środa, 14 października 2026

Graveyard - Fever (2026)

 

Co tu się cudnie blues-hardrockowo odEbalo, to nie byłem w stanie nawet sobie wyobrazić - że tak intensywnie przebojowo będzie. Jedno to chwytliwość tego materiału, jego siła tkwiąca w wyrazistości i kapitalnych riffach, wzbogacanych bluesowym szuraniem po gryfie, kiedy motyw podbijany jest przepięknym pianiem i miauczeniem wiosełka. Drugie ZAŚ zaskoczenie, że na albumie Graveyard nie ma ni jednej quasi ballady, ani nawet czegoś kompozycyjnie uderzającego by do rzewnych emocji, a jest ogień i impet oraz tony stuffu pieszczącego zwyrodnialca, mastrurbującego się sadystycznie hałasem podkręconym do poziomu pękania szkła w kredensie. Tłuste riffy i mniej psychodelii (choć klawisz symbolicznie bywa wbity w tekstury) chyba, choć trudno mi orzec bowiem taka to ściana charczenia pieców, że subtelności z trudem się przebijają, ale żywioł garażowo niemal hard rockowy myślę zdominował klimaty. Organiczny charakter brzmienia z Fever najbardziej dosadnie spośród dyskografii Szwedów tutaj w potylicę uderza, a kierunek kompozycyjny zwiastuje może nie nowe otwarcie, ale na pewno czuć od niego mnóstwo młodzieńczej pasji i dynamiki. Jedzie Fever na rytmice i poniżej poziomu gitar roli potężniej pracy bębnów, stanowiąc jak podkreślam najbardziej motoryczny całościowo krążek w historii Graveyard. Rwana motoryka, vinteage'owy rock'n'rollowy vibe, kapitalnie życiem naznaczony chrapliwy wokal oraz nieposkromiona, autentyczna radość z rzeźbienia w retro materiale i mój numer jeden bezdyskusyjnie pośród dotychczasowych jesiennych premier. Żadne zmurszałe pitolenie, tylko "enerdżajzer" kopiący bluesowe dupsko na maxie. Słucham jakby był to mój nałóg. Fun szczególnie do śniadania taki że hej! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj