Fenomenalna zadziorna ekranowa chemia, wyborna drama - rozedrgana, drżąca, przekorna, wzruszająca i bardzo sexy! Kipiący wulkan niedomówień, paraliżujących emocji, ukrytych pragnień, lękowych reakcji, uzasadnionych obaw. Wulkan pełen gorącej miłosnej lawy, namiętnego uczucia, ale tego mądrego, myślącego, otulonego empatycznym kocem, patrzącego w przyszłość. Drama jest dramatyczna, melodramatyczna, komediodramatyczna. Sieje niepokój i dyskomfort, ale i porusza serducho poprzez swoją autentyczność, zamykającą się w emocjach, rozmowach i nie pozostawia swym przekornym, ironicznym i przede wszystkim błyskotliwie zaaranżowanym krytycyzmem jednak suchej nitki, włazi pod skórę i pulsuje. Drama jest takim swoistym nieobliczalnym słodko-gorzkim teatrem, a widz zaciekawionym z wybałuszonymi oczami podglądaczem zza kurtyny. Myślę iż aby w pełni przeżyć ten seans, korzystając z okazji bycia zaskoczonym, należałoby wprowadzić restrykcje podobne tym jakie narzucał Hitchcock w przypadku swojej kultowej Psychozy. Odebrać prawo do zdradzania czegokolwiek, gdziekolwiek – w obecnej rzeczywistości internetowej pod karą wyklęcia, społecznego pręgierza totalnej dezaprobaty dla za długiego w necie jęzora. :) Absolutnie to nietypowa komedia romantyczna i tego należało się spodziewać, nie dać się nabrać na pozory sprzedawane w trailerze, bo to przecież film Kristoffera Borgli, człowieka odpowiedzialnego za takie precyzyjne intelektualne filetowanie rzeczywistości w Chorej na siebie i Dream Scenario. Oddziałuje w Dramie silnie totalna zaskoczka, konsternacja chwilowa, by później umysł zaczął składać fakty, analizując konteksty i osobiste doświadczenia telewizyjnych relacji przypomniane oraz element społeczny, który wydaje mi się, że dla nas Europejczyków, akurat uderza w większym stopniu wciąż w Amerykanów. Działa niby banał, coś z pozoru niskiej wagi, co można by potraktować z zimnym humorem, jako słabość młodzieńczej nadwrażliwości, ale co sprężyną dla rozwoju wydarzeń, wysokooktanowym paliwem dla farsy, pobudzanej gigantycznym niepokojem i co najważniejsze dla rozkręconej tytułowej DRAMY, o potencjalnie tragicznym, w wymiarze wyobrażanych konsekwencji. Stąd w tej pozornej irracjonalności reakcji, jest też napędzona lękiem uzasadnionym racjonalność - coś co nie da się jednoznacznie ocenić w kategoriach słuszności indywidualnego rezonansu. Borgli rewelacyjnie łączy tu czarny humor z wrażliwym sznytem oraz idealnie obsadza wszystkie role - każdy z bohaterów pozostawia ślad i wnosi świeżość do przedstawionej historii. Znakomity balansujący na granicy obłędu Pattinson (podobna rola do tej z Giń kochanie, gdzie jednak nie mógł się wykazać talentem komediowym), w duecie z naburmuszoną zagubioną Zendayą - cieszą oko i wyzwalają poczucie troski, aż chce się zaciskać pięści, żeby im się udało. W drugim rzędzie postaci też nie brakuje znakomitych kreacji, a obok fantastycznie beztrosko dwulicowej postaci granej przez Hailey Gates (oportunistyczna suka, a da się lubić :)), jednak tron przejmuje Alana Haim, sprzedając tutaj tak autentycznie bezbłędnie i przykuwając za każdym razem sto procent uwagi, zbiór postaw środowiskowych, że to wręcz niebywałe, jak postać z planu drugiego może tak mocno zostać widzowi w pamięci. To jest kapitalne kino, które w tym momencie staje na pudle tego co w tym roku obejrzałem. Może dlatego, iż zamieszało w głowie mi i Lalu jednocześnie, wbijając prócz odczucia złości i sympatii na i do bohaterów oraz poczucia prowokującego, intrygującego dyskomfortu, mega satysfakcjonującego, gigantycznego banana na ryjek. Najmocniej to myślę po finałowej, a wcześniej próbnej sesji zdjęciowej scenie!
