Pokazywanie postów oznaczonych etykietą In Flames. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą In Flames. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2026

In Flames - Soundtrack to Your Escape (2004)

 

Nie zamierzam rozbijać tego krążka na atomy, by spróbować dostrzec czego nigdy zbytnio nie dostrzegałem i nie mam wątpliwości, iż wciąż nie dostrzegę. Nie będę próbował zatem po wieloletnim rozbracie się do niego przekonywać, ni krytykować zawzięcie, gdyż być może na chłostę na granicy złośliwości nie zasługuję. Chcę tylko tu na stronach minimalistycznie sobie zarchiwizować po powrotnym (na chwilę) odsłuchu, co czuje i czy w ogóle coś czuję, bowiem na ten moment z przeszłości niewiele w jego kontekście pamiętam. Kojarzę okoliczności sidika nabycia (bowiem nabyłem) i potem raczej mam już zasadniczo merytoryczną pustkę w pamięci, gdyż ani mnie bodaj nie rozczarował kompletnie, ani zatrzymał przy sobie na dłużej. Prawdę mówiąc można było w tle zwykłych czynności posłuchać, lecz wydawanie na tą wątłą przyjemność kasy odbijało się lekką czkawką o cechach rozrzutności. Poszedł więc mój egzemplarz dość szybko w świat za pośrednictwem Allegro i tak skończyła się zasadniczo moja przygoda z entym krążkiem In Flames. Dzisiaj świeżo po przypominajce, gdybym posiadał nośnik, zrobiłbym z nim to co wówczas, ale abym odczuwał podobne poczucie niesmaku finansowej straty, to już nie, bo być może oryginalne wydanie idealne zachowane znalazło by amatora za przyzwoitą kwotę - tego kompletnie nie wiem, sprawdzać nie mam czasu. Supergwiazda ówczesnego nowocześnie traktowanego melo heavy-thrashu czy melo heavy-deathu, powiązanego z coraz silniejszymi inspiracjami "kornowatymi" nagrała materiał porządnie wyprodukowany i kontynuujący ścieżkę na którą na poważnie zaczęła wchodzić przy okazji Reroute To Remains. Stworzyła produkt w modern estetyce z wprawą - wpadające w ucho numery (spoko refreny), w których sczepiła szarpiącą szorstko struny, obijającą z pogłosem bębny i doprawioną ornamentyką tak klawiszowych brzmień jak oczywiście pływającą na fali wszędobylską melodykę. Dresowy kierunek In Flames do mnie jednak nie przemawiał, tak jak podobne, a jednak różne spostrzeganie gatunku przez Soilwork. Pierwszych opuściłem z drugimi pozostałem. Był na pewno jakiś tajemniczy powód. :)

środa, 15 stycznia 2025

In Flames - Reroute To Remain (2002)

 

Odsłuchując! Żałując! Odnotowując! Pojawił się pomysł odświeżenia w pamięci Reroute to Remain, a że z pamięci przebija mocno już wyblakły obraz moich odnośnie wyżej wymienionego odczuć, to zapuściłem sobie rzeczony i nawet w najśmielszych przewidywaniach nie zakładałem, że on tak silnie negatywnie na moim postrzeganiu szóstego długograja Szwedów się odciśnie. Ja przecież kojarzyłem, że nawet w tym odległym roku dwa tysiące drugim był pewnego rodzaju rozczarowaniem i jak wspominam zamykał raczej etap zainteresowania mojego (może rozpoczynał ten proces) muzyką In Flames, lecz nie spodziewałem się bym podczas współczesnego z Reroute to Remain kontaktu, mógł aż tak mocno z niesmakiem reagować na kolejne indeksy. Niestety czas straszliwie przemielił tą muzykę z tego okresu - wypluł jakąś breje i uważam, iż dla mnie jest to obecnie rodzaj stuffu kompletnie nieapetyczny, dzisiaj asłuchalny i nie odnosi się do jakiegoś programowego utyskiwania na kierunek jaki Szwedzi wtedy powzięli, czy ogólnie zatwardziałej jedynie sympatii dla szwedzkiego "melodyjnego death metalu" z początków lat dziewięćdziesiątych, lecz powiązany jest wyłącznie jak czuję z akurat RtR, który najzwyczajniej brzmi straszliwie płasko, bez polotu - jest pomimo przecież dźwięków z natury energetycznych pozbawiony pazura i jadu oraz mało tego, nawet harmonie melodyjne są ubogie, a te wszystkie różnorodne wokalizy irytująco wysilone, wręcz wywołujące dziwną reakcję alergiczną, gdy przecież wciąż mam sentyment i w innych konfiguracjach zespołowych nadal lubię to charakterystyczne mieszanie warkotu z czystymi zaśpiewami. Doszukuję się źródła tejże reakcji tak w oskarżonym brzmieniu niewyraźnym, jak i w pomysłach aranżacyjnych prostackich, bo finezji to w okresie pisania tej miernoty nawet w ilościach szczątkowych nie było - chemii być może też. Słabizna okrutna - aż mi się nie chce gadać. Ech, zamulony przez RtR teraz jestem. Po ch mi to było?!

