Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jim Jarmusch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jim Jarmusch. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2026

Father Mother Sister Brother (2025) - Jim Jarmusch

 

Dżarmuszowe zaproszenie do pozbawionego emocjonalnego ognia toastu wodą z lodem lub herbatką, ale przecież nie będziemy wznosić czymś wysokoprocentowym, gdy w sumie nie ma czego świętować, ani za co na przyszłość wypić, bowiem w relacjach rodzinnych, przynajmniej tych z wątków z tatusiem i mamusią, to z prawdziwą bliskością słabo, gdy się w międzyczasie na życzenie świadome lub mniej, w temacie zażyłości i wzajemnej potrzeby obecności rozjechało, urządzając sobie prywatne życie na własnych, wygodnych dla siebie zasadach. Nie ma w zasadzie o czym w konstelacji Waits, Bialik, Driver i za chwilę Rampling, Blanchett, Krieps rozmawiać, więc w różny od strony okoliczności miejsca i charakteru gospodarza sposób, ale jednak w obu przypadkach kurtuazyjnie ciszę się wypełniać próbuje. Patrzy się na te jałowo gawędziarskie scenki sztucznej, bądź co najwyżej nieudolnej serdeczności z uśmiechem politowania i intensywnie pobrzmiewającym echem jakiegoś uniwersalnego przeniesienia i ogólnego poczucia, skąd to znasz człowieku? To jest w tym momencie siła dżarmuszowej sugestii, że w groteskowo inscenizowanej na potrzeby filmowej opowieści prawdzie prozy życia, nie ma ni grama fałszu, a wydźwięk jest tak samo jednocześnie tłusto satyryczny, co w najbardziej surowej, naturalnej formie troskliwie dosadny oraz bardzo, bardzo uniwersalny. Bowiem Dżim korzysta z własnej obserwacyjnej spostrzegawczości i poczucia humoru ironicznego, więc i potrafi na poważne sytuacje zerknąć z puszczeniem oczka bez spiny, jak i myślę naprawdę jest mu przykro (choć przecież nie ma pomysłu jak to zmienić - bo tak po prostu jest), że więzy pomiędzy najbliższymi tak często z czasem naturalnie się rozluźniają, iż zamiast ponawijać z serca, nawija się z jak z kompletnie obcymi, przypadkowymi osobami spotkanymi w wirze codziennych czynności. Do tego wdzięcznie analitycznego materiału (jak zdążył przyzwyczaić), wplata jakieś pomosty, wątki wiążące (skejci, rolexy, motyw kolorystycznego zgrania) i zwraca się z sugerującym aktywność szarych komórek apelem, aby sobie pogłówkować o co mu chodziło, a być może to tylko taka akcja szybka, intuicyjna skojarzeniowa auto sabotująca powagę podniesionego tematu. Dzięki tym zagraniom nie jest może mdło, a w przypadku mało eksplozyjnego, klinicznego w zasadzie teatrzyku było takie zagrożenie. Patrzył człowiek na te scenki i niby rozumiał intencje oraz bawił się autoironicznie nieźle, ale gdzieś czuł, że to chyba za mało na wielkie kino i wtedy strzela Dżim nowelką z siostrą i bratem i raz obsada najmniej rozpoznawalna robi najlepszą (mimo że gwiazdy też porządnie teatralnie wypadają) aktorską robotę, dwa trafia przekaz naprawdę mocno do serca i trzy wreszcie rozumie człowiek do czego legenda niezależnego kina, artystycznie i psychologicznie popkulturowo-dizajnerskiego w całościowej całości pije. Ale wtedy już napisy końcowe się pojawiają, bo to klamra przecież była.

P.S. Za motoryzacyjny prztyczek w nosek japońskiej technologii, punkcik dodatkowy. :) 

