Druga
poważniejsza noire wprawka Kubricka. Po Pocałunku mordercy
(subiektywnie warto było luknąć) tytuł, który właściwie
powinien jeszcze większe względnie wrażenie na mnie zrobić.
Tymczasem mam poczucie, które z jednoznacznym przekonaniem ma
niewiele wspólnego. Niby dobre (piszą że nawet bardzo), ale czy
wizualnie podobnie intrygujące. Raz czuć że to kolejny krok
warsztatowy, tylko czy wykonany w spodziewanym kierunku. Kubrick na
tym etapie, to artysta który nieco rezygnuje z surowej
ekstrawagancji debiutanta lub być może prezentuje się jako twórca
bardziej okrzepły, wstrzemięźliwy, a przez to raczej pozbawiający
Zabójstwa drobnych ciekawostek - wizualnych w rzeczy
samej. W poprzednim wejściu wiąże inspiracje suspensem w
klimatach Hitchcocka, z obrazem, gdzie czuć oddziaływania
niemieckiego ekspresjonizmu, tak w tym przypadku jest nie wyłącznie
właśnie “hitchcockowy” (bez tego “trzęsienia ziemi i dalej
tylko napięcie rośnie”), za to z reporterskim zacięciem
prowadząc narracyjną fabułę, mieszając udział wielu bohaterów,
mających wpływ na właściwą, złożoną z puzzli rozsypanych,
lecz raczej o wyrazistym wyglądzie, bandycką intrygę i
przypominając poniekąd tym samym, jak osoba narratora może
decydująco wpłynąć na usystematyzowanie i historii budowanie plus jak (przy okazji) w scenie bójki w barze, niestety ośmieszyć z
dzisiejszej perspektywy choreograficzny warsztat ówczesny. :) Niby
technicznie Zabójstwo jest mniej kanciaste, bardziej łagodnymi
liniami ociosane, inaczej podobne do innych gatunkowych produkcji,
ale przez to brak mu charakteru który poprzednio mi się tak podobał
i sugerował odrobinę przyszły rewolucyjny wpływ Kubricka na
historię kina. Bardziej spójnie i dopracowane, nie oznacza dla
mnie w tym przypadku lepsze. Oznacza jedynie bardziej zaawansowane,
więc zapewne stąd to dość szerokie pole do różnic w opiniach.
Mogę kręcić nosem, ale ironicznie przekorny i absurdalny (nieźle grubo
uszyty zbiegiem psich okoliczności) finał, bardzo szanuję. :)
niedziela, 5 lipca 2026
The Killing / Zabójstwo (1956) - Stanley Kubrick
niedziela, 28 czerwca 2026
Killer's Kiss / Pocałunek mordercy (1955) - Stanley Kubrick
TVP Kultura i przypadkiem seans jednej z pierwszych poważnych prób Kubricka. Jeszcze jasne że bardzo bardzo daleko przed zbudowaniem własnej, właściwej koncepcji wizualnej kinowej, ale zarazem już na tyle inaczej, że widać, czuć nietuzinkowy talent. Kawał krótkiego, a zarazem całkiem paradoksalnie rozbudowanego (dużo się dzieje, nie ma chwili dla wytchnienia) archaicznie kryminalnego, tudzież noire mięcha. To klimat niby stary, ale u Kubricka nadal jary, bowiem Kubrick pokazuje dramatycznego pazura, energię w intensywności doznań, jak i kilka nowych sposobów, dodania do formy efektownych smaczków. Czuć w gatunkowej przynależności przede wszystkim nawiązania do klasycznego repertuaru popularnego w tym okresie w kinie, jak i bardziej ambitną tożsamość, inspirowaną jak myślę niemieckim ekspresjonizmem. Obraz jest bardzo fotograficzny (światłocień rządzi), a przez to jego walory wychodzą przed szereg i mimo że aktorstwo raczej z rodzaju manierycznego, może naturszczykowatego chwilami (nie zgadzam się akurat że