Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mutoid Man. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mutoid Man. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lipca 2026

Mutoid Man - Bleeder (2015)



 
Melduję, iż otrzymując wciąż i wciąż od podświadomości sugestię że czas się kurczy i kurczy naturalnie niemożliwie, spróbowałem raz jeszcze (tym razem już znając więcej niż debiut) rozpoznać rzeczony raz jeszcze i czuję, że nieco inaczej go odbieram, niźli wcześniej - przed około JUŻ dekadą. Kolejne powstałe albumy Mutoid Man (kogo one dokładnie, dla niewtajemniczonych wcześniej szerzej pisałem) dłużej po premierach na mnie wpływały, ale w sumie żaden nie przebił się do ścisłej rotującej czołówki na tyle bym wracał do niego systematycznie i konsekwentnie, natomiast Bleeder to był jedynie epizod u mnie - poznałem, pomyślałem fajnie , ale jedno i drugie, po czym po części kompletnie zapomniałem. Nie miał na taki stosunek wpływu fakt, że to słabe wydawnictwo jakościowo, ale zwyczajnie podobne dźwięki serwowane przez główną inspiracje dla MM czyli Mastodon, wystarczają bym pozostał tylko przy tych większych. To finezyjne hard-core'owe i sludge'owe granie, z mocnym akcentem melodycznym, nieoczywistymi podziałami rytmicznymi - szaleństwem w nieokrzesanej spontaniczności i żywiołowo też momentami opanowane, przyhamowane z kierunku agresywnego na refleksyjny. Wokalnie różnorodnie akcentowany, choć głos na tyle charakterystyczny, że z miejsca przyklejający się nie tylko do frontmana głównego zespołu, ale i do tego projektu. Wachlarz szeroki w zasadzie w każdym elemencie instrumentalnym i w zaśpiewach - wybuchowość i żywiołowość plus do rozpoznawania długofalowego niebanalny zmysł melodyczny. Gdyby ktokolwiek potrzebował bardziej jasnej wskazówki, a nie zdążył już sprawdzić i sam pokojarzyć, to Bleeder zaczyna się tam gdzie kończył się pionierów "Blood Mountain" - choć nie jest to myślę aż tak jak wspomniany wciągający materiał. Być może póki nie poświęci się jemu więcej ze swojego kurczącego się życia, niż ja z łaski swojej poświęciłem. ;)

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Mutoid Man - Mutants (2023)

 

Po sześciu latach z pobocznym projektem (jak się zdążyłem w międzyczasie zorientować) Panowie znani z większych bandów w osobach Stephena Brodsky'ego (Cave In - tutaj nieco tylko większym, ale bardziej kultowym) oraz Bena Kollera (Converge - tutaj zdecydowanie bardziej popularnym), wspomagani obecnie przez Jeffa Matzo (High on Fire), powracają i jak już wiem proponują niby to samo co na poprzedniczce, ale jednak nieco inaczej, a ja po sprawdzeniu jakiś czas temu powrotnego krążka Cave In muszę stwierdzić, że być może przez brzmienie wokalu Stephena Mutants ma dość blisko do Heavy Pendulum i tylko większy stopień jajcarskości Mutoid Man powoduje, iż pomiędzy obiema nazwami dzisiaj znaku równości umownie stylistycznej nie postawię. Zadam sobie niemniej pytanie - po cholerę robić dwie podobne rzeczy w dwóch bandach? Ok, nowe dziecko Cave In to jednak więcej darcia mordy i surowego hardcore'wego odpału, a także rozpiętość stylistyczna samym w sobie bardziej szeroka, ale uprę się, iż trzeba dobrze orientować się w twórczości bieżącej porównywalnych, aby tak z miejsca rozróżnić kto nutę w konkretnym momencie zapodaje. Mutoid Man to też bardziej rozhulane brzmienie, które idzie po linii hard core'owej oczywiście, ale jednak z punkowym zacięciem oraz mastodonowego wygaru z czasów, kiedy owi młócili przeokrutnie, a najwyraźniej tu myślę słychać ekipę z Atlanty w nucie ekipy z Brooklynu w Broken Glass Ceiling czy Call of the Void (tak, to max subiektywne odczucie), ale jest i wiele innych momentów, gdzie patenty wybrane mastodonowe są do wychwycenia. Faktem niepodważalnym jest, że jak się będzie chciało, to kopiowania się człowiek dopatrzy, ale nie odbiorę Mutoid Man prawa też do nazywania siebie bandem oryginalnym, gdyż grają po prostu swoje, a siła tego albumu najistotniejsza, to dwa zwinnie mocarna kanonada perkusyjna i nb.1 riffy w porównaniu do innych wariatów w temacie lekko niby połamane, ale wraz z tempem w jakim we współpracy z sekcją rytmiczna uderzają i jakimi zakrętasami oraz ornamentami w postaci pisków i zgrzytów się popisują, to ogólne wrażenie jest takie jak nie przykładając, kiedy może po raz pierwszy słuchałem (uwaga!) kawałków z Blood Mountain, wiadomo he he kogo. Także w tym kontekście Mutants mnie kręci, bo ja na ten przykład trójkę Mastodona, tak przez pryzmat historyczny (czas, miejsce), jak i muzyczny (wartość merytoryczna dzieła) wielbię. Brodsky ma łapę do świetnego motorycznie i ciekawie pokręconego riffu, ale czy Mutoid Man ma szansę na zaistnienie szerzej niż dotychczas, to mam ogromne wątpliwości, bowiem nie wiem czy sami siebie nie zaszufladkowali jako bandu z którejś tam dalszej ligi, bo czepili się naturalnie pozornie niekoniecznie poważnych tematów i chyba sami nie mają woli wychynąć poza nisze w której są przez maniaków szanowani. 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Mutoid Man - War Moans (2017)




