Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoine Fuqua. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Antoine Fuqua. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2026

Michael (2026) - Antoine Fuqua

 

Na gorąco, lecz z chłodnym jednak stosunkiem do efektu napiszę, że to płytka hagiografia była (zgadzam się), w dodatku pod okiem zainteresowanej rodziny i zapewne jak tylko możliwe, aby jednocześnie jednak nie było w stu procentach jedynie ładnie, mocno pro proporcjonalnie na korzyść wybielania ocenzurowana. Stworzona zatem pod dyktando, stąd gdyby komukolwiek z pilotów tego projektu przyszło na myśl cokolwiek bardziej kontrowersyjnego rozgrzebywać bardziej niż należy, pewnie projekt tak szybko jak powstał, tak szybko wylądowałby w szufladzie inwestora. Jeśli miało napełnić kieszenie (Michael wciąż jaja złote znosi) nie mogło być więc inaczej niż bezpiecznie i idealizacjo - bardzo domniemuje daleko od rzeczywistości, z zaakceptowaną (podkreślam jeszcze raz) dozą połowicznego, kontrolowanego dramatu. Powstał tym samym koncept tylko poprawny, ale warsztatowo maksymalnie na poziomie technicznym, po hollywoodzku zawodowo na ekran przeniesiony. Dwie figury w skąpym pod względem ekscytacji scenariuszu tutaj dominują - ojciec i syn, inaczej szef i podwładny, bądź skrajnie oceniając tyran i ofiara. Ojciec jako prezes finansowej korporacji i syn niewolnik, kura znosząca te złote jajka, uwalniająca się poniekąd spod buta autokraty-krwiopijcy, jednakowoż wciąż poddawana emocjonalnemu szantażowi. Michael od dzieciństwa traktowany jak tresowana małpka, karcony i motywowany zarazem, według najskuteczniejszych prawideł manipulacyjnych. Michael z natury szkolenia wycofany (do czasu może) w kwestii menadżerskiej, za to niezwykle efektywny i pracowity na poziomie artystycznym. Wrażliwy i ambitnych, kreatywny i zdyscyplinowany, wypracowujący jako gigantycznie utalentowany fenomen, we współpracy między innymi Quincey’a Jonesa zarówno własne brzmienie, jak i choreograficzny styl niepodrabiany. Tutaj film Fuqua akurat zyskuje, bo na poziomie scen ukazujących prace w studiu, na planie teledysków (robota przy Thrillerze po prostu Olimp choreograficzny) czy cały anturaż związany z występami stadionowymi, czyli część czysto muzyczna wypada kapitalnie, w czym główna zasługa tak specjalistów zatrudnionych by to się kleiło i wyglądało oraz rzecz jasna świetnie przeprowadzonego castingu - Michael mały i większy mega mega! Pomimo jednak że szołmeńsko dopracowane, choreograficznie wyborne, to kluczowa dla całościowego odczucia narracja, kompletnie bez flowu - co jest przy filmie o kimś z największym flowem w biodrach, nogach i każdej eksponowanej części ciała oraz głosie, niewybaczalne przerażająco. Dlatego pozwalam sobie na otwartą krytykę, jako produktu kompletnie na poziomie opowieści fałszem na granicy cynicznej przesady przesiąkniętego. Nawet nie próbując mnóstwa tutaj przekłamań konkretnie prostować, bowiem raz niby coś więcej wiem bo czytałem, słyszałem ze źródeł bardziej wiarygodnych, a dwa po cholerę to robić, jak i tak kto z tematem bardziej zaznajomiony, to z góry uświadomiony, że tutaj nie o szczerą do bólu prawdę chodziło. To ckliwa rozrywka i zachęta do na nowo wypromowania, pokazania na co stać na scenie i poza sceną artystycznie KRÓLA POPU było i skupiając się na wartości technicznej odtworzenia walorów talentu, za co można by ocennego maksa przyznawać. Za wartość artystyczno-historyczną tego zamówienia nie dałbym natomiast więcej niż trzy, może cztery na dziesięć.