czwartek, 21 sierpnia 2025

Only Lovers Left Alive / Tylko kochankowie przeżyją (2013) - Jim Jarmusch



Jak zauważać zwykłem - kino "dżarmusza" MaryJusza raczej nie rusza, choć bywa że zdarzy się tak iż jednak trafi i odpowiednie struny poruszy. Najczęściej jednak objaw z nim kontaktu, sprowadza się do przekonania, że to kino osobne i w niezrozumiały sposób jednakże intrygujące, lecz żeby podczas z nim kontaktu przeżywać wybitne emocje to to, to nie. Szanuje ale nie kocham - coś dla siebie zazwyczaj w tym co już posmakować zdążyłem znajdę, jednako abym po tym co skosztowałem wpadał w entuzjazm nie do powstrzymania, bo mnie ściśnie i ono wyciśnie, a może najzwyczajniej sprawi mi nieokiełznaną przyjemność - to powtórzę, iż to to, to nie. Pobuja ale na więcej jak dotąd, to wyrażając się bezpośrednio, a więc dosadnie wulgarnie - ni ch**a szans nie ma/nie było! :) Dlatego seans z Kochankami odbieram poniekąd jako wyjście z dość mocno obudowanego moimi stereotypami przekonania i stwierdzam, że tak tak, to było dobre i na swój sposób lajtowo mroczny i zblazowany piękne, tak jak piękne było w kontekście dark romantic. Na klimat nie mam co narzekać, bowiem ma to to nastrój w którym można się zatopić, a jak ktoś podatny na czar "gram na lirze w klimaty wampirze", to zapaść się w tym mu rozumiem nie było trudno. Poza tym humor "dżarmuszowy" gdzie ironia przenika się ze wspomniana blazą i gdzie intelektualna błyskotliwość (czasem wprost, czasem intensywnie metaforyczna) na własnych odrębnych zasadach funkcjonuje, ma prawo zjednywać sobie sympatię artystycznych jednostek z dużą dozą ambicji kojarzenia z nietuzinkowością. W tym przypadku mniemam, iż Jim postawił bardziej na urok niż rozkminę, nie rezygnując nazbyt mocno mimo wszystko z tego drugiego - poddał się fali nostalgicznego przypływu, bądź pozwolił pulsować popkulturowemu światłu od którego rzecz jasna kultura wampirza stroni, jak i głównie opowiedzieć długą historię miłosną, w której mit krwiopijczy wizualnie poetycko-praktyczny (ta oto mitologia obudowana rytualnością) naprawdę fajnie rezonuje. Bez względu na fakt krytyczny narracyjny (łyżka tego na dz), a sprowadzający się do niekoniecznie w maksymalnym stopniu spójnej tejże, jaki nieco męczyć może. 

piątek, 17 stycznia 2025

Down by Law / Poza prawem (1986) - Jim Jarmusch

 

Bogata obsada u kultowego Jima Jarmuscha - w undergroundowo artystycznych, inteligentnych i zarazem ironizująco zdystansowanych do rzeczywistości środowiskach, speca od poważnie-niepoważnej, bez bezpośredniej puenty filozofii kinowej. Młody tutaj u niego po swojemu aktorzy Waits na przykład, z tą "gębą" jaka od lat sugeruje że w zasadzie on nigdy młody z wyglądu nie był. Dalej John Lurie promowany przez reżysera i charakterystyczny, z komediowym, a’la allenowym talentem Benigni. Wreszcie przez chwilę przyszła jeszcze w owym czasie małżonka Benigniego plus nie do pobicia w scenach histerii Ellen Barkin. Na stole zaś do bałaganiarskiej wiwisekcji nowoorleański światek cwaniaków, wyrzutków, nieudaczników i krystalicznie czystych w teorii stróżów prawa. Rzeczywistość w której w praktyce rozpływają się granice pomiędzy tymi co z założenia czerpią zyski z cudzej krzywdy, a tymi co mają obywatela chronić przed krzywdą ewentualną takąż. Wszystko kręci się wokół szmalu, a życie tylko chwilowo, kiedy jakaś niezła passa się zdarzy nie jest do bani. Jarmusch w tym przypadku absolutnie nie pieprzy mgliście, tylko w swoim klimacie, ale jednak wprost sporo przenikliwego ale i oczywistego, o naturze rzeczy daje do zrozumienia. Szanuje te rozkmniniane „parszywe gęby”, kieruje na nie rzadkie pozytywne światło, uczłowiecza je w oczach widza, dając do zrozumienia że to raczej skomplikowana materia, kto jest kim i czym się zajmuje, a co jednak nie do końca tak w praktyce stereotypowo go utożsamia. Poza prawem to od strony postaci/bohaterów tacy z pozoru cwani, a realnie wrobieni, niewinni palanci zapuszkowani, którzy jakimś cudem nawiali. Przekornie, z kapitalnymi już archaicznymi dialogami między innymi o poezji w przekładach - amerykańskim slangowym językiem z zaledwie początku lat osiemdziesiątych. Jednak proszę nie traktować opisu mego zbyt wiążąco, bowiem donoszę, iż Poza prawem prócz z pozoru to co powyżej i przekornie absolutnie nie to, jest też chyba głównie jednak bezpretensjonalną, płynącą w zaskakującym kierunku, z początku przypowieścią o ulicach Nowego Orleanu i z czasem bagnach Luizjany, gdzie w balladowym tonie, zabawnie spotykają się dwie kultury/mentalności - otwarta, wesoła, romantyczna makaroniarska i ta druga, rodzima Waitsowi i Lurie’mu.

