Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley Kubrick. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanley Kubrick. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lipca 2026

The Killing / Zabójstwo (1956) - Stanley Kubrick

 


Druga poważniejsza noire wprawka Kubricka. Po Pocałunku mordercy (subiektywnie warto było luknąć) tytuł, który właściwie powinien jeszcze większe względnie wrażenie na mnie zrobić. Tymczasem mam poczucie, które z jednoznacznym przekonaniem ma niewiele wspólnego. Niby dobre (piszą że nawet bardzo), ale czy wizualnie podobnie intrygujące. Raz czuć że to kolejny krok warsztatowy, tylko czy wykonany w spodziewanym kierunku. Kubrick na tym etapie, to artysta który nieco rezygnuje z surowej ekstrawagancji debiutanta lub być może prezentuje się jako twórca bardziej okrzepły, wstrzemięźliwy, a przez to raczej pozbawiający Zabójstwa drobnych ciekawostek - wizualnych w rzeczy samej. W poprzednim wejściu wiąże inspiracje suspensem w klimatach Hitchcocka, z obrazem, gdzie czuć oddziaływania niemieckiego ekspresjonizmu, tak w tym przypadku jest nie wyłącznie właśnie “hitchcockowy” (bez tego “trzęsienia ziemi i dalej tylko napięcie rośnie”), za to z reporterskim zacięciem prowadząc narracyjną fabułę, mieszając udział wielu bohaterów, mających wpływ na właściwą, złożoną z puzzli rozsypanych, lecz raczej o wyrazistym wyglądzie, bandycką intrygę i przypominając poniekąd tym samym, jak osoba narratora może decydująco wpłynąć na usystematyzowanie i historii budowanie plus jak (przy okazji) w scenie bójki w barze, niestety ośmieszyć z dzisiejszej perspektywy choreograficzny warsztat ówczesny. :) Niby technicznie Zabójstwo jest mniej kanciaste, bardziej łagodnymi liniami ociosane, inaczej podobne do innych gatunkowych produkcji, ale przez to brak mu charakteru który poprzednio mi się tak podobał i sugerował odrobinę przyszły rewolucyjny wpływ Kubricka na historię kina. Bardziej spójnie i dopracowane, nie oznacza dla mnie w tym przypadku lepsze. Oznacza jedynie bardziej zaawansowane, więc zapewne stąd to dość szerokie pole do różnic w opiniach. Mogę kręcić nosem, ale ironicznie przekorny i absurdalny (nieźle grubo uszyty zbiegiem psich okoliczności) finał, bardzo szanuję. :)

niedziela, 28 czerwca 2026

Killer's Kiss / Pocałunek mordercy (1955) - Stanley Kubrick

 

TVP Kultura i przypadkiem seans jednej z pierwszych poważnych prób Kubricka. Jeszcze jasne że bardzo bardzo daleko przed zbudowaniem własnej, właściwej koncepcji wizualnej kinowej, ale zarazem już na tyle inaczej, że widać, czuć nietuzinkowy talent. Kawał krótkiego, a zarazem całkiem paradoksalnie rozbudowanego (dużo się dzieje, nie ma chwili dla wytchnienia) archaicznie kryminalnego, tudzież noire mięcha. To klimat niby stary, ale u Kubricka nadal jary, bowiem Kubrick pokazuje dramatycznego pazura, energię w intensywności doznań, jak i kilka nowych sposobów, dodania do formy efektownych smaczków. Czuć w gatunkowej przynależności przede wszystkim nawiązania do klasycznego repertuaru popularnego w tym okresie w kinie, jak i bardziej ambitną tożsamość, inspirowaną jak myślę niemieckim ekspresjonizmem. Obraz jest bardzo fotograficzny (światłocień rządzi), a przez to jego walory wychodzą przed szereg i mimo że aktorstwo raczej z rodzaju manierycznego, może naturszczykowatego chwilami (nie zgadzam się akurat że kulawego, bo aktorzy nie są prowadzeni przez człowieka bez wyczucia), to napięcie trzyma koncentrację do końca, narracja żyje oraz od wspomnianej strony wizualnej, super wrażenie robią ujęcia kręcone (rola operatora) przez samego Kubricka (swoboda w śledzeniu bohatera w normalnym codziennym nowojorskim życiu ulicznym), jak i oko do architektury i wychwytywania oraz dobierania specyfiki miejsc - finał wśród manekinów i cały tętnicy życiem w miejscach publicznych i wręcz martwy, zimny w okolicach zaułków Nowy Jork. Twierdzę że te niuanse zmieniają raczej prostą historię w coś więcej niż tylko kolejną z epoki opowieść i może to będzie rodzaj bluźnierstwa, ale Kubrick według mnie sprowadza dzięki "pocałunkowi" do poziomu li tylko poprawnego część filmografii legendarnego Hitchocka. Opinia to moja i jasna, wypełzająca z przekonania, iż to było świetne od strony zerkania głębiej i realizacji bez zaplecza finansowego, a z pasją. Dla bardziej wrażliwych artystycznie oczu czuć z pewnością było, że Kubrick już wtedy zdradzał, iż będzie miał dużo więcej od strony nowatorskiej w przyszłości, od Sir Alfreda do powiedzenia.