kulawego, bo aktorzy nie są prowadzeni przez człowieka bez wyczucia), to napięcie trzyma koncentrację do końca, narracja żyje oraz od wspomnianej strony wizualnej, super wrażenie robią ujęcia kręcone (rola operatora) przez samego Kubricka (swoboda w śledzeniu bohatera w normalnym codziennym nowojorskim życiu ulicznym), jak i oko do architektury i wychwytywania oraz dobierania specyfiki miejsc - finał wśród manekinów i cały tętnicy życiem w miejscach publicznych i wręcz martwy, zimny w okolicach zaułków Nowy Jork. Twierdzę że te niuanse zmieniają raczej prostą historię w coś więcej niż tylko kolejną z epoki opowieść i może to będzie rodzaj bluźnierstwa, ale Kubrick według mnie sprowadza dzięki "pocałunkowi" do poziomu li tylko poprawnego część filmografii legendarnego Hitchocka. Opinia to moja i jasna, wypełzająca z przekonania, iż to było świetne od strony zerkania głębiej i realizacji bez zaplecza finansowego, a z pasją. Dla bardziej wrażliwych artystycznie oczu czuć z pewnością było, że Kubrick już wtedy zdradzał, iż będzie miał dużo więcej od strony nowatorskiej w przyszłości, od Sir Alfreda do powiedzenia.
czwartek, 14 grudnia 2023
Eyes Wide Shut / Oczy szeroko zamknięte (1999) - Stanley Kubrick
Kubricka nie ma już w naszym wymiarze od prawie ćwierćwiecza, ale pozostała może nie nazbyt obfita, ale za to jakiej jakości spuścizna - bez względu na ten drobiazg, że nie wszystko co w jego twórczości tak nie łatwo ogarniane, ja tak bezdyskusyjnie zaraz kupuje. Jaka to z Oczu szeroko zamkniętych kontrowersyjna produkcja była doskonale pamiętam, kiedy było się wówczas jeszcze piękniejszym, bo najzwyczajniej młodszym. Kiedy wchodziło się na pełnej w dorosłość i kiedy mentalnie wiele brakowało, aby wgłębić się w ostatni, freudowski do szpiku kości jak się okazało obraz intuicyjnego fenomenu w sztuce wybierania obiecującego materiału książkowego do adaptacji. Mistrza niekwestionowanego w sposobie przez obiektyw spostrzegania rzeczywistości i poddawania jej erudycyjnej autopsji, a nie tylko z tej wstydliwej perspektywy zapamiętując Oczy szeroko zamknięte, jako cholernie niegrzeczny, bo ociekający perwersyjnym seksem thriller erotyczny, co bardziej od niby przekornie prostej puenty młodzieńca interesowało. Za produkcją stoi też totalna historia jej realizacji - że wspomnę tylko przedłużający się w nieskończoność czas i utrata w związku z tym cierpliwości części z obsady, a wszystko podobno przez nieznośną perfekcję Kubricka i ciągłe majstrowanie przy każdym detalu, a przy scenariuszu to nawet wybitnie. Głębokie psychologiczne kino Kubricka dzięki praktyce obsesyjnej dokładności i psychicznej wręcz udręki dla aktorów, zapewne też tak samo zdatne jest do bicia pokłonów w kierunku warsztatowych osiągnięć ludzi z planu, jak wieloaspektowej analizy. W tym przypadku pokrótce idzie o ZAZDROŚĆ! Od niej się zaczyna, bo później są już tylko następujące liniowo konsekwencje obsesyjnych myśli, pokusy i ciekawości, bowiem kłopoty człowieka nie szukają, to człowiek jakoś tak na nie w pogoni za króliczkiem wpada! Nowojorska elita głównym bohaterem zbiorowym i tejże poziom najbardziej zaawansowany, bo mówimy tutaj o posiadaczach niemalże