Nie zamierzam rozbijać tego krążka na atomy, by spróbować dostrzec czego nigdy zbytnio nie dostrzegałem i nie mam wątpliwości, iż wciąż nie dostrzegę. Nie będę próbował zatem po wieloletnim rozbracie się do niego przekonywać, ni krytykować zawzięcie, gdyż być może na chłostę na granicy złośliwości nie zasługuję. Chcę tylko tu na stronach minimalistycznie sobie zarchiwizować po powrotnym (na chwilę) odsłuchu, co czuje i czy w ogóle coś czuję, bowiem na ten moment z przeszłości niewiele w jego kontekście pamiętam. Kojarzę okoliczności sidika nabycia (bowiem nabyłem) i potem raczej mam już zasadniczo merytoryczną pustkę w pamięci, gdyż ani mnie bodaj nie rozczarował kompletnie, ani zatrzymał przy sobie na dłużej. Prawdę mówiąc można było w tle zwykłych czynności posłuchać, lecz wydawanie na tą wątłą przyjemność kasy odbijało się lekką czkawką o cechach rozrzutności. Poszedł więc mój egzemplarz dość szybko w świat za pośrednictwem Allegro i tak skończyła się zasadniczo moja przygoda z entym krążkiem In Flames. Dzisiaj świeżo po przypominajce, gdybym posiadał nośnik, zrobiłbym z nim to co wówczas, ale abym odczuwał podobne poczucie niesmaku finansowej straty, to już nie, bo być może oryginalne wydanie idealne zachowane znalazło by amatora za przyzwoitą kwotę - tego kompletnie nie wiem, sprawdzać nie mam czasu. Supergwiazda ówczesnego nowocześnie traktowanego melo heavy-thrashu czy melo heavy-deathu, powiązanego z coraz silniejszymi inspiracjami "kornowatymi" nagrała materiał porządnie wyprodukowany i kontynuujący ścieżkę na którą na poważnie zaczęła wchodzić przy okazji Reroute To Remains. Stworzyła produkt w modern estetyce z wprawą - wpadające w ucho numery (spoko refreny), w których sczepiła szarpiącą szorstko struny, obijającą z pogłosem bębny i doprawioną ornamentyką tak klawiszowych brzmień jak oczywiście pływającą na fali wszędobylską melodykę. Dresowy kierunek In Flames do mnie jednak nie przemawiał, tak jak podobne, a jednak różne spostrzeganie gatunku przez Soilwork. Pierwszych opuściłem z drugimi pozostałem. Był na pewno jakiś tajemniczy powód. :)
niedziela, 14 czerwca 2026
środa, 15 stycznia 2025
In Flames - Reroute To Remain (2002)
Odsłuchując! Żałując! Odnotowując! Pojawił się pomysł odświeżenia w pamięci Reroute to Remain, a że z pamięci przebija mocno już wyblakły obraz moich odnośnie wyżej wymienionego odczuć, to zapuściłem sobie rzeczony i nawet w najśmielszych przewidywaniach nie zakładałem, że on tak silnie negatywnie na moim postrzeganiu szóstego długograja Szwedów się odciśnie. Ja przecież kojarzyłem, że nawet w tym odległym roku dwa tysiące drugim był pewnego rodzaju rozczarowaniem i jak wspominam zamykał raczej etap zainteresowania mojego (może rozpoczynał ten proces) muzyką In Flames, lecz nie spodziewałem się bym podczas współczesnego z Reroute to Remain kontaktu, mógł aż tak mocno z niesmakiem reagować na kolejne indeksy. Niestety czas straszliwie przemielił tą muzykę z tego okresu - wypluł jakąś breje i uważam, iż dla mnie jest to obecnie rodzaj stuffu kompletnie nieapetyczny, dzisiaj asłuchalny i nie odnosi się do jakiegoś programowego utyskiwania na kierunek jaki Szwedzi wtedy powzięli, czy ogólnie zatwardziałej jedynie sympatii dla szwedzkiego "melodyjnego death metalu" z początków lat dziewięćdziesiątych, lecz powiązany jest wyłącznie jak czuję z akurat RtR, który najzwyczajniej brzmi straszliwie płasko, bez polotu - jest pomimo przecież dźwięków z natury energetycznych pozbawiony pazura i jadu oraz mało tego, nawet harmonie melodyjne są ubogie, a te wszystkie różnorodne wokalizy irytująco wysilone, wręcz wywołujące dziwną reakcję alergiczną, gdy przecież wciąż mam sentyment i w innych konfiguracjach zespołowych nadal lubię to charakterystyczne mieszanie warkotu z czystymi zaśpiewami. Doszukuję się źródła tejże reakcji tak w oskarżonym brzmieniu niewyraźnym, jak i w pomysłach aranżacyjnych prostackich, bo finezji to w okresie pisania tej miernoty nawet w ilościach szczątkowych nie było - chemii być może też. Słabizna okrutna - aż mi się nie chce gadać. Ech, zamulony przez RtR teraz jestem. Po ch mi to było?!