Trafiłem jakiś czas temu (w okolicach poprzedniego ich wydawnictwa) na ten wesoły twór muzyczny, o którym z lenistwa tak niewiele wiem do dzisiaj w kwestii formalnej, a swoją wiedzę ograniczam wyłącznie do znajomości dźwięków teraz już z dwóch pełnowymiarowych krążków. Płyt które to na marginesie w wymiarze czasowym oscylują wokół dłuższego mini, bowiem obydwa wydawnictwa zawierają w przeważającym stopniu numery krótkie, dwu/trzy minutowe dając muzyki maksymalnie trzydzieści minut z okładem. Tak jak Bleeder zagościł w moim stereo na krótko (nie do końca zatrybiło – kiedyś szansę jeszcze otrzyma), to akurat War Moans od pierwszych dźwięków zyskał moją przychylność, chociaż jakiegoś objawienia w zetknięciu z tymi dwunastoma numerami nie doznałem. Nowy krążek to ciekawa hybryda punkowej zadziorności, ożenionej z niemal sludge’owym ciężarem, hard core'owym przytupem i finezją kojarzącą się z numerami sygnowanymi logiem Mastodon. Trójka dżentelmenów grzmoci intensywnie, pary w ich instrumentalnych poczynaniach nie brakuje, jak i wyobraźni kompozycjom starcza na tyle, by nie stanowiły jedynie surowych i topornych klonów ciężarnej sceny, a odznaczały się specyficznym rodzajem oryginalności. Tą niecodzienność poniekąd zapewnia wokalna maniera frontmana – żadna wyjątkowa barwa, ani warsztat genialny nie wchodzą w grę, gość zwyczajnie na tyle na ile mu dość skromne warunki pozwalają rytmiczne z ozdobnikami artykułuje teksty, przypominając czasem zmagania z materią wokalną (sic) krzykaczy amerykańskich pop rockowych składów. W specyficznej symbiozie z dźwiękami generowanymi przez sekcję i wiosło nie brzmi jednak ten wysilony głos jakoś wybitnie drażniąco, uszy nie więdną i od dobrych struktur numerów nie odpychają, a wyrazistość gwarantują. Może to akurat ciekawe kompozycje, ewidentna równowaga pomiędzy jadem, ciężarem i agresją, a względnie melodyjną powłoką osadzoną na twardym szkielecie, czy chwilami rozjazdami tonalnymi w kontrze do heavy wiosłowania, powodują moją wyrozumiałość dla mankamentów wokalu. Może dystans do śmiertelnie poważnego oblicza gitarowej młócki, poczucie humoru zaprzęgnięte do realizacji klipów i cała koncepcja zabawy w zespół bez spiny sympatię do tych typów i ich pracy wzbudza. Z pewnością w tegorocznych podsumowaniach War Moans nie zaginie, tudzież będę miał baczenie na ich kolejne posunięcia, lecz to jeszcze nie ten moment by śmiało mówić o zjawisku i kolejnym osobliwym motorze napędowy sceny. Papiery na więcej zdają się posiadać i byłoby miło gdyby ta legitymacja przyniosła efekty w konkretnym praktycznym wymiarze.

Drukuj