Uwaga nadrzędna brzmi - jeżeli człowieku oryginału w postaci kafkowskiej prozy nie czytałeś, to zapewne pogubiony w surrealizmie i metaforyce zaadaptowanych na potrzebę filmu scen bezsprzecznie pozostaniesz. Zatem jeśli zabierasz się za taką wymagającą sztukę filmową, potrzeba Ci tak skupienia podczas seansu (oj nie jest łatwo), jak i aby owo uzyskać fundamentu w postaci pasji także do klasycznej literatury. Ja jej w wystarczającym stopniu nawet dzisiaj nie posiadam, ani tym bardziej za nieco starszego smarkacza nie znalazłem czasu aby w oryginał się wgryzać, stąd dla mnie seans z interpretacją Orsona Wellesa był doświadczeniem z pogranicza intrygującej męczarni i jeśli oceniać jego pracę z punktu widzenia poziomu do zanurzenia się w książce zachęcenia, to wypadł blado. Ten statystyczny człowiek w obliczu sądowej machiny w osobie Anthony’ego Perkinsa także nie wywarł na mnie jakiegoś gigantycznego wrażenia, a jego zmagania niemal absolutnie nie wywołały we mnie emocjonalnych uniesień, więc proszę wybaczyć, lecz wówczas trudno o wysoki poziom zaangażowania, kiedy główny bohater poniekąd obojętny. Mnie jako osobę bez wiedzy książkowej i jak widać odporną na dramatyzm przedstawionej sytuacji, w znaczeniu braku obciążenia uznanym oryginałem czy wystarczającą empatią „orsonowski” koncept merytoryczny wymęczył. Oceniając teraz maksymalnie subiektywnie mogę napisać jednak, że mnie zassał zasadniczo on wyłącznie wizualnie, a dokładnie najbardziej wybrane do obsady kobiece gwiazdy ówczesne i tegoż konceptu architektoniczny sznyt. Trudno mi też jednak mocno przyczepić się na przykład do gry aktorskiej, choć ona w scenografię niczym kukła wbita i nawet jeśli nie przepadam za tonem z nabraną do płuc przesadną ilością powietrza, to zgrzytać zębami nie zgrzytałem. Drogie piękne Panie to swoją drogą i w sumie bardziej na nie patrzyłem niż ich słuchałem, natomiast Perkins w roli Józefa K. zapewne był taki jakiego od niego Welles oczekiwał, a że chłodna i sztywna zarazem poza w jego filmach jest charakterystyczna, to efekt jest właśnie taki bardzo sceniczny. Podsumowując już - bowiem nie ma konieczności po raz milionowy analizować treści, tym bardziej w kontekście wspomnianego braku znajomości fundamentu, dodając iż trudno oddać zapewne było atmosferę oryginału (znający się na Kafce podkreślają!), tym samym uważam bez porównania opiniować o efekcie przez pryzmat oddania ducha jego oryginalnej prozy. Odrobinę wstyd mi teraz własnego, w pełni już świadomego literackiego zaniedbania i obiecuje sobie, iż jeśli jeszcze kiedykolwiek zdecyduję się wejść w świat kinowej adaptacji klasycznego, a przede wszystkim mocno wymagającego intelektualnie dzieła literackiego, to jeśli nie przebije się wcześniej przez oryginał, to chociaż drobiazgowo przestudiuję jedno z jego dostępnych fachowych opracowań. To może nie zmieni sytuacji z doświadczeniem jego ducha, ale z pewnością da mi poczucie uczciwego podejścia do kwestii wymaganej w nawet quasi recenzjach analizy treści. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orson Welles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orson Welles. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 października 2024
sobota, 1 maja 2021
Citizen Kane / Obywatel Kane (1941) - Orson Welles
Oczywiście we
fragmentach znam, oczywiście (he he) do tej pory w całości nigdy nie widziałem. Wstyd,
hańba i trzeba było sprężyny w postaci fincherowskiego Manka, bym znalazł
110 minut na seans klasyka. To też oczywiste, iż z perspektywy filmu Finchera
ogląda się Obywatela Kane'a inaczej niż pewnie bez tego przygotowania, toteż
poniższy skąpy tekst skupi się szczególnie w finale na innych kwestiach niż zrobiłbym to przed
seansem Manka. Te wszystkie leciwe czarno-białe produkcje sprzed niemal wieku ogląda się jak
plastyczne iluzje wizualne, z tymi prostymi lecz urokliwymi dekoracjami,
scenografią malowaną na płachtach i z wykorzystaniem makiet oraz zasadniczą
rolą gry światłem i cieniem. Epicka jak na owe czasy produkcja nie jest więc
naturalnie odporna na ząb czasu i trąci we wszystkich aspektach myszką, bo
jakby miała przecież nie trącać. Szczerze mówiąc to mnie ikoniczny szlif
Wellesa nie porwał i to nie tylko dlategóż iż jest to po prostu kino maksymalnie archaiczne. To
chyba dość skomplikowane i lepiej tłumaczą tą sytuację rozbudowane współczesne recenzje odpornych na urok staroci zawodowców, niż ja bym tutaj umiał w krótkich równoważnikach zdania dociekać i
wyjaśniać. Citizen Kane jest i będzie póki kino żywe, ale dla mnie w sumie jego
los jest emocjonalnie dość obojętny - no chyba że tylko przez wzgląd na rolę
jaką odegrał w historii kinematografii i jak się właśnie dzięki Fincherowi
dowiedziałem, przez pryzmat akcji ratunkowej dla przesympatycznego inaczej Hermana Mankiewicza!
P.S. Ktokolwiek nie rozumie o czym powyżej piszę i ma pretensję że piszę jak piszę zapraszam do bezzasadnego przestudiowania tony materiału archiwalnego funkcjonującego wokół debiutu reżyserskiego Orsona Wellesa i przesłanie mi streszczenia wykonanej pracy oraz zapytań wraz wątpliwościami na adres skrytki pocztowej gdzieś na południu Polski - najlepiej prędziutko, w okolicach najbliższego tygodnia. Kłaniam się nisko i nie zapraszam do internetowej dyskusji. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