bizantyjskich majątków, władzy niemal nieograniczonej oraz monumentalnego wtajemniczenia sekciarskiego przedstawicieli. Znudzeni życiem na mięciutko poszukują podniet ekstrawaganckich, bowiem jak jest nadczłowiek obrzydliwie bogatym i potwornie zobojętniałym, to dla własnego dobra wymyśli sobie rozrywkę nie dla pierwszych lepszych i ma do tego prawo - a precyzyjniej on decyduje co jest prawem. Kończące karierę Kubricka dzieło może nie jest tym najbardziej epickim i też filozoficznie rozbuchanych, lecz posiada klimat nie wyłącznie dzięki kapitalnej oprawie muzycznej niezwykły, stąd hipnotyzuje i przeraża zarazem, a najsilniej oddziałującym momentem, pomimo wielu scen zasługujących na zapisanie się złotymi zgłoskami w dziejach kinematografii jest sekwencja „mszy”. Jest ta wypieszczona atmosfera magnesem zapewniającym uwagę, a doskonale budowana mroczna tajemnica skupienie przed ekranem również gwarantuje, chociażby nie było na nim IDEALNEJ w tym okresie Nicole Kidman i wciąż będącego na fali Toma Cruise’a, którego chłopięcy czar, a jeszcze bardziej ten gen wiecznej młodości, to wciąż dla miłośników tematów z pogranicza teorii spiskowych intrygująca kwestia. Podsumowując mocna rzecz w sensie merytorycznej deliberacji (seks tak jako towar, jak i spoiwo relacji) oraz wizualnej materii oraz prowokująca do pewnej hipotezy, jakiej nie omieszkam na finał poddać uwadze. Mianowicie nie znając rzecz jasna prawdy, nie wiem jak było naprawdę, ale domniemam że się zdarzyło, iż dość wiekowy Kubrick w towarzystwie na planie takich towarów (przepraszam, tak ponętnych kobiet) mógł nieco na zdrowiu podupaść, patrząc jako mężczyzna przecież na ich wdzięki niewątpliwe. To też nie doczekał oficjalnej Oczu szeroko zamkniętych premiery i zastanawiające czy pomógł mu w tym może ten film i szersze z nim związane okoliczności, bądź za dużo podniet rodzaju żeńskiego, bo nie ma przecież musu aby w wieku 70 lat przez serce opuszczać to podobno najpiękniejsze miejsce we wszechświecie - ten cholera ogród ziemskich rozkoszy dla co niektórych.
środa, 5 kwietnia 2023
Spartacus / Spartakus (1960) - Anthony Mann, Stanley Kubrick
Wstępna uwaga odniesie się do muzyki - oprawy dźwiękowej podpowiadającej trafnie nawet kompletnie opornemu na prawidłowe reakcje widzowi, jak odbierać płynące z wielkiego ekranu emocje. Raz (mus to mus) romantyczne smyczki, dwa marszowo wesoło lub marszowo ponuro, ale najczęściej chyba dramatycznie, aby oddać właściwie, jak sobie zapewne założył autor pierwowzoru klimat historii buntu niewolników w starożytnym Rzymie. Dalej przytoczę anegdotę oddającą ówczesną pozycję Kirka Douglasa, który wyrzucił pierwotnego reżysera wkrótce po rozpoczęciu zdjęć, dzięki czemu projekt przejął młody Kubrick i przez co myślę Spartakus jest najmniej „kubrickowy”. Bliżej mu zatem naturalnie do charakterystyki kręcenia z epoki, niż nowatorstwa czy wręcz kubrickowego wizjonerstwa z przecież już niedalekiej przyszłości, co rodzi pytanie czy aby gwiazdor Douglas skutecznie nie pohamowywał ambicji i pasji reżyserskiej mistrza, bo trudno mi zrozumieć aby posiadając w praktyce pełnię wolności twórczą nakręcił tak zasadniczo schematyczny obraz. Nie podważam