czwartek, 31 sierpnia 2023
In Flames - Clayman (2000)
sobota, 6 maja 2023
In Flames - Colony (1999)
Bliżej zdecydowanie Colony wydanego dwa lata wcześniej Whoracle, niż mającego premierę zaledwie w rok później (lipiec 2000) Claymana. Tak pod względem treści, jak formy - także, a może najbardziej tej związanej z wizualnym oddziaływaniem obrazu z okładki. Kto zna obydwie, a dokładnie wszystkie trzy, wie o czym mówię i pamięta też doskonale te złożone kompozycje jakimi wówczas zespoły metalowe ozdabiały fronty swoich albumów. Ja pamiętam i z pamięci nie mam problemu przywołać ich na zawołanie i kojarzę też (choć już może nie aż tak precyzyjnie), że Colony po premierze, to się chyba za zachowawczość ze strony sympatyków dostało i być może taka reakcja była jednym z ostatecznych powodów, że kolejny krążek muzycznie okazywał się dość wyraźnie stylistycznie odmieniony, a i te zmiany też nie wszystkim tak w stu procentach przypadły do gustu i co bardziej radykalni entuzjaści starej twarzy zespołu, In Flames skreślili. Tak źle, tak niedobrze - taki morał z tej historii wynika, więc na przyszłość dla młodych twórczych rada, iż może należy po prostu robić swoje, niźli sugerować się opiniami z założenia stale niezadowolonych fanów. :) Teza z której wyprowadziłem wnioski oczywiście z lekka podkoloryzowana i upraszczająca ogląd rzeczywistości, bo musiałbym przewertować archiwum magazynów muzycznych, aby zyskać pewność, dowiadując się dlaczego Clayman poszedł tak mocno w sterylną chwytliwość, kosztem aranżacyjnego brudu, jaki jeszcze na Colony był wyczuwalny. To co powyżej to w kwestii historycznego rysu - występujących też pod koniec lat dziewięćdziesiątych okoliczności. Natomiast mówiąc o moim stanowisku i opisując krótko z czym konkretnie mam do czynienia, to akurat wciąż z napędzanym maidenowymi patatajkami bardzo goteborgskim melodyjnym (sic :)) death metalem, z dodatkiem ogromnego upodobania do miksowania gładkiego z szorstkim, co finalnie dawało względnie gładkie! Colony jest soczyste, mimo że brzmienie za bardzo dudniące i Colony jest emocjonalnie porywające w ogóle, a w szczególe ciężkie całkiem całkiem, potężne nawet nawet i gęste, jeśli uda się ze ściany łomotu wychwycić detale. Podsumowując zadam sobie pytanie i napiszę, że jak wracam do In Flames i wracam do In Flames właściwie tylko do tego najtisowego, to czy wolę Colony, Whoracle, a może The Jester Race przykładowo? Odpowiedź jest jednoznaczna, lecz powód już nie bardzo, bo nie rozumiem dlaczego wybieram bohatera tego tekstu w tym układzie płytowym na końcu?!
P.S. Jak sobie teraz, już po spisaniu myśli luknąłem w archiwum gazetek, to opinie sprzed lat nie tak jednogłośnie głoszą stagnację na wysokości Colony, bo są pośród nich i takie, które uznawały iż Colony to pierwszy sygnał, że muzyka IF się wkrótce mocno zmieni. Wróżki? :)