środa, 29 listopada 2023

Stranger Than Paradise / Inaczej niż w raju (1984) - Jim Jarmusch

 

Dżima Jarmuża trzeba może nie od razu kochać, ale szanować to już z miejsca należy, nawet jeśli Dżima się do końca nie trybi i Dżimowe filmy nie wyrywają z obuwia, czy takie inne, że nokautują w kilka sekund pierwszej rundy. Dżima trzeba przecież zgłębić, klimat dżimowy zassać, dać czas Dżimowi i sobie aby zaprądziło, a jeśli jednak wciąż nie prądzi, a jakieś przebłyski fajnej relacji się pojawiają, to należny brnąć w to i na jakieś zwarcia tudzież obwąchiwania lekko mimo że względnie obojętne, uparcie się decydować. Chcę przez to co we wstępie powiedzieć, że nie wiem, no nie wiem - za mało znam, może za bardzo pobieżnie, lub nie to co w pierwszej kolejności powinienem, toteż po czymś współczesnym i lekko z przeszłości wbijam w to, co u zarania w Dżima twórczości. Postaci w Inaczej niż w raju dobrze skrojone - takie jak trzeba, trudno dyskutować z ich naturalnością, a narracja może nie zaaranżowana mega płynnie i kamera statyczna, co by nie odbierać realizacji waloru zacnej prostoty i nie dekoncentrować. Kasy nie było, to się robiło tak aby na produkcje stykało i rzecz jasna bardziej skupiało na budowaniu klimaty własnego stylu, z nieodpowiedzeniami i ironią w roli głównej. Jakoby Dżimowej sztuki nie poddawać też krytycznej weryfikacji, to przyznaję lubię to oko jarmużowe i uważam że do niego jak do niewielu pasuje ta czarno-biała wizualność i kompletnie nie czarno-biała retoryka, choć z fajnie korespondującym czarnym humorem na białym tle, zupełnie nowego, totalnie nie hollywoodzkiego myślę wówczas filmowego stylu. Pancurska filmo-stylistyka dla buntowników i odszczepieńców - dla przegranych typków właściwie, którzy się mają za elitarnych, bo ironicznie niby kontestują słabą rzeczywistość. Oczywiście żartuje, bo Inaczej niż w raju mi się podoba, ale żebym został zainspirowany do bardziej grubej rozkminy o treści, to ni cholery. Po prostu Jarmuż to zdaniem Mariusza taki mistrz zdystansowanego opowiadania w zasadzie o niczym, z raczej zerowym emocjonalnym oddziaływaniem na takich Mariuszów i Mariusz sobie teraz po seansie kombinuje, że jeśli to nie był obraz o miłości, to chyba takie to jarmużowe The Blues Brothers to było. ;)

poniedziałek, 23 września 2019

The Dead Don't Die / Truposze nie umierają (2019) - Jim Jarmusch




Nie będę piał z zachwytu, ani też nie zganię - nie mam ani takiej potrzeby, ani prawa. Ani mnie mierzi, ani grzeje takie stylizowane ironiczne kino autorskie. Tym bardziej kiedy zawsze daje do zrozumienia, że kino Jarmuscha mnie nie rusza. Jest mi ono zasadniczo obojętne i tylko z obowiązku zaspokojenia ciekawości przy okazji oglądane. Zapewne dla aktorskich popisów (Tilda!) i nie ma co kitu wciskać (tutaj zasłużone ukłony) dla genialnie rozpisanych osobliwych postaci. Dla kapitalnie oddanego klimatu też może oraz jako odskocznia od śmiertelnego stężenia poważnej powagi w powadze. Nawet jeśli tylko dwa podobne seanse z rzędu byłyby dla mnie torturą, to pojedyncze, odbyte z rzadka są do przyjęcia. To dlategóż, iż taka witalna zabawa konwencją, bezpośrednie flirtowanie z kiczowatą stylistyką, podobnie jak w przypadku gdy Tarantiono Grindhouse: Death Proof nakręcił, to pod tandetną bezpośrednią warstwą przegięcia, tyle samo intelektualnej wnikliwości. Czyli niby z przymrużeniem oka, ale z filozoficzną puentą i warsztatowo super profesjonalnie - niejednokrotnie znacznie lepiej od oryginałów. Bo raz, możliwości techniczne teraz większe (zombiki, szczególnie te z grubszych epizodów super ekstra wizualnie), bowiem dwa, oczywiście jakbym nie był uparcie odporny na kultowy status twórcy, to taki Jarmusch czy właśnie Tarantino to ponadprzeciętnie błyskotliwe sukinkoty.