jednocześnie efektowi finalnemu wartości i nie odbieram klasy, gdyż pomimo archaizmu formy uznaję za wielkie widowisko najwyższej próby, ale widowisko li tylko w formule jaką wszyscy ówcześni twórcy kina spektakularnego praktykowali, bo rozmach wizualny, z naciskiem na lokacje widoki i kostiumy to wówczas standard i niewiele w zasadzie rożni formę Spartakusa od takiego Ben Hura, wcześniejszego Juliusza Cezara czy późniejszej Kleopatry. Może niuanse, detale, być może doskonałe (inspiracyjne) prowadzenie aktorów i ich najlepsze w karierze występy oraz precyzyjna produkcja. Stoi też za Spartakusem bardziej głęboka myśl przewodnia, filozofia niekoniecznie podana wyłącznie łopatologicznie oraz głębia psychologiczna i można go też przy odrobinie wnikliwości odsuwającej fasadę nazwać obrazem zaangażowanym społecznie, a nawet politycznym, choć to oczywiste że najważniejsze jest wrażenia optyczne i ekscytujące przeżycie tragicznie romantycznej historii. Opowieści jaką niewątpliwie na poziomie podstawowych, nieskomplikowanych emocji można odbierać bardzo intensywnie, bowiem podkreślam inscenizacja to często wyrywająca serducho, ale inscenizacja niepodobna do Kubricka z przyszłości, który zasłynął jednak jako twórca scen zimnych, unikających banalnego wzruszu.
sobota, 26 lutego 2022
Dr. Strangelove or: How I Learned to Stop Worrying and Love the Bomb / Doktor Strangelove, lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1964) - Stanley Kubrick
Technicznie rzecz biorąc urokliwa zabawa makietami, ale przede wszystkim treścią wywołująca salwy parskającego śmiechu zaraz po sekundzie konsternacji, adaptacja powieści Petera George’a, dokonująca odwrócenia optyki i błyskotliwie ośmieszająca zimno-wojenną retorykę, wymuszając jednocześnie refleksję nienapawającą już optymizmem. Poważna tematyka ubrana zostaje w groteskową formułę, z genialnym kreacjami bez wyjątku i kluczowym fenomenalnym popisem aktorskim (liczba mnoga) Petera Sellersa. Powstała perfekcyjnie przemyślana satyra, polityczna farsa z głębokim przesłaniem skrytym pod kapitalną fasadą ze świadomie forsownych majstersztyków aktorskich i wizualnej przerysowanej akrobatyki. Nuklearna czarna komedia, zbudowana z otaczających i nie tak odległych od rzeczywistości absurdów - śmiertelnie poważna, kubrickowską chłodną logiką przyczynowo-skutkową punktująca wojskowe i polityczne elity. Niby z jednej strony teatralna parodia, kiedy sceny zamknięte w jednym pomieszczeniu, z drugiej po taniości spektakularna, gdy efekty specjalne świadomie tandetne, a sceny ostrzału, walki, rodem z ówczesnego amerykańskiego kina klasy C. Kino inspirujące, ale też kino trudne do podrobienia i jak się przez ponad pół wieku od powstania okazywało do przeskoczenia jakościowego. Niewielu próbowało i nielicznym poziomem zbliżyć się udało. Dzieło ponadczasowe jeśli zostanie trafnie przez zaskoczonego z pewnością współczesnego widza zinterpretowane, co nie trudne bowiem lata lecą i wciąż rozbudowanych analiz w jego temacie przybywa. Zatem z wiedzy ekspertów zapraszam korzystać, jeśli konieczne scena po scenie, detal po detalu zagłębie i zrozumienie konceptu firmowanego legendarnym reżyserskim nazwiskiem.