czwartek, 31 sierpnia 2023

In Flames - Clayman (2000)

 


Z Clayman mam takie jedno bardziej niż inne silne skojarzenie, że leżę sobie z walkmanem i słuchawkami na uszach pośród zieleni na brzegu jakiegoś okolicznego bajorka i korzystam z kąpieli słonecznej, dokonując w latem zaawansowanych okolicznościach premierowego odsłuchu wówczas najnowszego albumu rosnącego wciąż w siłę, jednego z najpopularniejszych szwedzkich zespołów metalowych. Prawda że fajnie skojarzonko i prawda że bardzo fajny sentyment do jednego z ostatnich w miarę "metalowych" albumów göteborgskich tuzów? :) W miarę metalowe jeszcze ze dwie nie chronologiczne odsłony w dalszej drodze "płomieni" były, ale jest dla fana melodyjnych brzmień zza Bałtyku jasne, że akurat Clayman był tym krążkiem, który już na dobre przeniósł ich nutę na terytoria wpierw względnego, później już zdecydowanego mainstreamu. Anders Fridén drze tu histerycznie, czyli po swojemu wciąż mordę, ale wchodzi też często w manierę "kornowego" frontmana i cedzi słowa przez zęby takim szeptem bez odrobiny na szczęście zmysłowości, jak i w refrenach pokusi się o czyste, całkiem sprawne zaśpiewy. Tym samym nuta zmienia swoje jednorodne oblicze i jak trendy w gatunku w owym czasie nakazywały łapie dość przekrojowy sznyt, a jest to dokładnie taki lot pomiędzy obliczem motorycznego riffowania i (tak tak, wszyscy kumaci wiemy) nu metalowego zaciągania na ostry riff właśnie romantycznie-mrocznej zasłony. Co ciekawe wówczas nie było to jeszcze tak wyraźnie odczuwalne, a przynajmniej ja nieco przygłuchy może na ten kierunek byłem i dopiero po jakimś czasie z perspektywy (być może) sugestii dziennikarskich mądrali zacząłem nawet w instrumentalnych akcjach słyszeć pierwiastek "nju", a jak sobie dzisiaj odsłuchuję, to niby coś w tym graniu jest trendziarskiego, ale całość na pewno nie brzmi podobnie do całej masy archetypicznych przedstawicieli dzisiaj ocenianego surowo gatunku. Ten riff jest fakt wyraźny oraz bardzo melodyjny w znaczeniu konkretny i rytmika bez galopady w tempach średnich z przyspieszeniami jedynie niewielkimi i okazjonalnymi, z ponadto udziałem akustycznych pomysłów, ale brzmi wszystko razem mocno, choć bardzo przejrzyście. To więc też różni Clayman od dwóch jego poprzedników, że w studiu gruby dźwięk wykręcono i że Clayman to album z samymi przebojami, pośród których mogę się dopatrzyć kilku numerów wciąż uważanych za jedne z najlepszych w dorobku Szwedów.

sobota, 6 maja 2023

In Flames - Colony (1999)

 