czwartek, 14 grudnia 2023

Eyes Wide Shut / Oczy szeroko zamknięte (1999) - Stanley Kubrick

 

Kubricka nie ma już w naszym wymiarze od prawie ćwierćwiecza, ale pozostała może nie nazbyt obfita, ale za to jakiej jakości spuścizna - bez względu na ten drobiazg, że nie wszystko co w jego twórczości tak nie łatwo ogarniane, ja tak bezdyskusyjnie zaraz kupuje. Jaka to z Oczu szeroko zamkniętych kontrowersyjna produkcja była doskonale pamiętam, kiedy było się wówczas jeszcze piękniejszym, bo najzwyczajniej młodszym. Kiedy wchodziło się na pełnej w dorosłość i kiedy mentalnie wiele brakowało, aby wgłębić się w ostatni, freudowski do szpiku kości jak się okazało obraz intuicyjnego fenomenu w sztuce wybierania obiecującego materiału książkowego do adaptacji. Mistrza niekwestionowanego w sposobie przez obiektyw spostrzegania rzeczywistości i poddawania jej erudycyjnej autopsji, a nie tylko z tej wstydliwej perspektywy zapamiętując Oczy szeroko zamknięte, jako cholernie niegrzeczny, bo ociekający perwersyjnym seksem thriller erotyczny, co bardziej od niby przekornie prostej puenty młodzieńca interesowało. Za produkcją stoi też totalna historia jej realizacji - że wspomnę tylko przedłużający się w nieskończoność czas i utrata w związku z tym cierpliwości części z obsady, a wszystko podobno przez nieznośną perfekcję Kubricka i ciągłe majstrowanie przy każdym detalu, a przy scenariuszu to nawet wybitnie. Głębokie psychologiczne kino Kubricka dzięki praktyce obsesyjnej dokładności i psychicznej wręcz udręki dla aktorów, zapewne też tak samo zdatne jest do bicia pokłonów w kierunku warsztatowych osiągnięć ludzi z planu, jak wieloaspektowej analizy. W tym przypadku pokrótce idzie o ZAZDROŚĆ! Od niej się zaczyna, bo później są już tylko następujące liniowo konsekwencje obsesyjnych myśli, pokusy i ciekawości, bowiem kłopoty człowieka nie szukają, to człowiek jakoś tak na nie w pogoni za króliczkiem wpada! Nowojorska elita głównym bohaterem zbiorowym i tejże poziom najbardziej zaawansowany, bo mówimy tutaj o posiadaczach niemalże bizantyjskich majątków, władzy niemal nieograniczonej oraz monumentalnego wtajemniczenia sekciarskiego przedstawicieli. Znudzeni życiem na mięciutko poszukują podniet ekstrawaganckich, bowiem jak jest nadczłowiek obrzydliwie bogatym i potwornie zobojętniałym, to dla własnego dobra wymyśli sobie rozrywkę nie dla pierwszych lepszych i ma do tego prawo - a precyzyjniej on decyduje co jest prawem. Kończące karierę Kubricka dzieło może nie jest tym najbardziej epickim i też filozoficznie rozbuchanych, lecz posiada klimat nie wyłącznie dzięki kapitalnej oprawie muzycznej niezwykły, stąd hipnotyzuje i przeraża zarazem, a najsilniej oddziałującym momentem, pomimo wielu scen zasługujących na zapisanie się złotymi zgłoskami w dziejach kinematografii jest sekwencja „mszy”. Jest ta wypieszczona atmosfera magnesem zapewniającym uwagę, a doskonale budowana mroczna tajemnica skupienie przed ekranem również gwarantuje, chociażby nie było na nim IDEALNEJ w tym okresie Nicole Kidman i wciąż będącego na fali Toma Cruise’a, którego chłopięcy czar, a jeszcze bardziej ten gen wiecznej młodości, to wciąż dla miłośników tematów z pogranicza teorii spiskowych intrygująca kwestia. Podsumowując mocna rzecz w sensie merytorycznej deliberacji (seks tak jako towar, jak i spoiwo relacji) oraz wizualnej materii oraz prowokująca do pewnej hipotezy, jakiej nie omieszkam na finał poddać uwadze. Mianowicie nie znając rzecz jasna prawdy, nie wiem jak było naprawdę, ale domniemam że się zdarzyło, iż dość wiekowy Kubrick w towarzystwie na planie takich towarów (przepraszam, tak ponętnych kobiet) mógł nieco na zdrowiu podupaść, patrząc jako mężczyzna przecież na ich wdzięki niewątpliwe. To też nie doczekał oficjalnej Oczu szeroko zamkniętych premiery i zastanawiające czy pomógł mu w tym może ten film i szersze z nim związane okoliczności, bądź za dużo podniet rodzaju żeńskiego, bo nie ma przecież musu aby w wieku 70 lat przez serce opuszczać to podobno najpiękniejsze miejsce we wszechświecie - ten cholera ogród ziemskich rozkoszy dla co niektórych.

