estetyka, brata się z rasowym ciężarem, dojrzałością kompozycyjną i zaawansowaną świadomością muzyczną. Czego zakładam, nawet jeśli kolejny ich krok będzie według powyżej zasygnalizowanej zasady bardziej sofciarski, oni akurat sępić w przyszłości nie będą.

piątek, 19 września 2014

Lonely Kamel - Shit City (2014)




Odpalam krążek i zdziwienie! Opad szczęki i pytanie czy samotny wielbłąd od tej pory na motorheadowych sterydach będzie zapieprzał? Przyznaje morowe  otwarcie wraz z pierwszym fragmentem numeru tytułowego chłopaki zafundowali, prosto do przodu z niewymuszonym naturalnym feelingiem. Ale to by było na tyle, bo od drugiej fazy w kawałku już sto procent Lonely Kamel w Lonely Kamel i tak już do końca albumu bez większych zaskoczeń. Fakt ta płytka pomimo zachowania wszystkich cech zasadniczych dla grupy jest jednak wyraźnie w charakterze różna od Blues for the Dead czy tym bardziej Dust Devil. To oblicze modyfikuje przede wszystkim, brzmienie cieplejsze z mniejszą dawką piachu pomiędzy strunami, za to z dominująca rolą bezpretensjonalnego rock’n’rollowego zacięcia. Tak jak na dwójce Audioslave po części gościło, a w trójce muśnięcie Kyuss wyczuwałem to czwórka tak po trosze bezpretensjonalnością The Hellacopters mi zajeżdża. Oczywiście te porównania za daleko wybiegające, a reminiscencje powyższych formacji to tylko luźne skojarzenia jakie mi się nasuwają. Tak to odczuwam, a może precyzyjniej pisząc tak sobie te różne wymiary jednego stylu wielbłąda na własny użytek archiwizacyjny opisuję. Bardzo zgrabnie Shit City jest skonstruowane, nad wyraz płynnie, nie szarpiąc i dyskomfortu nie przynosząc. To świetnie zaaranżowana porcja rocka, przyjemnie chwytliwa, rozkosznie bujająca ani banalna ani przekombinowana. Zwyczajnie tajemnica sukcesu tkwi w idealnie dobranych w odpowiednich proporcjach składnikach. Baza solidna na stonerowym wywarze przygotowana, a do niej garść tego, szczypta tamtego i morda takim typom jak ja się cieszy. Mam prawo do zadowolenia, bo czekałem na ten album i ogromne oczekiwania w nim pokładałem, a Norwegowie po raz kolejny mnie nie zawiedli dając produkt markowy z dobrze znanym firmowym szlifem i czymś, co Shit City wśród poprzedników wyróżnia. Czwarta odsłona ich talentu, trzeci krążek, który uwielbiam, a każdy z tej trójcy własny koloryt posiada. Udowodnił wielbłąd, że na swoje wysokie miejsce wśród retro rockowego trendu zasługuje – bezapelacyjnie! 

piątek, 13 grudnia 2013

Lonely Kamel - Blues for the Dead (2010)




