wtorek, 27 października 2026

Greta Van Fleet - Palace for the People (2026)

 

Z Gretą zawiła znajomość mnie wiąże, gdy jak debiutowali, to pewne określania dotyczące stylistyki, a najbardziej te kąśliwe związane z charakterem wokalu do poznania mnie zniechęcały, więc pierwszą płytę ogarnąłem z pewnym poślizgiem. Uparty człowiek jednak sprawdził i fakt określenia brzmienia głosu wokalnego braciszka Kiszka trudne były do obalenia, ale w sumie można było się przyzwyczaić, kiedy w perspektywie głos młodziana wciąż jeszcze dojrzewał. Dwójkę przytuliłem już z ochotą, wciąż jednak pamiętając o ogonie opinii jaka ciągnie się za wokalizami, ale czułem że zignorowanie The Battle at Garden's Gate byłoby niemądre. Finalnie spisałem pochlebną refleksję i czekałem na album numer trzy, na którego wysokości nieco przejadła mi się estetyka Grety i nawet jeśli to także był ciekawy, dojrzały album, to ześlizgnęli się z najwęższej orbity moich zainteresowań. Dzisiaj przyszedł czas na analizę czwórki, którą uczynię bez ciśnienia i ciężaru bycia fanem, więc na lajcie myślę - nieco nawet obiektywnym. W moim przekonaniu gdyby grali w latach osiemdziesiątych, w epoce gdy hard rock zasypywać musiał przestrzeń między nim, a heavy metalem czy glamowo-hair metalowym rzeźbieniem w strunach i ciosaniem syntezatorowych pasaży, zapełnialiby stadiony i nie wątpię że staliby się jedną z największych gwiazd. Dzisiaj funkcjonując w zupełnie innej rzeczywistości, zapewne jak na czasy i tak odnieśli całkiem przyzwoity sukces i są z miejsca na scenie retro hard rockowej rozpoznawani. Uważam też że powinni być również chwaleni przez zawodową krytykę, a Palace for the People, jest niczym innym jak kolejnym dowodem, że instrumentalnie i kompozycyjnie chłopaki trzymają wysoki poziom. Może ja się w nich na nowo dzięki czwórce nie zakochuje, ale doceniam od warsztatu po pasję ich zaangażowanie, choć momentami wciąż skrzypliwy i piskliwy w co niektórych rejestrach głos Josha Kiszki(a) powoduje u mnie zgrzytanie zębami, ale to są jedynie frazy, a nie całe kompozycje. One wydają się swoją drogą całkiem szeroko sprofilowane i słychać w nich nie wyłącznie przywiązanie do gatunkowym ram, ale i popowe sznyty, a przede wszystkim sporą wyobraźnie kompozytorską, wspieraną świetną techniką użytkową instrumentalistów. Przyznam że po kapitalnym otwarciu, rewelacyjnym quasi intrem, spodziewałem się więcej niż przed pierwszym przyciśnięciem play, ale z czasem nie czuję rozczarowania, a satysfakcję, twierdząc że nowe od Grety nie będzie wskakiwało na moją play listę zbyt często (może oprócz Lost in the Golden), co nie zmienia mojego zdania obiektywnego, iż na stówę zaspokoi oczekiwania dotychczasowych fanów, a ważenie który krążek synów stanu Michigan jest do tej pory najlepszy, sprowadzi się do różnic ułamkowych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj