Volbeat w zasadzie nic się nie zmieniając, to w szczegółach przechodzi swoje małe metamorfozy, a zdaje się na ich kształt tak wpływ ma wizja oczywiście lidera, jak zmiany w składzie, które zresztą też pod wizję szefa można podciągnąć. Zatem twarze nowe wnoszą na tyle świeżości, na ile pozwala im Michael Poulsen, a realizują rzecz jasna jego koncepcję "rozwoju" zespołu, jak najbardziej w sensie może nie ewolucji czysto muzycznej, jak powiększania bazy fanów. Stąd Volbeat jest dzisiaj nieporównywalnie bardziej rozpoznawalny niż te kilka lat temu, a fanbaza to już nie wyłącznie pasjonaci-farciarze, którzy gdzieś Volbeat w metalowo-rockowym pół mainstreamie wyszukali, ale też wszyscy Ci którzy nie żyjąc na co dzień nutą, lubią od czasu do czasu dać jej się pochłonąć. Nie mam żadnych wątpliwości iż God of Angels Trust jest równie udaną płyta, jak wydana ponad cztery lata temu, świetna także na tle najlepszych dokonań ekipy Duńczyka Servant Of The Mind. Prawdopodobnie na to oczywiste przez pryzmat ciągłości quasi ewolucyjnej porównanie ma wpływ fakt, że tutaj też świetnie ze sobą współżyją numery o charakterystyce metalowej, gdzie liczy się konkretny mocarny riff, coraz bliższy myślę wzorcom jakie przynosi obecnie popkulturze wciąż przyciągająca na stadiony grube dziesiątki tysięcy maniaków Metallica, z klimatami bliższymi rockabilly - z jakimi Volbeat za sprawą nie wyłącznie wokalu Poulsena jest kojarzony. Słyszę tutaj tak samo dużo motywów jakich nie powstydziłyby się popularne kapele rockowe z okolic przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, jak i równie silne akcenty dopieszczonego maniera rockową, niemal czystego thrash metalu - czasem z udziałem gęstego, agresywnego bicia perkusyjnego. Odnoszę też wrażenie, że Volbeat dorzucił do tej mieszanki przywodzącej na myśl poprzednią płytę, też pomysły jakie wykorzystywał w pierwszej fazie istnienia, a najbardziej ku tej refleksji czynnikiem przywodzącym jest Time Will Heal - kawałek jaki idealnie odnalazłby się tak na drugim, trzecim czy czwartym długograju, jak na kilku kolejnych jeszcze. Fajny, przesiąknięty emocjonalnym serduszkiem utworek, który jednak odczuwalnie jest tak bardziej miękki, jak mniej rock'n'rollowym groovem nasączony od na przykład następującego po nim Better Be Fueled Than Tamed. Innymi słowy na najnowszym krążku Volbeat jest wszystko to do czego już przyzwyczaili, z brakiem jakiejkolwiek większej zaskoczki, bowiem bywało drzewiej że pojawiało się w programach albumów coś, co cokolwiek odświeżało charakterystykę ich stylu. Tym razem czegoś takiego nie uświadczyłem - biorąc pod uwagę także zamykający stawkę, trochę rzewny, trochę epicki Lonely Fields. Bowiem takich hybryd to ekipa Poulsena ma w swoim katalogu sporo. Kolejny raz tym samym proponują miłe granie do samochodu i może dobrze towarzyszące porannemu procesowi przygotowywania śniadania, nim kawa jeszcze zostanie zaparzona. Zero grubszej krytyki - wciąż ich lubię i czasem z ich propozycji korzystam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Volbeat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Volbeat. Pokaż wszystkie posty
środa, 11 czerwca 2025
sobota, 11 grudnia 2021
Volbeat - Servant of the Mind (2021)
Trudno nie ulec wrażeniu, że Servant of the Mind jest nową wersją Rewind, Replay, Rebound. Bliźniacza budowa, koncepcja i sporo urozmaicenia w obrębie całości programu. Bo kompozycje mimo że nie odbiegają od volbeatowych standardów są bardzo różnorodne i nie mam tym samym prawa używać przymiotnika sugerującego monotonność. Poszczególne numery również trzymając się aranżacyjnego reżimu zwrotka refren i tam gdzie należy solówka i bridge, wprowadzają w swoją strukturę rozmaitości, gęsto korzystając z wielorakich rockowych inspiracji. Niby to samo, a jednak słychać wyraźnie że pancurskie rockabilly Wait A Minute My Girl, to nieco inna bajeczka od motorycznego i a'la thrashowego Shotgun Blues, a cudnie epicko heavy metalowy The Sacred Stones (w dodatku we fragmentach tak fajnie puszczający oczko do Heaven and Hell :)) ma się nijak (gdyby to nie ten sam Volbeat) do słodziutko przy wsparciu niejakiej Stine Bramsen zaśpiewanego Dagen Før. Tych rozjazdów jest jednak tyle ile trzeba i tak jak nadmieniłem, te skrajności zawsze trzymają charakterystyczny ton stylistyczny ekipy Michaela Poulsena. Nie dziwią więc opinie o systematycznym wyciskaniu materiału z tej samej tubki, lecz co raduje wciąż z tej tubki która utrzymuje świeżość. Ja akurat jestem taką sytuacją kontent, bo poprzedni album bardzo mnie pozytywnie zaskoczył, w zasadzie (he he) niewiele zaskakując. Volbeat jest jedyny w swoim rodzaju, stąd wybaczam pierwotnie wyłącznie duńskiej ekipie grzech wtórności, przypisując jej bez uczucia wyrozumiałości znamiona oryginalności, którą należy pielęgnować z troską zarówno o jego wyjątkowy charakter brzmieniowy oraz duże właściwości plastyczne. Tak sobie kombinuje na ile mi wyobraźni starcza, że czego by nie zaprzęgnęli do własnego stylu, zawsze to zabrzmi tak jak od lat brzmi Volbeat, a ja to kupię i rączki ucałuję, bowiem w lidze wyśmienitej rockowej chwytliwości to sorry, ale cholera jasna konkurencja im tego daru pisania kopiących hitów może zazdrościć. Michael Poulsen każdy pomysł zamienia w złoto i jedno co nie pozwala mu stać się super gwiazdą mainstreamu, to czas akcji. Gdyby człowiek produkował takie petardy w latach osiemdziesiątych, dziś opływałby w niewyobrażalny dostatek.
środa, 21 sierpnia 2019
Volbeat - Rewind, Replay, Rebound (2019)
Ociągałem się aby nowy
Volbeat sprawdzić, bo to już nie to co kiedyś i ja nie ten sam co te nawet i
lat dwanaście. „Zmusiłem się” ostatecznie po dwóch tygodniach odsuwania na
potem i jakież było moje zdziwienie (nie totalne zaskoczenie, bowiem Volbeat
zawsze gładko wchodzi), kiedy po pierwszych czterech numerach byłem tak szczeniacko podjarany jak na początku
lat dziewięćdziesiątych kiedy uzbierałem na Amigę 600. Wtedy, jak mi pamięć wybiórcza podpowiada też w tych krótkich chwilach jak na niej nie
grałem, to chciałem tańczyć, raczej w praktyce chaotycznie wymachiwać kończynami, a morda się cieszyła, bo
ja sześć zero zero mam, a nie wszyscy inni mają! Natomiast (skoro już sobie tak ochoczo żartuję ;)) w bliższym czasu odniesieniu – jak wtedy, gdy
ostatnio ktoś poczęstował mnie wypiekiem znakomitym ku mojemu tępemu zdziwieniu
ze szczawiem (stop, wróć!) szpinakiem ku***, a mnie smakowało i wyraźnie żenująco
szczerą radochę sprawiło! Ale nie o mnie, a o nowym krążku ekipy Michaela