środa, 14 lutego 2024

Tears of the Sun / Łzy słońca (2003) - Antoine Fuqua

 

Uwaga pierwsza - Antoine Fuqua kręci od lat raz kapitalnie w klimatach jakie lubię (Dzień próby i Gliniarzy z Brooklynu wielce szanuję), a innym razem średnio, bądź również świetnie, lecz w estetykach jakie nie bardzo są w stanie mnie przekonać (hiciarska seria Bez Litości i Olimp w ogniu przykładowo mam na myśli). Zatem jak z tematem nie trafia, to już teraz raczej nie tykam i tyle. Uwaga druga - konflikty wewnętrzne, powiązane z kwestiami etnicznymi czy religijnymi miejsce mające w rejonach świata szczególnie na nie narażonych, są zawsze znakomitym materiałem, by Amerykanie uszyli z nich produkcje tak przyciągające uwagę masowego często widza, jak przy okazji pokazać mieli okazję jakim to nie są narodem zapewniającym globalną stabilizację, czy w tym konkretnym przypadku, ratującym potrzebujących. Nie drwię, zauważam tylko pewną klasyczną regułę i nie zamierzam wdawać się w analizy rozstrzygające, jak często jest ta autoreklama usprawiedliwiona. Film fabularny jest bowiem zawsze przede wszystkim rozrywką, a szczególnie kiedy zamiarem twórców prócz zainteresowania tematem, przede wszystkim tegoż tematu wyeksploatowanie, a innymi słowy drenaż portfeli jak największej grupy widzów. Oczywiste i bezdyskusyjne! Dlatego Łzy słońca odbieram ze sporym dystansem i nie traktuję jako typowego źródła wiedzy o nigeryjskim konflikcie - jego genezie czy przebiegu, ale jako umowne tło w jakim rozgrywa się jeden z lepszych dramatów jakie Fuqua nakręcił, gdzie Ameryka zasługuje na brawa, ale super-bohaterstwa (gdyby nie ta rozpierducha na finał) odpornego na grad pocisków oszczędza, ukazując w zamian na pewno na krzywdę ludzką wrażliwości twardych komandosów. Chociaż jest to kino akcji, to jednak mocno dramatyczne i siada na psychikę oraz oddziałuje zaskakująco silnie ową dramaturgią wydarzeń i scenami poniekąd kojarzącymi się z docenianymi dziełami traktującymi o wojnie w Wietnamie (takie skojarzenia - co zrobię), czy wprost przykładami potwornego okrucieństwa - masowego ludobójstwa, niestety nie bezprecedensowego. Wyszło porządne kino, produkcyjnie bez uwag z dobrze obsadzonym kultowym Bruce’m Willisem oraz jak zwykła przyzwyczaić, przyciągającą uwagę i tutaj też poruszającą Monicą Belucci.

niedziela, 17 października 2021

The Guilty / Winni (2021) - Antoine Fuqua

 


Po pierwsze (jak do znudzenia swoje przekonanie powtarzam), Antoine Fuqua to reżyser nierówny, który miał swoje mocne momenty (Dzień Próby, Gliniarze z Brooklynu i nawet Do utraty sił), jak i te znacznie słabsze, kiedy tracił dobry smak i wyczucie robiąc rzeczy pod niezbyt ambitną publiczkę. Mówiąc wprost - z kina jednocześnie efektywnego i efektownego przechodził kuszony zapewne wysokimi pozycjami z box office'u, na stronę wyłącznie kina efektownego. Po drugie, teraz zabrał się za odgrzewanego europejskiego kotleta i człowiek ten ma (he he) farta, że zanim obejrzałem jego amerykański remake, nie poznałem mało chyba popularnego duńskiego oryginału, o którym (jak akurat zdążyłem się zapoznać z oceną „film webową”a) amatorska krytyka wypowiada się w trochę cieplejszych słowach. Powielanie tego co już było zawsze uważam za stratę czasu i nawet jeśli były w historii kinematografii przypadki udanych kopii, to te rzadkie sytuacje nie usprawiedliwiają przecież istnienia całych ton niepotrzebnych tytułów. Zatem (po trzecie), przechodząc do sedna napiszę, że Winni okazali się tylko rzemieślniczą robotą, w której niby prądzi, ale bez szału. Jake jest Jake'm i jako doskonały aktor dźwiga ciężar specyfiki roli, stąd siły magnetycznej w akcję wciągającej nie brakuje, bowiem gość grać całym sobą potrafi. Obraz jest świetnie zmontowany, a scenariusz na tyle intrygujący, że pomimo schematyzmu twistowych patentów nie powinien przed ujrzeniem biurek decydentów trafić do kosza autora. Budowanie na bieżąco spójnej historii ze strzępów informacji można lubić i do tej statycznej kamery się przekonać, a oparcie fabuły wyłącznie na dialogach nie musi skutkować opisaniem przymiotnikiem „przegadany”. Odkupienie, zadośćuczynienie, wina, kara itp. itd. Można się oddać wewnętrznym dyskusjom, można i to całkiem konkretnie jak na kino popularne się wzruszyć. Można (ale jak mój osobisty praktyczny casus dowodzi), nie ma na to gwarancji. No więc no! :)