P.S.  Do czego pije jednak w tym momencie Jim Jarmusch sami sobie rozkminiajcie. ;)

środa, 27 grudnia 2017

Dead Man / Truposz (1995) - Jim Jarmusch




Odkrywam obecnie Jarmuscha i nie dlatego że pierwszy z nim kontakt nawiązany dopiero za sprawą Patersona tak mnie do nadrobienia oczywistych zaległości zmobilizował, ale po to by spróbować zrozumieć fenomen jego kultowej pozycji w reżyserskim środowisku. Wiem, że to kino dość osobliwe i nastawienie odpowiednie, by zrozumieć jego sens znaczące. Stąd drugie podejście robię świadomie wrzucając Truposza, bo akurat urokliwa czarno biała formuła dla mnie to zaleta, gatunek westernem potocznie zwany niewątpliwie intrygujący i wreszcie osoba Deppa osadzona w takiej oryginalnej konwencji ciekawa. Truposz to w moich laika oczach taka że tak z grubsza ujmę, z przyczyn finansowo-ideowych pozbawiona spektakularnego rozmachu, za to plastycznie urocza i poetycko uduchowiona, wrażliwa społecznie, ambitna artystycznie i intelektualnie, groteskowa zabawa z konwencją. Muzycznie odjechana przez te brzmienia elektrykiem śmierdzące i sugestywna przez te mordy steranych życiem mieszkańców dzikiego zachodu - traperów, cowboyów i innych farmerów. Jarmusch bezdyskusyjnie naznacza swoje filmy autorskim sznytem, jednak ja nie do końca kupuję ten rodzaj filmowej narracji. Może jeszcze nie teraz, może kiedyś…, hmmm..., a może, właściwie nigdy. 

sobota, 8 kwietnia 2017

Paterson (2016) - Jim Jarmusch




Zachwalano mi Patersona z różnych kierunków i to dość intensywnie, jako niedocenioną perełkę, która pośród nominowanych do tegorocznych największych w branży filmowej nagród znaleźć się powinna. Znajomych rozczarowanie postawą decydentów było wyraźne i recenzje zawodowych krytyków dla tytułu przychylne, stąd by totalnym ignorantem w oczach zaprzyjaźnionych pasjonatów kina nie zostać skorzystałem, gdy okazja się nadarzyła by osobiście przekonać się ile w tych pochwałach i wylanym żalu racji. Jak się okazało obejrzałem film o zwykłych codziennych rytuałach, o prostym życiu (tutaj niespodzianka) piszącego poematy kierowcy autobusu, jego egzotycznej partnerki i zazdrosnego o nią buldoga. :) Obraz poniekąd nudą zalatujący i jednocześnie na swój bardzo specyficzny sposób fascynujący. Bowiem w tych codziennie powtarzanych czynnościach uniwersalna prawda o szczęściu czerpanym pozornie praktycznie z niczego została ukryta, niby bez istotnego sensu, w nieśpiesznym rytmie i z totalnym spokojem – równowagą w relacjach i harmonią wewnętrzną. Opowieść o ograniczonych ambicjonalnych potrzebach, porzuconych zbytkach (no może oprócz fikuśnej gitary), z paliwem do istnienia czerpanym z osobistej duchowości i obiektywnie małych osiągnięć. Bardzo poetycką, minimalistyczną w formule i ciepłą historię o akceptacji bezgranicznej i izolacji od spraw współcześnie dominujących. Bez wyścigu szczurów, walki o zaszczyty i splendor - bez frustracji i mordującego dzisiejszego człowieka stresu. Za to z kosmicznym dystansem, całą paletą osobliwych postaci i masą ich dziwacznych zachowań, wśród których najbardziej w pamięć zapadają dialogi bohatera z dyspozytorem emigrantem, czarno-biała obsesja dziewczyny Patersona, przewijający się tajemniczy motyw bliźniaczych rodzeństw i wreszcie fakt zdumiewający, iż Rubin „Huragan” Carter był podobny do Denzela Washingtona. :) Pomimo jednak czaru i nietypowego uroku jakimi Paterson emanuje, zbyt mocno i zbyt często zwyczajnie nudą wiało, bo tak po prawdzie nic właściwie ciekawego się nie działo. Tempo ani razu nie zostało podkręcone, żadnego nawet najmniejszego interwału nie zastosowano – wszystko płynęło bez wyraźnego celu i rozlewało się w monotonii, a ja biedny doceniając te nietypowe wartości walczyłem by mnie sen nie zmorzył. Nie będę podważał przekonań powyżej przywołanych admiratorów talentu Jarmuscha, że to w swojej niszy perełka, jednak nie ma co się oszukiwać, ona o bardzo ograniczonym zasięgu. Wyłącznie dla mocno uduchowionego i przede wszystkim wyspanego, znaczy wypoczętego fizycznie widza.

Drukuj