Piątek, 12 grudnia, godzina 14:33, hotelowe spotkanie pary kochanków. W tym miejscu zaczyna się historia kinowa która może nie z miejsca lecz w krótkim czasie przeszła do historii kina i miała na to kino wpływ wręcz rewolucyjny. Psychoza bowiem jak się powszechnie przyjęło wyrugowała z gatunku grozy stwory nadprzyrodzone, zastępując je potworem w ludzkiej skórze. Norman Bates mu jest i nawet jeśli przez pryzmat grubych latek jego natura psychopatyczna nie ma startu do kolejnych, najbardziej przerażających psycholi jacy przez ponad pół wieku od premiery ikonicznego dzieła Hitchcocka się pojawili, to jako archetyp takiegoż wciąż na szacunek pod względem chociażby protoplasty dla zwyroli zasługuje. Ponadto sam obraz robi wrażenie podkręconego kina klasy B i kiedy w kinach rządził, to publiczność oszalała, a krytyka jednak nosem, nie bez chyba powodu nieco kręciła. W zasadzie gdyby nie przełomowa konstrukcja - trzęsienie ziemi i dalej napięcie już tylko rośnie, a opowieść w międzyczasie dojrzewa oraz główna bohaterka w najbardziej kultowej scenie bodaj w kina popularnego kina zanim widz się obejrzy ginie, to raczej brakiem banalności, by ona nie grzeszyła. Siła Psychozy to akurat uważam nie mistrzowska realizacja, czy cokolwiek technicznie warsztatowego, tylko pomysł konstrukcyjny z kilkoma wręcz intuicjami reżyserskimi wybitnymi, gdzieś pomiędzy krótko, zwięźle i na temat. Bez zbędnej kombinacji, gdyż liczy się klimat, suspens ma kluczowe znaczenie oraz nie bez znaczenia, świetna strategia promocyjna zapewniająca wzbudzenie tak zainteresowania publiczności, jak przede wszystkim połechtania jej tam gdzie to łechtanie największe dreszcze powoduje. Psychol i psychoza, schizol i psychoza, schizofrenik i psychoza - dzisiaj już nie, ale wyobrażam sobie jaka te 65 lat temu mega groza!
środa, 26 marca 2025
środa, 10 stycznia 2024
Dial M for Murder - M jak morderstwo (1954) - Alfred Hitchcock
Nie cierpię egzaltacji, a przebijam się przez dorobek Hitchcockowy, choć dialogi w jego filmach ze względu na epokę są nią przesiąknięte. W pewnym sensie tolerowanie tych wszystkich westchnień i wymownych pauz znoszenie to cierpienie, lub co najmniej walka ze znużeniem, kiedy kwestie są wygłaszane w tej irytującej manierze i tylko te intrygi poniekąd mnie utrzymują we w miarę zawsze zainteresowaniu. Nie wątpię że oglądając w latach pięćdziesiątych M jak morderstwo piałbym z zachwytu, choć wiem też ze europejskie kino pod względem artystycznych właściwości już wówczas przebijało hollywoodzki styl ugładzono-wygładzony pod wymagania masowej publiczki. Nic dziwnego że jedno odniosło sukces komercyjny poniekąd kosztem tego drugiego i że jedno kształtowało dobre gusta, a drugie zaspokajało przede wszystkim te bardziej powszechne. Oprócz wątpliwej odrobinę wiarygodności (o tym w szerszym kontekście za chwilę), intryga skonstruowana jest precyzyjnie, a klimat soczystego szlachetnego aczkolwiek splątanego kryminału czarujący i twistami zamaszyście okraszony. Tylko zawsze mnie właśnie dziwiło, że w tych filmach dokonanie zbrodni nie wiąże się z jakimikolwiek emocjami, nie mówiąc już o wyrzutach sumienia. Wszystko bowiem podporządkowane jest chłodnej ekonomii zysków i kosztów, a same postaci, to jakieś wyzute z uczuć wyższych elegancko odziane monstra. Oczywiście doskonale wychowane, kulturalne ze wszech miar i wyrażające się nienagannie, ale jednak potwory cyniczne. Coś w tym jest cholernie zastanawiającego psychologicznie, jeśli spojrzeć na potrzeby widza i twórców oraz zasadniczo konstrukcje pierwotypów. Zauważyłem też jeszcze jedno (kolejna nie odkrywczość), iż kiedyś filmy tak intensywnie ubogacano ilustracyjnym tłem muzycznym oraz tak wszystko przesadnie wyjaśniającymi dialogami, że można je nie tylko oglądać, ale i traktować jak słuchowiska, poddając się emocjonalnej prowokacji wyłącznie za pomocą zmysłu słuchu właśnie. Tak czy inaczej to jeden z najlepszych myślę filmów Pana Alfreda i jak już korzysta się zarówno z tej sfery dla ucha i tej dla oka, to jest na co też popatrzeć - bowiem ach ta Księżniczka.