Poulsena miało być i będzie! Startują motywem żywcem wyciętym z krążków AC/DC,
ale to tylko podpucha bowiem otwieracz to ładna, ugładzona radiowa pioseneczka, która mimo, że
nie została zahartowana w cięższym brzmieniu to nie jest aż tak mdła by odrzucić
krążek precz. To co najlepsze wchodzi już przy okazji dwójki i ciągnie efektowną całość opakowaną w klimatyczną kopertę na wysokich obrotach aż do numeru
zamykającego album, który jako jedyny okazuje się nieco zbyt anemiczny. Zaprawdę powiadam Wam sporo się w tych nastu numerach
dzieje i nudy przynajmniej przez kilka sesji nie zaznacie, a gwarantuje, że
większość kompozycji zagości na waszych play listach na czas dłuższy aż do
zajechania, zanudzenia, ekstremalnie zzrzyg****. Prują na RRR chwilami takim fajnym i
ciężkim riffem, że mi membrany w głośnikach poza granice wytrzymałości się
wyrywają, a ja pocę się dosłownie z podniecenia ale i obawy, bowiem to kosztowny zestaw. Czasem nie jest to prosty
rock’n’rollowy standard, a całkiem nieoczywisty zawijas (w zasadzie wszędzie coś :)) nawet lajtowy thrash
(The Everlasting) z drugiej mańki ejtisowy pop rock z natchnioną pastiszową melorecytacją (The Awakening of Bonnie Parker), ale prym
wiedzie naspeedowane boogie ożenione z punk rockiem i tym elvisowym wokalem (genialne z
dęciakami i gościnnym udziałem Pana brody Die to Live, a zaraz za nim idealnie westernowy, turbo
odrzutowy, a jednak taneczny Sorry Sack of Bones), który pewnie miłośniczkom
rocka płci pięknej jakimś magicznym sposobem rozpina biustonosze bezdotykowo. A te chórki, o żesz jakie cudo – słyszę jaki to ma gigantyczny potencjał
koncertowy! A te solówki – słyszę jaki to soczysty bezpretensjonalny heavy sznyt
do powietrznej gitary szlifowania! Zabawa przednia, przegląd przebojowy ogólnie około rockowy – z wdziękiem i charyzmą. Nie wiem tylko na jak długi okres
przydatności do sztubackiego rozentuzjazmowania.
środa, 20 lipca 2016
Volbeat - Seal the Deal & Let's Boogie (2016)
Volbeat powraca i fanom chwytliwego
metalizowanego "elvis" rocka sprzedaje kolejną porcję zajebistych
hiciorów z ograniczonym niestety terminem przydatności do spożycia. A może problem tkwi
we mnie, że te numery równie szybko się wkręcają w moją głowę, jak zaczyna od
nich wiać po prostu nudą i ich moc wietrzeje. Trafiony ponad dekadę temu tą
wtedy oryginalną koncepcją połączenia świetnie stylizowanego wokalu manierą
legendarnych piosenkarzy klasycznie rock'n'rollowych z przebojowym i naturalnie
energetycznym pop rockiem o inklinacjach boogie, country czy southern, przez
dwie, może trzy kolejne płyty z wypiekami na twarzy słuchałem popisów ekipy Michaela Poulsena zarażając kogo się dało dobrą nowiną. Niestety produkt którym się wówczas
jarałem szybko stracił smak i atrakcyjność, i nie potrafię już na dłuższą metę
radować się kolejnymi niemal identycznymi krążkami. Fakt, kiedy nowa płyta na
świat przychodzi przez kilka tygodni siedzi w głowie i z radochą potupuje sobie
przy niej nóżką, główką pokiwam i nucę jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniej
nuty, ale tylko w ograniczonym przedziale czasu. Posłucham intensywnie, przede
wszystkim w podróży, a potem porzucam i nie wracam przez długie miesiące.