P.S. W obecnych okolicznościach politycznych szczególnie nie polecam młodemu widzowi, bo strach.
czwartek, 5 listopada 2020
Barry Lyndon (1975) - Stanley Kubrick
Powściągliwy emocjonalnie i majestatyczny wizualnie, z genialną charakteryzacją i wyborną pracą ekspertów od kostiumów. Koncertowo korzystający z panoramicznych ujęć i spektakularnych lokacji oraz wytwornej choreografii ruchu, w klimacie na swój sposób charakterystycznych symfonicznych widowisk. Bo przecież rola dźwięku między innymi fortepianu, klawesynu, skrzypiec, wiolonczeli, waltorni czy fagotu nie jest tutaj drugoplanowa. Drobiazgowo dopracowany, skupiony na szczególe, misternie aranżujący światło i statyczną kamerę, tylko z rzadka wprowadzając ją w mozolny, aczkolwiek wciąż dostojny ruch. Właściwie film który z początku wprawia widza w konsternację, by z czasem niezwykle skutecznie zahipnotyzować, wciągając bez reszty w swoją pełną namaszczenia nieoczywistą kompozycję. Opierający swój magnetyzm nie wyłącznie na walorach obrazu i dźwięku, a wychodzący także poza szablon stawiając na frapującą narrację w trzeciej osobie. W dwóch aktach przedstawiony, z porywającym wykorzystaniem werbalnej intonacji i bogatego języka z epoki. Ponadto doskonale uchwycone wyrazy twarzy, minki zawiści i satysfakcji, powodują iż paradoksalnie w oczywisty sposób gdyby nie dialogi mógłby być uznany za film niemy. Szczególnie że takie wrażenie podkreśla właśnie ta dominująca rola muzyki i narracja odczytywana niby z plansz umieszczonych pomiędzy scenami. Dodam tylko, iż po tym jak poznałem wybitne dzieła Lantimosa, a już najbardziej w ostatnim czasie po premierze Faworyty miałem nieodparte przekonanie, iż to on jest obecnie najlepszym uczniem i kontynuatorem spuścizny warsztatowej i artystycznej Kubricka. Pasjami czerpie Grek z dzieł Mistrza i mimo tej inspiracji ani przez moment nie może być nazywany plagiatorem.
czwartek, 14 maja 2015
Paths of Glory / Ścieżki chwały (1957) - Stanley Kubrick
Stanley Kubrick w odsłonie z 1957 roku, w czarno-białej szacie o wojnie w pacyfistycznym tonie. Ubogie środki techniczne zaprzęgnięte, rekompensowane talentem w kreowaniu inteligentnie przenikliwej treści. O tchórzostwie w kontrze do odwagi, o honorze przeciw cynizmowi. O presji, ciśnieniu, napięciu, agresji, zmęczeniu i znoju fizycznym oraz wyczerpaniu psychicznym. O kosztach i efektach, grze wartej czy nie wartej swej ceny. O zwykłych żołnierzach, którzy wrażliwymi istotami czy bestiami, instynkcie przetrwania i bodźcach, które bezwzględność w człowieku pobudzają. O rozgrywkach personalnych, karierze, poczuciu sprawczości i bezkarności. Hierarchii wojskowej, zdrowym rozsądku i moralności wobec zimnych, wymagających milczenia zasad podporządkowania. Rozkaz padł, ty go wykonaj! Bez dyskusji, refleksji, szacunku dla życia innych i przywiązania do własnego. Trzy ofiary generalskiej ambicji to przecież nic wobec tysięcy czy milionów, które walki pochłonęły. Przecież zadanie MUSIAŁO zostać wykonane!
niedziela, 19 października 2014
2001: A Space Odyssey / 2001: Odyseja kosmiczna (1968) - Stanley Kubrick
P.S. Skomplikowany charakter zdania o lubieniu, nawet w części nie sięga poziomu zagmatwania Odysei.






.jpg)

.jpg)