niedziela, 3 maja 2026
niedziela, 7 kwietnia 2024
Dream Scenario (2023) - Kristoffer Borgli
Ale zajefajny Nicolas Cage jako Pan Profesor - taki intelektualny dziwak, z brzuszkiem, przykuwającą uwagę staroświecką zaczeską i drucianymi okularkami. Na ile się da na tyle daleko jest Cage od fizjonomii twardziela, czy donżuanowskiej aparycji. Nowy film autora Chorej na siebie (donoszę od razu) jest równie udany, jak wspomniana, jeszcze w jego dorobku rodzima produkcja, więc nie zdziwiłbym się gdyby Kristoffer Borgli na dłuższy czas został zagospodarowany przez amerykańskie studia filmowe, bo typ zasługuje na duże zasięgi, lecz zawsze istnieje obawa, iż czy przygoda około hollywoodzka nie odbierze mu charakteru twórcy kina pochodzącego z Europy, czyli kina najczęściej bardziej ambitnego i częściej nieszablonowego, niż wszystko to co dociera do multipleksów z największej filmowej fabryki snów. A propos Dream Scenario jest o snach właśnie, a u fundamentu scenariusza odnaleźć możemy rewelacyjny pomysł wyjściowy. Nicolas jako Paul staje się w nim viralem, bo zaczyna się pojawiać w snach mnóstwa osób i ten fakt wychodzi na jaw poprzez skojarzenie, więc scenariusz jest intrygujący i wraz z rozwojem wydarzeń robi się coraz ciekawszy i też bardziej dziwaczny oraz wręcz straszny - mimo że całkiem przez pryzmat satyrycznych kontekstów zabawny. Na poziomie abstrakcji intelektualnie interesujący, jak i na poziomie realizmu równie, bo ogarniamy tu występowanie wielu procesów czy mechanizmów (nagonka, wykluczenie etc.) współcześnie odpowiedzialnych za zmiany w postrzeganiu człowieka, ze względu na rosnącą rozpoznawalność. Także reperkusji tej niespodziewanej sławy, jaka odbija się na życiu Paula i jego rodziny, wprowadzając nie tylko nieznane emocje, lecz i realny lęk przed rożnymi obłędem napędzanymi przypadkami. Paul staje się najciekawszym człowiekiem na ziemi i nośnikiem szansy na zdobywanie miliardowych zasięgów dla biznesu (to się chyba nazywa content marketingowy), więc otwiera się dla niego szansa na wielo-zerowe honoraria. Tylko że Paul jako jajogłowy wykładowca akademicki chce tylko wydać w końcu swoja książkę o biologii ewolucyjnej i by się udało, gdyby sny followersów nie zmieniły się w koszmary, a Paul nie stał się źródłem traumy. Najkrócej podsumowując - to przebiegły film, ze znakomitym w niecodziennej dla siebie roli Cage’m. Film o śnie, który zmienił się w koszmar i został wykorzystany jako naukowy precedens do odkrycia potencjalnego fenomenu (he he) marketingowego.
wtorek, 23 maja 2023
Syk Pike / Chora na siebie (2022) - Kristoffer Borgli
Ja bym tej dziewczynie (Kristine Kujath Thorp) jakiegoś bardzo specjalnego przyznał "Oscara", za to jak gra w tym kapitalnym psychologiczno-socjologicznym eksperymencie, jaki po traumatycznym przeżyciu jej bohaterka z premedytacją na środowisku społecznym przeprowadza, bądź jakiego przeprowadzenia niezaspokojone meta potrzeby od niej wymagają. Tłem współczesne zamożne zachodnioeuropejskie społeczeństwo, zatopione w pretensjonalnym artystycznym filozofowaniu w zasadzie o niczym, zafiksowane na poprawności politycznej i poszanowaniu praw jednostki w karykaturalnym świetle - w lustrze odbijającym zniekształcony tragikomiczną atencją obraz. Dzieje się tu coś niezwykłego, coś szalenie interesującego przez pryzmat nawet nie tak gatunkowego pomieszania z poplątaniem (czarna komedia, body horror, dramat i satyra/groteska społeczna w jednym), ale badania granic obojętności vs. dla równowagi wręcz maniakalnej troski, sondowania zazwyczaj przesadzonych reakcji, chorobliwej potrzeby skupienia na sobie uwagi, wraz zazdrością o uwagę innych. Znudzenia być może tylko pozorną bezpieczną normalnością, prowadzącą do narastającej obsesji „ja’ w otoczeniu „oni”, podlanymi obficie współczesnymi realiami ogólnie mediów i ich wpływu. Punktowanie typowego dla społeczeństw bez większych codziennych problemów tzw. rozgrzebywania - posuniętego do granic absurdu, przez co tak fantastycznie ośmieszające zachodnioeuropejskie empatyczne odklejenie, którego paradoksalnie cechą fundamentalną jest egoizm, w sensie przewrażliwienia i (tutaj sedno) korzystania z szansy na przytulenie dobrego grosza. Zabawna i jednocześnie przerażająca w sensie scenariusza filmowa koncepcja, z niewyszukanym, ale z pewnością sugestywnym quasi twistem i bijącym alarmująco w gigantyczny dzwon terapeutycznym oddziaływaniem. Po takiej jednak terapii może człowiekowi się nie poprawi, ale z pewnością z większą świadomością będzie chorował, bo film Kristoffera Borgli nie podsuwa żadnych rad, nawet tych rodem z telewizji śniadaniowych, a tylko perwersyjnie wręcz wylicza współczesne przede wszystkim młodości przywary. I to wystarcza i to też jest ok. :)