środa, 5 kwietnia 2023

Spartacus / Spartakus (1960) - Anthony Mann, Stanley Kubrick

 

Wstępna uwaga odniesie się do muzyki - oprawy dźwiękowej podpowiadającej trafnie nawet kompletnie opornemu na prawidłowe reakcje widzowi, jak odbierać płynące z wielkiego ekranu emocje. Raz (mus to mus) romantyczne smyczki, dwa marszowo wesoło lub marszowo ponuro, ale najczęściej chyba dramatycznie, aby oddać właściwie, jak sobie zapewne założył autor pierwowzoru klimat historii buntu niewolników w starożytnym Rzymie. Dalej przytoczę anegdotę oddającą ówczesną pozycję Kirka Douglasa, który wyrzucił pierwotnego reżysera wkrótce po rozpoczęciu zdjęć, dzięki czemu projekt przejął młody Kubrick i przez co myślę Spartakus jest najmniej „kubrickowy”. Bliżej mu zatem naturalnie do charakterystyki kręcenia z epoki, niż nowatorstwa czy wręcz kubrickowego wizjonerstwa z przecież już niedalekiej przyszłości, co rodzi pytanie czy aby gwiazdor Douglas skutecznie nie pohamowywał ambicji i pasji reżyserskiej mistrza, bo trudno mi zrozumieć aby posiadając w praktyce pełnię wolności twórczą nakręcił tak zasadniczo schematyczny obraz. Nie podważam jednocześnie efektowi finalnemu wartości i nie odbieram klasy, gdyż pomimo archaizmu formy uznaję za wielkie widowisko najwyższej próby, ale widowisko li tylko w formule jaką wszyscy ówcześni twórcy kina spektakularnego praktykowali, bo rozmach wizualny, z naciskiem na lokacje widoki i kostiumy to wówczas standard i niewiele w zasadzie rożni formę Spartakusa od takiego Ben Hura, wcześniejszego Juliusza Cezara czy późniejszej Kleopatry. Może niuanse, detale, być może doskonałe (inspiracyjne) prowadzenie aktorów i ich najlepsze w karierze występy oraz precyzyjna produkcja. Stoi też za Spartakusem bardziej głęboka myśl przewodnia, filozofia niekoniecznie podana wyłącznie łopatologicznie oraz głębia psychologiczna i można go też przy odrobinie wnikliwości odsuwającej fasadę nazwać obrazem zaangażowanym społecznie, a nawet politycznym, choć to oczywiste że najważniejsze jest wrażenia optyczne i ekscytujące przeżycie tragicznie romantycznej historii. Opowieści jaką niewątpliwie na poziomie podstawowych, nieskomplikowanych emocji można odbierać bardzo intensywnie, bowiem podkreślam inscenizacja to często wyrywająca serducho, ale inscenizacja niepodobna do Kubricka z przyszłości, który zasłynął jednak jako twórca scen zimnych, unikających banalnego wzruszu.