Szwedzka stajnia Transubstane Records, dostarczyła mi już kilka świetnych stonerowych czy retro rockowych albumów do degustacji, ale i przede wszystkim dała większym wytwórniom szansę na wpuszczenie ich w bardziej szeroki obieg. I tak Lonely Kamel już dziś w towarzystwie Monster Magnet w zmieniającej wyraźnie profil Napalm Records rezyduje. Ale zanim tam ci Norwegowie trafili, nagrali Blues for the Dead, gdzie w kapitalnej formie zawarli najlepsze cechy rocka, co na stonerowym zawieszeniu postawiony. Dziwiłem się przez moment, kiedy do świadomości mojej dotarło, że ta pełna piachu, chwytliwa pustynna maniera samotnego wielbłąda z kraju fiordów pochodzi. Jednak jak tak sobie pokombinowałem i kilka innych ekip z północy wyłowiłem, co tego rodzaju stylem muzycznym się zajmują do wniosku doszedłem, że na jakiej podstawie w mroźnym klimacie nie można takiej słonecznej energii wytworzyć. Jak się żyje tam gdzie czasem naturalne światło jedynie przez kilka godzin w czasie doby dociera to najlepszym sposobem by w depresji i smutku się nie pogrążyć jest wykrzesanie z instrumentów tego rodzaju energie, by to ona napęd do życia dawała. Typom z Lonely Kamel wyszło to doskonale i nie tylko sami pewnie pożytek ze swojej pasji mają, ale i takim szaraczkom jak ja radości i kopa pozytywnego udzielają. Wdzięczny im jestem ogromnie, bo ten ich autorski blues satysfakcji mi dostarcza co niemiara, nastraja mnie optymistycznie i nakręca do zabawy, uśmiech szeroki na twarz mi przyklejając. Jak sobie tak słucham jak chłopaki szarpią struny i okładają zestaw perkusyjny, to wyobraźnia znacznie intensywniej zaczyna pracować. Siedzę ja wtedy w masywnym amerykańskim potworze, co bezmiar szos wśród piachu i skalistych pagórków przemierza spoglądając w dal skąpaną w czerwonej poświacie zachodzącego słońca, lub też na werandzie w wieczornej porze cygaro sobie zapalam, by odprężyć się beztrosko. W dupie wtedy wszelkie problemy życia codziennego (będąc nieodpowiedzialnie wulgarnym) pozostawiam, odjazd robię z tej rzeczywistości pełnej szczurzych zawodników, co uczestniczą w wyścigu o bogactwa, które z nich niewolników czynią i esencji życia zażywam. Są takie dni, możesz mi czytający te wypociny nie wierzyć, kiedy takie dźwięki ratują mnie przed obłędem. Jak ja kurwa jestem ich autorom za to wdzięczny! Serio. myślę że czując je w taki sposób szczęściarzem jestem co na żadne materialne bogactwa tego daru by nie zamienił. No dobra, spróbujcie mnie sprawdzić. :)

czwartek, 12 września 2013

Lonely Kamel - Dust Devil (2011)




Ci norwescy piewcy tradycji stonerowego młócenia porwali mnie już przy okazji Blues for the Dead i wraz z pojawieniem się w głośnikach moich Dust Devil utwierdzili tylko w przekonaniu o kapitalnej ich smykałce do tego rodzaju dźwiękowej estetyki. Różnica jednak pomiędzy powyższymi krążkami dość znaczna w przekonaniu moim. Tam gdzie poprzedniczka przyjemnie, bez zgrzytania piachu między zębami swoją narrację płynnie prowadziła, album z 2011-ego zdaje się mieć więcej brudu i gruzu w sobie. Może to i rzeczywistości do końca nieoddające porównanie, jednak by w odrobinę przejaskrawiony sposób zobrazować ten stan – więcej na dwójce przebojowości debiutanckiego Audioslve, a na trójce kyussowej zadziorności. Zdecydowanie bardziej nieprzewidywaną produkcją Dust Devil się okazała, mniej poukładaną i nie mam tu w żadnym wypadku na myśli cech o jej niedopracowaniu aranżacyjnym świadczących. Ona bardziej drapieżna, we fragmentach kilku nawet rozimprowizowana, jednako zabieg ten z pewnością od początku w założeniach muzyków tkwiący. Zwyczajnie sypnąć im się piachem po instrumentach zachciało, co efekt większej surowości materiału przyniosło, a dzięki przedniej jakości bujającym riffom i rytmicznej przez bite 45 minut niestrudzonej kombinacji nadal charakterystyczny przebojowy szlif zachowało. Tam gdzie rozjeżdżające się w pozornej niedbałości dźwięki dominują, tam efekt szaleństwa dla pikanterii wtłoczony. Natomiast by niestrawną w odbiorze produkcją albumu nie czynić, przebojowy, nośny i niewątpliwie pomysłowy gitarowy szkielet w ryzach te brawurowe wycieczki utrzymuje. Tym zabiegiem wyraźnie zakomunikowali, iż łagodzenie i polerowanie nuty nie leży w ich zainteresowaniu. Intrygująca to przyznam ścieżka się wydaje, choć oczywiście z perspektywy marketingowej dość ryzykowna. Gratulacje za odwagę i życzenia umiaru w eksperymentatorskich zapędach, by ducha własnego nie zatracić, a może jednak niech idą za głosem instynktu, będzie to może skuteczny sprawdzian ich wartości. Wolę przecież by muzyka emocje i ekscytacje wzbudzała niż miałaby być zwyczajnie zachowawczością przesiąknięta.

Drukuj