Gdzieś ta formuła w moim przekonaniu się wyeksploatowała lub ona bliźniacza
popowej masie wbijanej na każdym kroku przez stacje radiowe. Sezon popularności
i do kosza, a w zanadrzu kolejny super/mega hit na następne pięć dochodowych
minut? Jeżeli ta teza trafiona to nie wróżę żadnych szans na przełom w
długotrwałej jakości produktu made in Volbeat. Pytanie tylko czy wyłącznie ja
mam ten problem z chwytliwym heavy rockiem, który w odpowiednich dawkach nie
jest przecież taki zły. Napiszę więcej - na krótką metę w imprezowych
okolicznościach jest przecież zajebisty!
sobota, 31 sierpnia 2013
Volbeat - The Strength / The Sound / The Songs (2005) / Rock the Rebel / Metal the Devil (2007) / Guitar Gangsters & Cadillac Blood (2008) / Beyond Hell / Above Heaven (2010)
Przy
okazji nowego krążka duńskich miłośników zmetalizowanego rockabilly, postanowiłem zwięźle ich dorobek spisać, udając się w krótką podróż
obrazującą moje z nimi relacje. A zaczęło się wszystko w 2007-ym roku na
miesiąc przed przyjściem na świat córy mojej, w okresie naznaczonym nie
wyłącznie radością z tym wydarzeniem związaną, gdyż tragedia w
środowisku mi bliskim silnie naznaczyła z tamtego czasu wspomnienia. To
niezwykłe jak muzyka przyciąga echa przeszłości, jak silnie wiąże się z
istotnymi zdarzeniami. I pomimo, iż dźwięki Volbeat do
ponuro-depresyjnych nie należące, intensywnie wbiły się podświadomie w
obrazy dramatyczne jakie pośrednim mi udziałem. Złość we mnie wzbiera na
myśl jak łatwo gaśnie ludzkie życie, jak detale mogą wpływać na losy
człowieka i jego otoczenia. Truizmem oczywistym, że póki mamy szanse by z
niego korzystać, robić to powinniśmy stąpając po wątłej granicy między
spełnieniem, a odpowiedzialnością, poczuciem bezpieczeństwa, a ryzykiem.
Kur** takie życie! Rock the Rebel/Metal the Devil tym dziewiczym
albumem w przyjaźni z Volbeat był się stał. Wtedy to ta na wskroś
oryginalna mieszanka wkręciła mnie w tryby swoje intensywnie, słuchałem
jej niemal w zapętleniu, szczególnie kiedy autem podróżowałem. Piękne to
bezpretensjonalne wbicie się w konwencje kiczowatą było, szczególnie iż
te zaśpiewy Poulsena manierą króla rocka przesiąknięte, stąd elvisowe
skojarzenia z uginaniem zgrabnych kolanek płci pięknej. I taka to w
ogólności muza jest - imprezowa, skoczna, czasem bardziej chropowata
innym razem o balladowym zacięciu czy niemal popowej melodyce. Fajna
zwyczajnie - takie tu określenie najcelniejsze się wydaje. Zachęcony do
zabawy z duńskim akompaniamentem sięgnąłem po wcześniejszy krążek jakim
The Strength/The Sound/The Songs z 2005-ego roku, gdzie więcej
zadziornej często nawet thrashowej zadymy było - znaczy się mniej presleyowego pudru i brylantyny, a przewaga skóry i ćwieków. Jedyny
problem z płytką tą to produkcja sucha do rozwiązań z lat 80-tych
nawiązująca, a że ja takiego bzycząco-trzeszczącego soundu nie jestem amatorem, to też przeszkadza mi ta subiektywnie postrzegana wada w najwyższej
ocenie albumu. Pomimo tego w stanie jestem docenić same kompozycje,
bardzo udanie eksploatujące ciekawe, często ugorem współcześnie leżące
obszary, a taki Pool of Booze, Booze, Booza z kapitalnie klimat
oddającym klipem, to alternatywy hicior niezaprzeczalnie. Było wstecz,
teraz w przód wyrywam, a tam będący pójściem za ciosem już w 2008 roku
Guitar Gangsters & Cadillac Blood. Krążek w którym wszelkie odpryski
i zadziory ciężkiej wagi jakie jeszcze na dwójce z jedynki sporadycznie
egzystowały zanikły, miejsca ustępując połyskującej rockowej estetyce
dając nadal finalnie atrakcyjny efekt. Tamtego czasu także korzystając z
okazji na gig Duńczyków do Grodu Kraka z małżonką się wybrałem i
świetnie spędzony czas to się okazał. Koncert żywiołowy z ekstra
kontaktem z publicznością, bez napinki czy pozerki. Soczysty gitarowy
wygar z przebojowymi, chóralnie śpiewanymi refrenami, nie tylko dla ozdoby butelkami Jack'a
Daniels'a na scenie, zadowolonymi widzami i uśmiechniętymi muzykami.