sobota, 26 lutego 2022

Dr. Strangelove or: How I Learned to Stop Worrying and Love the Bomb / Doktor Strangelove, lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1964) - Stanley Kubrick

 

Technicznie rzecz biorąc urokliwa zabawa makietami, ale przede wszystkim treścią wywołująca salwy parskającego śmiechu zaraz po sekundzie konsternacji, adaptacja powieści Petera George’a, dokonująca odwrócenia optyki i błyskotliwie ośmieszająca zimno-wojenną retorykę, wymuszając jednocześnie refleksję nienapawającą już optymizmem. Poważna tematyka ubrana zostaje w groteskową formułę, z genialnym kreacjami bez wyjątku i kluczowym fenomenalnym popisem aktorskim (liczba mnoga) Petera Sellersa. Powstała perfekcyjnie przemyślana satyra, polityczna farsa z głębokim przesłaniem skrytym pod kapitalną fasadą ze świadomie forsownych majstersztyków aktorskich i wizualnej przerysowanej akrobatyki. Nuklearna czarna komedia, zbudowana z otaczających i nie tak odległych od rzeczywistości absurdów - śmiertelnie poważna, kubrickowską chłodną logiką przyczynowo-skutkową punktująca wojskowe i polityczne elity. Niby z jednej strony teatralna parodia, kiedy sceny zamknięte w jednym pomieszczeniu, z drugiej po taniości spektakularna, gdy efekty specjalne świadomie tandetne, a sceny ostrzału, walki, rodem z ówczesnego amerykańskiego kina klasy C. Kino inspirujące, ale też kino trudne do podrobienia i jak się przez ponad pół wieku od powstania okazywało do przeskoczenia jakościowego. Niewielu próbowało i nielicznym poziomem zbliżyć się udało. Dzieło ponadczasowe jeśli zostanie trafnie przez zaskoczonego z pewnością współczesnego widza zinterpretowane, co nie trudne bowiem lata lecą i wciąż rozbudowanych analiz w jego temacie przybywa. Zatem z wiedzy ekspertów zapraszam korzystać, jeśli konieczne scena po scenie, detal po detalu zagłębie i zrozumienie konceptu firmowanego legendarnym reżyserskim nazwiskiem. 

P.S. W obecnych okolicznościach politycznych szczególnie nie polecam młodemu widzowi, bo strach.  

czwartek, 5 listopada 2020

Barry Lyndon (1975) - Stanley Kubrick

 

Powściągliwy emocjonalnie i majestatyczny wizualnie, z genialną charakteryzacją i wyborną pracą ekspertów od kostiumów. Koncertowo korzystający z panoramicznych ujęć i spektakularnych lokacji oraz wytwornej choreografii ruchu, w klimacie na swój sposób charakterystycznych symfonicznych widowisk. Bo przecież rola dźwięku między innymi fortepianu, klawesynu, skrzypiec, wiolonczeli, waltorni czy fagotu nie jest tutaj drugoplanowa. Drobiazgowo dopracowany, skupiony na szczególe, misternie aranżujący światło i statyczną kamerę, tylko z rzadka wprowadzając ją w mozolny, aczkolwiek wciąż dostojny ruch. Właściwie film który z początku wprawia widza w konsternację, by z czasem niezwykle skutecznie zahipnotyzować, wciągając bez reszty w swoją pełną namaszczenia nieoczywistą kompozycję. Opierający swój magnetyzm nie wyłącznie na walorach obrazu i dźwięku, a wychodzący także poza szablon stawiając na frapującą narrację w trzeciej osobie. W dwóch aktach przedstawiony, z porywającym wykorzystaniem werbalnej intonacji i bogatego języka z epoki. Ponadto doskonale uchwycone wyrazy twarzy, minki zawiści i satysfakcji, powodują iż paradoksalnie w oczywisty sposób gdyby nie dialogi mógłby być uznany za film niemy. Szczególnie że takie wrażenie podkreśla właśnie ta dominująca rola muzyki i narracja odczytywana niby z plansz umieszczonych pomiędzy scenami. Dodam tylko, iż po tym jak poznałem wybitne dzieła Lantimosa, a już najbardziej w ostatnim czasie po premierze Faworyty miałem nieodparte przekonanie, iż to on jest obecnie najlepszym uczniem i kontynuatorem spuścizny warsztatowej i artystycznej Kubricka. Pasjami czerpie Grek z dzieł Mistrza i mimo tej inspiracji ani przez moment nie może być nazywany plagiatorem. 