sobota, 17 kwietnia 2021

The Magnificent Seven / Siedmiu wspaniałych (2016) - Antoine Fuqua

 

Jeśli się porywa na legendarną klasykę to nie ma zmiłuj - więc albo idzie się na całość i choć to niezwykle trudne przyćmiewa oryginał, bądź częściowo uzyskuje się efekt lepszy, chociażby obecnymi możliwościami produkcyjnymi deklasując archaiczne środki pierwowzoru, albo tworzy ikonę na nowo, bądź bierze na klatę druzgocącą krytykę ze względu/bez względu na fakt czy jest uzasadniona. Jak pies do jeża podchodziłem więc do pracy wykonanej pod kierownictwem Antoine'a Fuqua, bo Siedmiu wspaniałych to cholera mimo pewnej banalności stwierdzenia złoto i kropka. Jednak biorąc pod uwagę że między innymi w przeszłości podobna westernowa sztuka powyżej opisana udała się między innymi Mangoldowi czy Coenom (pozdro kumatym :)), to w końcu sprawdziłem co nierówny częstokroć dotychczas reżyser klasykowi uczynił. Co nastąpiło już szybko zauważam i w miarę przystępnie próbuje wypunktować. Pierwsze na nie, to te twarze jakieś takie wymuskane zbytnio i obraz zbytnio obrobiony – w sumie cały w końcu Fuqua. :) Po pierwsze natomiast na tak to rozmach produkcyjny i wielka przygoda, która właściwie powinna być przygodą gigantyczną. Jest spektakularnie jak cholera, strzelaniny są takie że opad szczeny i nawet kilka razy myślałem że zginął wbrew zasadom ten dobry. :) Dalej fenomenalna kaskaderka i (smutek, smutek, smutek) poza tym nic szczególnego. Ale jak to ostatnio gdzieś przeczytałem, nie po to się chodzi do lasu by narzekać na drzewa, stąd zanim zdążę kolejne słabości wytykać to zamilknę. 

poniedziałek, 1 marca 2021

Training Day / Dzień próby (2001) - Antoine Fuqua

 


Na ulicy liczy się jedno - „trzeba umieć panować nad śmiechem i łzami”. Prawo ulicy to mocna lekcja reguł z dzielnic „bez zasad”. Jak być zawodowym łowcą grubego zwierza - o tym to brutalna historia! Jeździ żółtodziób ze starym policyjnym wygą po dzielnicach gangów i w praktyce wprowadzany jest w tajniki pracy detektywistycznej. Coś jednak tu mocno śmierdzi i chyba role przestępcy i stróża prawa mocno się rutyniarzowi przemieszały. Młody został z zaskoczenia wpieprzony - kompletnie nieświadomie po uszy same w potężne cuchnące gówno, które na stałe się do człowieka przykleja i z którego ciężko wyleźć. Pierwszy dzień wymarzonej roboty, a tu trzeba podejmować decydujące o przyszłości decyzje, stając oko w oko ze śmiertelnym zagrożeniem. Intensywna to nauka niekoniecznie książkowej policyjnej roboty, na sporym wkurwie i z całym wysokim tonażem gatunkowych sztuczek, które czynią tego rodzaju gliniarskie thrillery atrakcyjną porcją intrygującego akcyjniaka. Bez rozrzedzania, tylko samo gęste. To lubię!

