W sumie nie znam z autopsji wszystkich ważnych gdyńskich “tegorocznych” tytułów, ale wiem że nagroda dla Holland przez perspektywę branżowego kolesiostwa i ideologicznej mściwości śmierdzi - śmierdzi politycznie i lekko zaciąga tandetą artystycznie, bo to film bardzo dobry, ale skażony jednak reżyserskim szablonem i lewacką naiwnością, jak bym daleki nie był od sympatii prawicowych. Nie wiem czy Wrooklyn Zoo hipnotyzujący i czy Dziewczyna z igłą naprawdę jest obrazem wybitnym, ale już wiem że Pod wulkanem kontra Zielona granica, to ze trzy do zera dla filmu Damiana Kocura. Tak jak w jednym memisku do zrozumienia dano, iż gdyby to był Kotzur czy Couture, to branża by zupełnie inaczej jego twórczość oceniała i nagrody by się sypały. Ja jestem jak najbardziej po stronie Damiana i nie od dziś trzymam z nim sztamę, gdyż Chleb i sól doceniałem będąc już wówczas pod wrażeniem niezwykle czystej formalnie maniery reżyserskiej, która w przypadku Pod wulkanem także świadczy jak najlepiej o talencie reżyserskim jego właściciela. Stworzył on bowiem znakomite surowe (w sensie bez sztuczek fabularyzujących i przedramatyzowujących) studium sytuacyjne, przede wszystkim z perspektywy nastoletniej przeżywane, a jednocześnie w ujęciu rodziny całościowo rozpatrywane, gdzie bez tłumaczeń absolutnie klarowne emocje każdej z postaci, a dialogi tak naturalne jak tylko możliwe. Warunki urlopowe, a myśli wojenne - daleko od koszmaru ciałem, lecz duchem w jego epicentrum. Milczący krzyk, kotłowanie się myśli pod wpływem skumulowanego we wnętrznościach stresu. Bezradność, bezradność i jeszcze raz bezradność wobec sytuacji - bez względu jak bardzo z dzisiejszej perspektywy wydaje się, iż inwazja na Ukrainę była nieunikniona, tak wówczas gdy się miała teoretycznie rozpoczynać, to zapewne garstka zwyczajnych ludzi taki tragiczny obrót spraw zakładała, więc proszę wybaczyć i się nie wymądrzać. Łatwo oceniać post factum - trudno zakładać najgorsze scenariusze, gdy instynkt samozachowawczy raczej wbrew faktom optymistyczne z natury podpowiada. Bolało mnie serce po seansie, byłem po wygaszeniu ekranu dziwnie niespokojny. Noc miałem też trwożnie koszmarami wypełnioną, bez względu na ich tematykę i możliwe do zinterpretowania konotacje seans z pewnością na ich pojawienie też wpłynął, a jeśli nawet nie wpłynął bezpośrednio, to na pewno on się odkładając, nie pomógł w odnalezieniu spokoju. Wielkie istotą emocji kino nie krzyczy Ci do ucha - uwaga uwaga, ej popisuje się przed tobą! Ono przykucnie sobie i poczeka aż dojrzejesz aby je dostrzec i docenić. Nic nie sugeruje, ale coś mi tu wygląda że narodził się szef planu, który nie potrzebuje jakiejś “szumowskiej” kampanii promocyjnej aby zagościć w moim serduchu. Wystarczy mu wizja i realizacja wizji w formule niemal dokumentalnej z narracją jaka nie jest tuningowanym wymysłem jego, do której trzeba z zewnątrz dolewać paliwa. Tutaj wystarczy uwolnić tkwiącą silę w następstwach przeżyciach, stosunku i relacjach. Trzeba umieć być za kamerą tak, aby nie zagłuszyć tego co wyraźne lecz nieśmiałe. Tego co z dojrzałą klamrą, artystycznym sznytem metaforycznym (zdjęcia oceanu i ostre montażowe cięcia) oraz przejmującą ciszą na koniec wyrażone.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damian Kocur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damian Kocur. Pokaż wszystkie posty