Taka esencja dobrej zabawy, przekrój wiekowy spory gromadzącej, bo i z
brzuchami wielkimi weteranów koncertowych jak i z rodzicami
dziesięciolatków można było spotkać. Ogólnie wspomnienia bardzo na tak! Z obowiązku wspomnę jeszcze o Beyond Hell / Above
Heaven, który w dobrych sklepach muzycznych pojawił się w 2010-ym efekt
robiąc podobny do tegorocznego Volbeat produktu - udany on ale już
odrobinę zmęczeniem stylistycznym dotknięty. A co później już miejsce miało, skreśliłem przy okazji Outlaw Gentlemen & Shady Ladies, teraz tylko zamykająca po trochu smutna
refleksja. Dzisiaj grupa to już w światku rockowym gwiazda,
pozwalająca sobie na wybrzydzanie w ofertach koncertowych oraz epizody
jak z tegorocznego Metal Festu gdzie headlinerem drugiego bodajże dnia
być miała, a nie wystąpiła bo ich poczucie bezpieczeństwa w subiektywnym mniemaniu na
scenie było zachwiane. Nie wiem jak sprawy zakulisowo się miały,
jednak żadna inna formacja z tego co wiem podobnych obaw nie zgłosiła co
świadczy już odrobinę o gwiazdorskim syndromie u tych Panów.
P.S.
Wspomnę tylko, iż ani ekipie Down, Satyricon czy Entombed, ani żadnej
innej gwałt soniczny czyniącej podczas Metal Festu na łby nic nie
spadło - widać nad nimi wszechmogący czuwał.
Volbeat - Outlaw Gentlemen & Shady Ladies (2013)
Taka sytuacja - piąta już propozycja Volbeat w zasadzie nic w charakterystycznej już stylistyce grupy nie zmienia. Fakt gościnny udział przykładowo Diamentowego Króla dosyć znacznie naznacza kawałek z jego wokalami, jednako takich zabiegów ekipa Michaela Poulsena przy okazji wcześniejszych płyt także nie unikała. To po prostu kolejny skoczny, przebojowy kawał niezwykle nośnego rock'n'rolla z potężnym wokalem i gitarowymi fajerwerkami. Niestety ta sama potrawa na moim talerzu wylądowała i choć za każdym razem bardziej profesjonalnie podana, pomimo tego jej smak niezmienny. Fajnie czasem do niej powrócić niemal jak do smaków z dzieciństwa, one sentymentalną nutkę poruszają niemniej nie inspirują, nie pobudzają zmysłów do odkrywczych działań, nie intrygują. Dają wyłącznie poczucie satysfakcji i dobrej zabawy dostarczają. Taki właśnie ten Outlaw Gentlemen & Shady Ladies - można sobie ponucić w dobrym towarzystwie, poskakać, nóżką potupać, powiosłować na powietrznej gitarze jednak nic poza tym!
P.S. Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że gitarowej biegłości od tego roku na stałe, wtajemniczonym z pewnością znany Rob Caggiano użycza - taka jego volta!
P.S. Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że gitarowej biegłości od tego roku na stałe, wtajemniczonym z pewnością znany Rob Caggiano użycza - taka jego volta!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