Bliżej zdecydowanie Colony wydanego dwa lata wcześniej Whoracle, niż mającego premierę zaledwie w rok później (lipiec 2000) Claymana. Tak pod względem treści, jak formy - także, a może najbardziej tej związanej z wizualnym oddziaływaniem obrazu z okładki. Kto zna obydwie, a dokładnie wszystkie trzy, wie o czym mówię i pamięta też doskonale te złożone kompozycje jakimi wówczas zespoły metalowe ozdabiały fronty swoich albumów. Ja pamiętam i z pamięci nie mam problemu przywołać ich na zawołanie i kojarzę też (choć już może nie aż tak precyzyjnie), że Colony po premierze, to się chyba za zachowawczość ze strony sympatyków dostało i być może taka reakcja była jednym z ostatecznych powodów, że kolejny krążek muzycznie okazywał się dość wyraźnie stylistycznie odmieniony, a i te zmiany też nie wszystkim tak w stu procentach przypadły do gustu i co bardziej radykalni entuzjaści starej twarzy zespołu, In Flames skreślili. Tak źle, tak niedobrze - taki morał z tej historii wynika, więc na przyszłość dla młodych twórczych rada,  może należy po prostu robić swoje, niźli sugerować się opiniami z założenia stale niezadowolonych fanów. :) Teza z której wyprowadziłem wnioski oczywiście z lekka podkoloryzowana i upraszczająca ogląd rzeczywistości, bo musiałbym przewertować archiwum magazynów muzycznych, aby zyskać pewność, dowiadując się dlaczego Clayman poszedł tak mocno w sterylną chwytliwość, kosztem aranżacyjnego brudu, jaki jeszcze na Colony był wyczuwalny. To co powyżej to w kwestii historycznego rysu - występujących też pod koniec lat dziewięćdziesiątych okoliczności. Natomiast mówiąc o moim stanowisku i opisując krótko z czym konkretnie mam do czynienia, to akurat wciąż z napędzanym maidenowymi patatajkami bardzo goteborgskim melodyjnym (sic :)) death metalem, z dodatkiem ogromnego upodobania do miksowania gładkiego z szorstkim, co finalnie dawało względnie gładkie! Colony jest soczyste, mimo że brzmienie za bardzo dudniące i Colony jest emocjonalnie porywające w ogóle, a w szczególe ciężkie całkiem całkiem, potężne nawet nawet i gęste, jeśli uda się ze ściany łomotu wychwycić detale. Podsumowując zadam sobie pytanie i napiszę, że jak wracam do In Flames i wracam do In Flames właściwie tylko do tego najtisowego, to czy wolę Colony, Whoracle, a może The Jester Race przykładowo? Odpowiedź jest jednoznaczna, lecz powód już nie bardzo, bo nie rozumiem dlaczego wybieram bohatera tego tekstu w tym układzie płytowym na końcu?! 

P.S. Jak sobie teraz, już po spisaniu myśli luknąłem w archiwum gazetek, to opinie sprzed lat nie tak jednogłośnie głoszą stagnację na wysokości Colony, bo  pośród nich i takie, które uznawały iż Colony to pierwszy sygnał, że muzyka IF się wkrótce mocno zmieni. Wróżki? :)

sobota, 8 stycznia 2022

In Flames - Whoracle (1997)

 


O zamierzchłej fascynacji In Flames już niemal zapomniałem i nie było dotychczas większego powodu abym nawet na dłużej do tych klasycznych krążków z najtisowego okresu powracał, a refleksja jaka na stronach bloga wokół The Jester Race się przed laty pojawiła, nie pociągnęła za sobą ochoty na powrót do żadnego ich wydawnictwa. Dzisiaj jednak naszła mnie potrzeba nostalgicznego przewertowania archiwaliów z nagraniami i traf sprawił że odtworzenie Whoracle nastąpiło. Wykorzystując okoliczność nie omieszkam kilku zdań skrobnąć, aby zaznaczając jego miejsce w osobistej metalowej edukacji, także krótkim wywodem odnieś się do jego wartości dzisiejszej. Chronologicznie zaczynając i korzystając z w miarę jeszcze świeżej pamięci i w niej ulokowanych zasobów wspomnień pragnę donieść, że wówczas miałem niezłego fioła także na punkcie owego albumu i nawet jeśli w porównaniu do będącego dla mnie zjawiskiem porywającym krążka przed prawie dwoma laty wcześniej wydanego, to Whoracle mniej mną zawładnąwszy otoczony został chyba nawet większą atencją. Bowiem tak jak The Jester Race zajechałem z taśmy przegrywanej i ręcznie opisanej, tak trójka to już zakupem świadomym była i inwestycją w kasetę licencyjną, stąd podobając mi się odrobinę mniej, ze względu na kapitał zainwestowany częściej do niej powracałem aby się do niej przekonać, tudzież tym samym wyprzeć poczucie słabo wybranej lokaty. Tak to wówczas było, ze za nutę jak za zboże się płaciło i dla groszem nie śmierdzącego, dorabiającego na boku na konieczne wydatki i małe przyjemności studenciny każda taśma (a tym bardziej ho ho płyta) stanowiła wartość. Kapitalna, dobra czy słaba - każda wymagała poświęcenia. :) Zawarty na Whoracle materiał względnie nie różnił się od tego jaki wypełniał TJR, lecz dla już wówczas w miarę wprawnego ucha, od więcej niż pięciu lat metalowe podwórko przeczesującego słyszalne było, iż brzmienie dostało brudu dawkę solidniejszą i tym samym selektywności dwójki mu zabrakło. Numery stały się bardziej zwarte i dla cymesów mniej miejsca wygospodarowano. Jakoby więc niby krążek który trzyma charakterystyczny dla In Flames kierunek otrzymałem, ale w kontekście ówczesnej zjawiskowości znanego mi materiału już takiej ekscytacji nie było. To oczywiste, pierwszy raz jest zawsze jeden i każdy kolejny chociaż techniczne teoretycznie doskonalszy, to już takich emocji debiutanckich ze sobą nie niesie, dlatego też wtedy większych pretensji do muzyków nie miałem, a wspomniane uparte Whoracle maltretowanie przyniosło do niego naturalne przyzwyczajenie. Dzisiaj wiedząc jakim szlakiem kariera Szwedów się potoczyła, akurat do tych startowych albumów nie mam pretensji o stylistyczne kompromisy prowadzące do osiągania satysfakcji o charakterze merkantylnym. Słucham rzadko, ale jak już odpalam to oprócz obrazów z młodości i tym samym miłych skojarzeń emocjonalnych, negatywnych odczuć nie doznaje. Banan na mordzie jest i brak pewnie zrozumienia wokół. Bowiem niewiele osób rozumie czym po ćwierćwieczu odgrzewanie kultu z młodości smakuje. Czymkolwiek wątpliwym ten kult nadgryziony zębem czasu by się nie stał.