czwartek, 14 maja 2015

Paths of Glory / Ścieżki chwały (1957) - Stanley Kubrick



Stanley Kubrick w odsłonie z 1957 roku, w czarno-białej szacie o wojnie w pacyfistycznym tonie. Ubogie środki techniczne zaprzęgnięte, rekompensowane talentem w kreowaniu inteligentnie przenikliwej treści. O tchórzostwie w kontrze do odwagi, o honorze przeciw cynizmowi. O presji, ciśnieniu, napięciu, agresji, zmęczeniu i znoju fizycznym oraz wyczerpaniu psychicznym. O kosztach i efektach, grze wartej czy nie wartej swej ceny. O zwykłych żołnierzach, którzy wrażliwymi istotami czy bestiami, instynkcie przetrwania i bodźcach, które bezwzględność w człowieku pobudzają. O rozgrywkach personalnych, karierze, poczuciu sprawczości i bezkarności. Hierarchii wojskowej, zdrowym rozsądku i moralności wobec zimnych, wymagających milczenia zasad podporządkowania. Rozkaz padł, ty go wykonaj! Bez dyskusji, refleksji, szacunku dla życia innych i przywiązania do własnego. Trzy ofiary generalskiej ambicji to przecież nic wobec tysięcy czy milionów, które walki pochłonęły. Przecież zadanie MUSIAŁO zostać wykonane! 

niedziela, 19 października 2014

2001: A Space Odyssey / 2001: Odyseja kosmiczna (1968) - Stanley Kubrick




Kubrick w nadęciu się zatracił – symfonię dźwięku i obrazu stworzył, bez granic, bez kompromisów z pełną premedytacją pogwałcił niemal wszelkie w ówczesnym kinie funkcjonujące zasady. Półgodzinne preludium, a potem cyklicznie przeplatające się sekwencje w miarę konwencjonalnej formy z poetyckimi czy transowymi obrazami. Skupił się na detalach, efektach prostych, lecz innowacyjnych, sztuczkach operatorskich, takich popisach czysto technicznej lanserki - na równi z intelektualną zagadką monolitu, będących osią produkcji. Klei zawzięcie te odsłony, nadyma formę z pełną powagą i przesadza niestety. Ale Kubrick to przecież czysta awangarda, można go nie rozumieć, a lubić (lans), można rozumieć i nie lubić (przekora), można nie chcieć zrozumieć by nadal lubić, można chcieć zrozumieć by przestać lubić i oczywiście rozumieć i lubić, co jest rzadkie w rzeczywistości, a częste w przypadku budowania własnego intelektualnego wizerunku. Ja w przypadku Odysei NADAL nie potrafię się zdecydować, której opcji jestem przykładem. :)

P.S. Skomplikowany charakter zdania o lubieniu, nawet w części nie sięga poziomu zagmatwania Odysei.