środa, 16 października 2024
poniedziałek, 8 maja 2023
Chleb i sól (2022) - Damian Kocur
Dobre
bo polskie, dobre bo o polskiej rzeczywistości i według zasad
dobrej współczesnej polskiej szkoły filmowej, gdzie duży pieniądz
sponsorski nie gra decydującej roli, a o sukcesie, czyli
teoretycznie o wartości, decyduje bystre spojrzenie na temat, jego
autentyzm i przesłanie jakie w sobie zawiera. Gra aktorska jest w
pytę i mieści się na granicy naturszczykowatości, ale bez
amatorki zupełnej. Dialogi zasługują na przymiotnik prawdziwe,
bowiem są jakby spisane z obserwacji życia, a narracja ogólnie
jakby dokumentująca coś co wydarza się naturalnie, choć może
robić wrażenie wyrywkowych ujęć. Jest też jeszcze jednak jeden
szkopuł, że dykcja postaci lipna, albo realizacja dźwięku po raz
kolejny praktycznie po polsku położona, więc trzeba mocno
nadstawiać ucha, by usłyszeć i zrozumieć co też postaci mają do
powiedzenia. To w moim przekonaniu problem i element tak specyfiki
młodzieżowego ubierania w słowa myśli, jak i fakt, iż podstawa
techniczna została położona, inaczej warsztatowy obowiązek
fundamentalny nie dopieszczony, gdyż nawet jeśli sam obraz mówi
dużo, to nawijka dopowiada jednak więcej o grupie w jakiej bohater
przez wakacyjne miesiące funkcjonuje, a która go współwychowała
i teraz do niej powracając nie czuje się w jej towarzystwie tak
znakomicie, jakby niegdyś się widzowi mogło wydawać. Stąd tak
samo Tymoteusz-Tymek obserwuje wzrost napięć na kluczowej dla
scenariusza linii piękna polska młodzież - dużo mniej piękna
obca kulturowo bliskowschodnia imigracja, jak sam przeżywa
dyskomfort związany z przebywaniem pośród ziomków już o zupełnie
dla niego obcej mentalności. On niby podobny im z wyglądu, ale
jednak już student muzycznej akademii, z wielkimi planami na
przyszłość, z doświadczeniem większego niż wyłącznie okolice
dzielni świata, a oni w podobnych do jego sportowych czapeczkach i
luźnych dresikach, jarający już akurat zioło nałogowo,
wciągający rytualnie kebsy i słuchający wulgarnych rapsów,
zamknięci niby we własnym getcie, więc mimo wszystko bardzo inni.
Może i praca Damiana Kocura jest przez krytykę przeceniana i te
wszystkie wielkie słowa jakie w jej kontekście padają są na
wyrost, a może trzeba pamiętać, iż to debiut reżyserski dopiero
i jak na pierwsze poważne zawodowe przedsięwzięcie film
emocjonalnie robi wrażenie. On myślę przeraża i boli, a te
sklejone schematycznie sceny są po prostu dobrze zainscenizowane
oraz prezentują trafnie dostrzeżoną prawdę miejsca i czasu,
posiadając głębszy symboliczny wymiar o dokumentalnym charakterze.
Mnie Damian Kocur do siebie przekonał i przypomniał mi, że wszyscy
wokoło jesteśmy raczej przez okres adolescencji w warunkach często
ekstremalnych skrzywdzeni i tylko rożnie z tym poczuciem zranienia
(po prawdzie spierdolenia) sobie radzimy, a że istnieją też
praktyczne sposoby wypierania i budowania własnego poczucia wartości
na krzywdzie innych zasługujące na napiętnowanie, to i trzeba o
tym głośno krzyczeć, a to między innymi robi obiecująco reżyser
w swoim PIERWSZYM długometrażowym filmie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