czwartek, 29 października 2015

In Flames - The Jester Race (1996)




Zrobiłem sentymentalną wycieczkę w czasie, by przypomnieć sobie chwile kiedy zauroczony The Jester Race oddawałem się namiętnym odsłuchom drugiego longa In Flames. Jak się okazało pamięć moja dobra i wspomnienia z łatwością powiązane zostały z emocjami jakie ówcześnie mi towarzyszyły. Chociaż dzisiaj ten rodzaj muzycznej wrażliwości z rzadka jest we mnie aktywowany, to o dziwo w tym przypadku zdołał poruszyć. Stara i krótkotrwała była to miłość, bo dawno i do przede wszystkim jedynie tej płyty ograniczona - ona znacznie zardzewiała jednak tak w pełni to nie umarła. "Ciar" już wywołać nie jest w stanie, lecz przyjemności dostarczyć już owszem. Słucham uważnie i kilka istotnych wniosków z perspektywy czasu się nasuwa. Grali wtedy imć Panowie Szwedzi z powodzeniem ten swój ultra melodyjny death, który z czystym sumieniem można by nazwać heavy metalem, gdyby nie histeryczny wokal i okazyjne gwałtowne perkusyjne nawałnice. Na siłę, a może bez naciągania poniższej teorii napiszę, że na rok przed spektakularnym (jasne, że jak na standardy metalowe) wypłynięciem HammerFall i wskrzeszeniem klasycznego power/heavy, to In Flames właśnie na The Jester Race w riffach i harmoniach uchwycił ducha lat osiemdziesiątych. Takie mam przekonanie, lecz nie mam jednak zamiaru tutaj przeprowadzać szczegółowej analizy struktury kompozycji czy charakterystyki dźwięków, by udowodnić prezentowaną tezę. Dodam tylko rezygnując z powagi rzucanych stwierdzeń, że rytmiczne, zsynchronizowane potrząsanie piórami i bujanie wiosłami można przy tych dźwiękach uskuteczniać bez trudu, a tego rodzaju choreografia to przecież znak rozpoznawczy power/heavy "rycerzy". Bardzo blisko In Flames tutaj typowego heavy swoje granie umieścili, a dopracowane chwytliwe harmonie i bogate w ornamenty solówki tylko potwierdzają sens tegoż przekonania. Jedynie brzmienie (prócz rzecz jasna wokalnej ekspresji) o skandynawskim pochodzeniu i innych korzeniach gatunkowych informują. Sound jaki został ukręcony, to wypadkowa po części sceny sztokholmskiej, w której brud wraz z gruzem dominował i sceny göteborgskiej, gdzie zaś jad i jazgot panował. Ta hybryda w tym konkretnym przypadku doskonale się sprawdziła, bo dla równowagi przebojowością i we fragmentach (The Jester's Dance) krystalicznie czystym dźwiękiem została okraszona, a ja i dzisiaj co zaskakujące czerpię frajdę z odsłuchu tak skonfigurowanego brzmienia. Wracam pamięcią do roku 1996 i chwil kiedy pozbawiony regularnie gotówki pożyczoną taśmę kopiowałem, a później własnoręcznie zdobiłem jej front pomysłową grafiką ze stylizowaną wytwornie czcionką. :) Trzeba było wtedy włożyć sporo wysiłku by cieszyć się ulubioną muzyką - przecież nikt na serwerach pełnych dyskografii za friko nie umieszczał. Pamiętajcie o tym gówniarze zapełniając terabajty na swych wypasionych twardych dyskach.

P.S. Gdzie jest teraz In Flames, w jakim miejscu zakotwiczył to dla wtajemniczonych pytanie retoryczne. Jak ktoś jednak nie zna odpowiedzi niech mnie nie pyta - za cholerę w te rejony nawet w myślach się nie wybieram.

Drukuj