P.S. Tym razem Denzel autentycznie doskonały - uważam wręcz że to chyba jego szczyt szczytów. Tym razem również Antoine Fuqua w fenomenalnej formie - chociaż jemu podobnie jak Denzelowi nie wszystko zawodowo w filmie wychodzi kapitalnie. Lecz akurat Training Day to wciąż fascynujące, już przecież niemłode amerykańskie policyjne kino!

środa, 3 lipca 2019

Brooklyn's Finest / Gliniarze z Brooklynu (2009) - Antoine Fuqua




Policyjny dramat, to lubię bardzo! Szczególnie kiedy on dobry i amerykański, a że hamburgery potrafią w te klocki bawić się z widzem doskonale, to nawet taki Antoine Fuqua, który szczerze pisząc nie zawsze ze swoimi filmami trafiał punkt, to tym razem idealnie wbił się w obowiązujące kanony/moje wymagania i podarował kawał niebanalnego, a przede wszystkim przekonująco autentycznego akcyjniaka dla rozrywki i całkiem nielichej krzyżóweczki do intelektualnej rozkminy. Obsada pierwszoplanowa premium klasa i z drugiej strony chyba świetnej naturszczyzny tutaj również nie poskąpiono? Miejscem akcji mroczny Brooklyn i bezwzględny świat współczesnej czarnej gangsterki tamże rezydującej. Bohaterami zaś trzej policjanci na życiowym zakręcie - outsiderzy z problemami natury psychicznej, mniej lub bardziej rozjebanym życiem rodzinnym i na własnych styranych barkach całym ciężarem roboty, której im tak na marginesie nie zazdroszczę. Co innego na wygodnej kanapie przeżywać ich dramaty, włażąc dzięki wyobraźni i pracy scenarzysty w buty tych mniej lub bardziej dobrych, uczciwych trochę albo wcale - znaczy szlachetnych na tyle na ile okoliczności, wymagania i ich dyspozycję psychiczne wespół z masą słabości im pozwalają. Robiąc to bez tej oczywistej konieczności realnego babrania się w tym głównie, aby może kogoś uratować, względnie uchronić przed skurwysyństwem wielkiego miasta. Po cholerę poddawać się gigantycznym stresom, rzucać na szalę własną prywatność, dostarczać nieuniknionych napięć rodzinie i finalnie super bohaterze spaść na samo dno? Po cholerę tak ryzykować, życie jest przecież takie kruchutkie, a drugiego super bohaterze nie dostaniesz! Powtórzę że nie było trudno mnie w tą historię wkręcić na sto procent i nie trzeba było przymuszać do wystawienia jej laurki. Wystarczyło zbytnio nie spierdolić sporego potencjału, jak zakładam z życia wziętego.