sobota, 6 stycznia 2024
Rope / Sznur (1948) - Alfred Hitchcock
Sznur w sensie budowy rdzenia, to zdaje się ten typowy zabieg hitchcockowski, czyli trzęsienie ziemi i dalej już napięcie tylko rośnie, a w głębszym spostrzeganiu idei, krytykowana pogarda dla słabszych/gorszych w kontekście historycznym, a precyzyjniej ujmując, metaforycznie do klasycznego (choć pozbawionego standardowego tropienia mordercy) kryminału przemycone odniesienia do konsekwencji hitlerowskiego reżimu. Formalnie natomiast, ówcześnie eksperymentalnie sfilmowana i zmontowana podstępnie sztuka teatralna i oczywiście sztuka znacznie mniej od współczesnych pod względem skomplikowanej treści złożona, stąd brak w niej wielopoziomowości, która mogłaby też jakieś twisty zapewnić oraz sam realizacja z teatralną deklamacją odbiega naturalnie od tego z czym na co dzień przeciętny widz się spotyka, lecz owe mankamenty wynikające z klasycznego rozumienia sztuki wizualnej w jej archetypicznym rozumieniu, nie odbierają przyjemności podążania tak za scenariuszem zbudowanym przez pierwowzoru literackiego autora, jak i wizją Hitchcocka jaka tutaj eksponowana, dość skromna ale zarazem nie ubogą. Hitchcock taki, to w moim przekonaniu nawet ciekawszy od siebie w produkcjach bardziej rozbuchanych aranżacyjnie, bo sprowadzony do esencji i przez to bardziej interesujący na poziomie czystej analizy sposobu myślenia i działania postaci, ale też i wymagań technicznych odnośnie produkcji. Rzadko bywa że obecnie mistrz suspensu robi na mnie wrażenie ponad lekkie rozczarowanie, jakie wiąże się z konfrontacją jego reżyserskiego stylu z dzisiejszymi wymaganiami. Cenię jednako jako prekursora i zastanawiam się jakby odnalazł się w świecie filmu obecnie, gdyby dysponował tak doświadczeniem stu lat kinematografii, jak i własnym nosem, w sensie intuicji.
P.S. No ale finałowe uniesienie i tyrada Ruperta, to już osobna historia, gdzie miesza się stylistyka psychologicznego kryminału z moralizatorstwem na poziomie z jednej strony nieznośnie pompatycznym, jak i w ten sposób też klasycznie uroczym. The End!