sobota, 4 października 2014

A Clockwork Orange / Mechaniczna pomarańcza (1971) - Stanley Kubrick




Tak jak uwielbiam manierę Kubricka ze Lśnienia, wiekowego Spartakusa czy schyłkowych Oczu szeroko zamkniętych, tak do końca fenomenu kilku innych produkcji z Odyseją kosmiczną, a przede wszystkim Mechaniczną pomarańczą na czele, od strony czysto artystycznej nie jestem w stanie w pełni zrozumieć - cenię ale nie padam na kolana. Problemem w przypadku "cytrusa" ten przerysowany pajacowaty czy intelektualnie i literacko ujmując groteskowy charakter, który zakładam (bo nie czytałem) narzucony rzecz jasna przez specyfikę zekranizowanej powieści Anthony'ego Burgessa. Przemoc, seks, agresja, rozpusta, brutalność i wyuzdanie z jednoczesnym puszczeniem oka do widza. Pełno metafor, alegorii i szeroko otwartej przestrzeni do interpretacji z równoległym świadomym pętaniem tej swobody dość oczywistą ale wciąż wieloaspektową puentą. Wszystko w przerysowanej kabaretowej konwencji wykorzystanej dla śmiertelnie poważnego przesłania. Wiem, rozumiem - angielskość tutaj wyjaśnieniem. ;) Ten osobliwy humor i starcie z ultra konserwatywną schedą po najsłynniejszej brytyjskiej monarchini. Ja jednako wysoko ceniąc wyspiarskie "jajcarstwo" w tym konkretnym przypadku tej przerysowanej teatralności nie dałem się w pełni poruszyć. To z pewnością nie jest trywialne, miałkie czy pospolite ale dla mnie jednocześnie zbyt trudno zjadliwe. Zwyczajnie, kreśląc opowieść o przemocy i manipulacji innych środków wyrazu od autora się spodziewam. Zatem poczucia niezrozumienia nie zafundował mi tutaj mistrz kina co w twarzach i spojrzeniach zawsze potrafił tak wiele przekazać, tylko Burgess w tak swoisty sposób ludzką naturę portretując. Kubrick zrobił swoje i w jak zawsze niezmiernie wyrazisty sposób! Wykorzystał wszelkie immanentne dla jego obrazów sztuczki produkcyjne, operatorskie efekty, scenograficzny sugestywny minimalizm czy niekonwencjonalne na ówczesne czasy rozwiązania formalne. Zainspirował i zdopingował zespół aktorski do najwyższego wysiłku, by finalnie efekt warsztatowy pod względem samego rzemiosła nie podlegał jakimkolwiek dyskusjom. Owoc tej synergii między plastycznością kreacji, a wizjonerstwem i charyzmą reżysera wyborny. Ambicja stworzenia wymagającego intelektualnie widowiska na rezultat przełożona mistrzowsko. I tylko cholera ten jeden zgrzyt - ta forma w fundamencie przez Burgessa zawarta. Muszę ją kiedyś w końcu przetrawić. ;)

P.S. Jaka to ta puenta? Władza, we wszelkich aspektach? Dominacja, manipulacja - bezrefleksyjne karmienie żądz? Drapieżne instynkty człowiekiem sterujące? Itp. itd.  Nie spodziewaliście się chyba, że w jednym zdaniu je spróbuje spłycić.

sobota, 3 maja 2014

The Shining / Lśnienie (1980) - Stanley Kubrick




Przez ekran obraz przepływa tak precyzyjnie spreparowany by od czołówki w widzu napięcie wzbudzać. Monumentalne krajobrazy szosą poprzecinane pojazd przemierza by do miejsca ostatecznej rozgrywki dotrzeć. To apokaliptyczną muzyczną oprawą, głęboko przeszywające odczucie grozy prowokowane. Lęk dźwięki sieją natarczywie w podświadomość się wpychając, by z ekspresyjnym, wyrazistym obrazem skorelowane gwałcić psychikę. Tutaj współczesne określenie slangowe o "ryciu bani" idealnie oddaje to z czym przez dwie godziny widz obcuje. Ta prosta, wręcz sztampowa historia, którą Stephen King stworzył w piorunujący sposób przez Stanley'a Kubricka na język sztuki filmowej została przełożona. Stosując skromne metody efekt niezwykle sugestywny mistrz osiągnął, a obłęd sączący się intensywnie niemal wypełza by swoimi mackami widza spętać. Osobliwe postaci doskonale wykreowane dopełniają obrazu wzorcowo skrojonego arcydzieła. King wirtuoz i Kubrick mu maestrią dorównujący! Co z tej kolaboracji mogło powstać, nietrudno było przewidzieć. Kult zwyczajnie, taki klasyk co pomimo wieloletniej znajomości za każdym razem przeszywające wrażenie robi. Nawet perspektywa czasu, bagaż lat mu nie jest ciężarem - on broni się znakomicie do poziomu żenujących bajeczek konkurencje w bezpośredniej konfrontacji sprowadzając. Smutna finalnie refleksja się nasuwa, ona do kondycji współczesnego kina grozy nawiązuje. Tam gdzie zręcznie kreowane przerażenie o rezultacie powinno decydować, bezlitośnie przeprodukowane obrazy, spływające od nadmiaru techniki wrażenie żałosne jedynie robią. Taka prawda banalna paradoks odsłania - spektakularne fajerwerki ubogą naturę tych chwytów obnażają. Szczęśliwie zawsze można postraszyć się Lśnieniem.

Drukuj