środa, 23 września 2015

Southpaw / Do utraty sił (2015) - Antoine Fuqua




Rocky A.D. 2015? Trudno poniekąd się z taką tezą nie zgodzić - podobna kompilacja uproszczeń i emocjonalnych oczywistości produkcje te łączy, które to fundamentem powszechnie zrozumiałego hiciora. To z pewnością prawie czterdzieści lat temu się udało i dzisiaj także było możliwe. Święci triumfy obraz Antoine Fuqua i do kin sporo ludzi przyciąga, bo takie historie o upadku i powrocie na szczyt tak uniwersalną magią obdarzone, że łączą ponad podziałami wszelkie grupy społeczne. :) Southpaw jest prosty niczym przekaz głoszony przez współczesnych motywatorów co za sprawą coachingu kieszenie sobie wypychają. Znaczy zrozumiały on nawet dla przeciętnego, mało rozgarniętego intelektualnie fana boksu. Jednak nawet jeżeli bije po oczach kliszą, frazesami i banałem to robi to z impetem, a autentyzm najzwyczajniej przekonuje. Stąd staje murem za tą produkcją wystawiając jej wysoką notę i daje swoją niewiele znaczącą rekomendację. Pochwalę realistyczne sekwencje walk, które dalekie są od blagierskiego młócenia powietrza z obowiązkowym podkładem dźwiękowym imitującym soczyste trafienia - tutaj autentycznie czuje się niemal na własnej szczęce ich siłę. Niemniej jednak przed seansem nastawiłem się na coś więcej niż wyłącznie techniczny profesjonalizm. Liczyłem na emocje i to nie tylko na poziomie dosłownym, oczekiwałem czegoś pomiędzy wierszami co by pozwoliło uniknąć obcowania z czystym schematem. Zadaje sobie więc pytanie, czy gdyby Fuqua zrobił dramat mniej bezpośredni, pozbawiony aż tak dosłownej wymowy i rutynowych środków, to czy fani mordobicia by jego istoty nie zrozumieli? Walka z samym sobą to najbardziej wymagające starcie, a cel sam w sobie i jego zdobycie powinien być pretekstem do ukazania wieloaspektowych przemian psychologicznych. Zabrakło głębi tego fascynującego procesu, a sam sens został sprowadzony do zejścia do dna by móc od niego się odbić. Z drugiej strony czegóż można wymagać gdy głównym bohaterem typ (kreacja Jake'a niczego sobie), którego w dojrzałości przewyższa dziewięcioletnia córka. :) Notabene sceny z jej udziałem dostarczały tych bardziej intensywnych emocji, które poruszeniem lub wzruszeniem są nazywane. Duże brawa za rolę Leily!

P.S. Przyznaje, chciałem szerszą refleksję spisać, miałem już nawet prawie w pełni wątek boksu jako specyficznej odmiany gry w szachy opisany, jednak doszedłem do przekonania, że po cholerę mam się tutaj produkować, gdy Fuqua sam najprostszą z dróg poszedł. 

piątek, 9 stycznia 2015

The Equalizer / Bez litości (2014) - Antoine Fuqua




Bez litości dla tej produkcji, czyli żadnych sentymentów czy taryfy ulgowej dla reżysera. Anthony Fuqua wszak nie jest żadnym wyjątkowym kinowym twórcą w mojej ocenie, gdyż zdarzały mu się przede wszystkim produkcje typowo rzemieślnicze, które w żadnym stopniu przed szereg nie wychodziły - można by rzec, że realizowały sztampową formułę i tyle. Jednako kilka z nich tematycznie mi spasowały, lub jakiś pierwiastek ponad standardowy w sobie jednak posiadały, stąd nie czuję się jakoś wyraźnie rozczarowany, tylko zwyczajnie szkoda, że zamiast się rozwijać w sensie artystycznym, czy warsztatowym, on tak pospolitym i na wielorakie sposoby przetworzonym już tematem się zajął. Super hero w cywilu w nim rządzi i dzieli, bez fikuśnych szmatek i spektakularnych atrybutów, ale to nadal rodzaj Batmana z twardymi ideami i zasadami na pierwszym planie, które rzecz jasna jego dewizą. Mroczna i brutalna opowieść, naiwna i całkowicie pozbawiona autentyczności. Nie jestem fanem tego rodzaju rozgrywek na ekranie, szczególnie, kiedy ten mściciel nie ma w sobie niczego nieschematycznego, oraz więcej w nim komiksowego kiczu niż pospolitego realizmu. Były już przecież w historii kina przypadki, kiedy pomimo wyjściowego szablonu genialne produkcje powstawały. Mogło być równie dobrze jak w Leonie zawodowcu, niestety w tym przypadku przepaść pomiędzy finezją arcydzieła Bessona, a topornością rzemiosła Fuqua jest ogromna. 

P.S. O boskim Denzelu, do którego wzdychają niewiasty nie zamierzam więcej napisać poza stwierdzeniem, że na autopilocie jedzie, a kurs który ma zaprogramowany na coraz niższy pułap go przenosi.

Drukuj