poniedziałek, 19 grudnia 2022
Marnie (1964) - Alfred Hitchcock
Stosując równie oczywistą grę słów jak efekt finalny pracy Hitchcocka - marnie wyszła ta Marnie. Niestety był to akurat ten nieudany romans legendarnego reżysera z filmem psychologicznym i daleko mu tym samym do dzieł ówczesnym kinowych mistrzów korzystania z odkryć psychoanalizy, jak i sporo do poziomu ikonicznej Psychozy, która nawiasem mówiąc także pod tym względem nie była nie wiadomo jak przebiegła, a sukces swój zawdzięcza myślę bardziej nowemu jak na owe kinematograficzne czasy efektowi twistu, także genialnej legendarnej scenie pod prysznicem czy całościowo uzyskanej atmosferze mrocznego suspensu oraz fenomenalnemu aktorstwu, niźli wybitnej rozkminie psychoanalitycznej. Scenariusz w przypadku Marnie jest bez ogródek pisząc lichy, a intryga najzwyczajniej tak grubymi nićmi szyta, że aż śmieszna, natomiast powiązania i zbiegi okoliczności pozbawione wiarygodności. Popisy aktorskie raczej średnie, czyli jak na manierę epoki standardowe, a ta udręka bohaterki tak sztuczna, aż nieznośna. Może i ma jakieś momenty (tuptająca cichutko Tippi po zwinięciu łupu z sejfu), ale ogólnie te "abberacje psychiczne kobiety kryminalistki", zimnej nałogowej złodziejki oraz ich sugerowane przyczyny tkwiące w dzieciństwie ubrane w tani romans, mnie bardziej zainteresowały przez wzgląd na kontekst pozamerytoryczny, dotyczący a jakże tytułu, ale bardziej przez pryzmat relacji ludzkich i legendarnych już opowieści o trudnym charakterze Hitcha. Nie jest już tajemnicą poliszynela gdzie szukać tak genezy jego sukcesu zawodowego (bez wpływu Almy Reville i jej mistrzowskiego zarządzania z drugiego planu niewiele miałby do zaoferowania), ale też otwarcie mówi się o jego dosyć mało dżentelmeńskim zachowaniu w stosunku do pięknych kobiet z planu. Na przykład sporo do powiedzenia o tym miała właśnie 'Tippi' Hedren, a atmosfera podczas realizacji Marnie, też nie tylko przez zazdrosne "lepkie łapki" Hitcha nie była magiczna, a raczej dramatycznie-tragiczna. Taki to był trudny we współpracy "geniusz", który oprócz wad miewał chyba nie tylko na pokaz przebłyski sarkastycznej samokrytyki i dystansu, bo jak sam twierdził „Gdyby nie żona, byłbym dziś najgorszym z kelnerów”.
piątek, 16 grudnia 2022
North by Northwest / Północ - północny zachód (1959) - Alfred Hitchcock
Stare filmy na ekranie, to często jednak jest spore dla mojej wyrozumiałości wzywanie. Trzeba im bardzo dużo wybaczać, aby nie tylko przetrwać seans z szacunku dla twórców ważnych przed laty. Ciężko z dzisiejszej perspektywy rozwoju sztuki filmowej traktować tego rodzaju jak na ówczesne warunki i oczekiwania nowoczesne dzieła i dziś uznane za ikoniczne do końca poważnie, szczególnie kiedy patrzy się na zabawną pod względem aktorskim i technicznym scenę ucieczki mercedesem pod wpływem bourbona. Stąd podobne seanse traktuję z należnym szacunkiem, ale i koniecznym dystansem, eliminując na ile to możliwe udział pierwiastka emocjonalnego w ocenie. Skupiam się przeto na wartości historycznej w kontekście wpływu na ewolucję kinematografii oraz swoistą beztroską przygodę (której skądinąd kino dzisiejsze rzadko w jakości Q oferuje) - w towarzystwie uznanej perełki X muzy, gapiąc się w blask ekranowy z uśmieszkiem, ale bez politowania. Pozwolę sobie zatem w quasi równoważnikach zdań wyliczyć li tylko co zaobserwowałem, unikając jak tylko jest możliwe wartościowania. Mistrzowskie wizjonerskie koncepcje ujęć, z charakterystycznym czołówkowym ruchem ulicznym odbijającym się w szkle drapacza chmur. Odważne spektakularne nurkowanie w polu - jeszcze bardziej odważne uniknięcie tegoż dwupłatowca lądowania na swoich plecach przez Cary'ego Granta. Dialogi kompletnie niedzisiejsze i o k**** całkowicie pozbawione wulgaryzmów, a do tego wygłaszane, a dokładnie recytowane z zabawną teatralną manierą. Poczucie humoru - sam Mistrz który w zgiełku miasta odbija się od zamykających się drzwi odjeżdżającego autobusu. Stare, może już kompletnie nadgryzione zębem czasu (ale to nie ważne) kino, niestety z zerową zawartością większych emocji, w zamian z tak zupełnie dziś nieaktualnym, lecz uroczym umownym romantyzmem, widocznym w sposobie kręcenia.
_theatrical_poster_(retouched).jpg)



