Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stone Sour. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stone Sour. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2019

Stone Sour - Audio Secrecy (2010)




Szczerze pisząc, to lepiej gdybym zamiast wieczornego odsłuchu Audio Secrecy wrzucił w uszy album z równie nieodległej przeszłości, ale jednak z dużo większym zapleczem sentymentalnego przywiązania. Niestety postanowiłem sobie dwie doby wcześniej, że teraz albo nigdy przejdę do praktycznego realizowania planu uzupełnienia refleksji snutych wokół płyt tej mniej przed orkiestrę wysuwanej grupy, w której wokalnie udziela się Corey Taylor. Paradoksem nawiasem mówiąc jest sytuacja, że te dużo bardziej mainstreamowe dźwięki, rzecz jasna w konfrontacji z ekipą zamaskowaną są wciąż w cieniu - że Slipknot ze swoją zdecydowanie bardziej brutalną ofertą zdobył status gwiazdorski, a Stone Sour mimo iż ma fanów, to jednak w ilości mniej licznej. Przerzucając jednak natychmiast poprzednie zdanie na margines i pozostawiając tkwiący w nim ciekawy wątek do dociekań na inną okoliczność, teraz jestem zobowiązany udzielić wyjaśnienia na zasadne pytanie, czemuż to akurat kontakt z Audio Secrecy nie może się równać wieczornemu odsłuchowi hmmm.... (tutaj wpisałbym sporo tytułów albumów, ale nie to jest sednem tego wpisu, a i szacunek do Stone Sour nie pozwala na przeginanie!). :) Żeby nie było totalnych nieporozumień - ja Audio Secrecy w zasadzie lubię, bo mnie ani ziębi, ani grzeje, ale jak miałbym ochotę na stonesoure'owego rocka, to wolałbym aby kręcił się Come What(ever) May, albo nawet ten ostatni, mimo kilku mielizn świetny jednak Hydrograd. Audio Secrecy to niestety w mojej i pewnie nieodosobnionej opinii popłuczyny po efektownej i efektywnej poprzedniczce. Na Audio coś tam kilka, może w porywach kilkanaście riffów ze smaczkami, dzięki którym w ogólności płaskie kompozycje zyskują na punktacji. Całość przelatuje nie wzbudzając większej ekscytacji, a bezpośrednia przebojowość predestynuje ją wyłącznie do kategorii przyjemności o bardzo ograniczonym terminie przydatności (już pod koniec 2010 wyszedł termin). Ponadto jak mam zawsze w przypadku muzyki Stone Sour obowiązek szczerością motywowany napisać irytują mnie wszystkie quasi ballady, które jeśli określę pościelówami dla zaangażowanych uczuciowo nastolatków, to chyba nie skrzywdzę ich autorów, bo czy nie dotknę słowem unoszonych ckliwością nastolatków nie bardzo mnie już interesuje. Ja wiem, że lajtowość zawsze była częścią składową twórczości Stone Sour, ale bywało że potrafili całkiem bez żenady ożenić emocje z łagodnością. Niestety na Audio Secrecy smucą w zbyt zasmucający mnie sposób, a jest to aż tak dotkliwe zasmucanie, że nie mam  już ochoty (prawdę pisząc serca by hejtować), rozwijając wątek podobieństw do "mega jadowitej" rockowej formacji z Kanady, funkcjonującej swego czasu w discmanach  każdego ucznia z poziomu amerykańskiej hajskul. 

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Stone Sour - Come What(ever) May (2006)




To nawet ja przyznam, wiecznie kręcący nosem malkontent, szukający z sadystyczną przyjemnością dziury w całym tym mainstreamowym amerykańskim rockowym graniu, że Stone Sour to w tej lidze ekipa, którą szanuję, powracam do krążków z ich logiem systematycznie (szczególnie podczas podróży autem) lecz nigdy nie wpuszczę jej do ekskluzywnego kręgu subiektywnych wyjątkowości. :) Bez zbędnego czczego gadania, nigdy nie byli i z ogromną pewnością w przyszłości też nie będą tworzyć dźwięków, które każą mi przyklęknąć, tudzież wpaść w euforyczne zauroczenie, bo i target ich inny od tego z którym mam zaszczyt się identyfikować. Nie ma to jednak znaczenia, nie mam pretensji, że grają swoje i nosa poza bezpieczny rock środka nie wychylą, a priorytety zawsze zawrą w triadzie ciężar-melodia-chwytliwość. Są w tym dobrzy, z każdą kolejną płytą sprawdzają się w roli bandu dla rockowo-metalowych fanów grania z kopem, ale bez przesadnej ekstremy, czy artystycznych ambicji i to jest ok. Ja akurat jak już wrzucam do odtwarzacza którąś z pozycji z dyskografii Stone Sour to właśnie najczęściej jest to Come What(ever) May. Album z idealnym balansem pomiędzy rockowym ciężarem, a rockową przebojowością. Cholernie równy, bez jakichkolwiek numerów które odstają poziomem od pozostałych. Z hiciorskim potencjałem, ale bez żenującej nachalnej prostoty czy przesłodzonej formy. Tak samo żywiołowy, jak i nostalgiczny - zarówno z kawałkami o typowo rockowej energii, jak i o balladowych proweniencjach. Wszystkie napisane z pomysłem, własnym osobnym charakterem, dobrze nakręcaną dramaturgią i radiowym potencjałem. Gdyby jeszcze wówczas w roku 2006-tym, nie mówiąc już o współczesności komercyjne stacje radiowe chciały do swojej muzycznej oferty pomiędzy trendy wcisnąć nieco żywej, organicznej muzyki to z pewnością kawałki z Come What(ever) May by się do tej ważkiej misji niesienia światła dla ślepców odpowiednio nadawały - bez obawy, nie przestraszyłby radiosłuchacza. Nie ma na to jednak większych szans, rock stadionowy/amerykański rock środka (jak zwał tak zwał) nie ma startu w starciu z tym co obecnie młodzież kręci. I to też jest poniekąd w porządku. ;) :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Stone Sour - Hydrograd (2017)




Stone Sour swego (poniekąd już zamierzchłego) czasu dość często u mnie gościł w hifi wieży, a było to by być precyzyjnym tak na przełomie debiutu i Come What(ever) May. Potem Audio Secrecy jeszcze względne pozytywne ciśnienie we mnie utrzymało, ale już dwuczęściowego House of Gold & Bones to nawet jednego (premierowego) razu nie przesłuchałem. By była jasność - bo nie jestem fanem tak obszernych materiałów i przejadły mi się w międzyczasie słodycze w ciemnej czekoladzie, więc pech "hard rockowego" wcielenia Corey'a Taylora w tym, że wymyślił sobie ze współpracownikami taką kobylastą koncepcję i jeszcze nie w czasie, przez co bez merytorycznego sprawdzenia zawartości bardzo względny hajp na ich muzykę u mnie był i z miejsca zanikł. Zatem bez perspektywy znajomości poprzedniego materiału (doczytałem, że nie ma czego żałować :)) z wiedzą wyłącznie z lat wcześniejszych, zbiegiem okoliczności, gdyż na Hydrograd nie czekałem do autopsji pewnego wieczora przystąpiłem. Stół sekcyjny przygotowany, umysł oczyszczony, zatem Panie doktorze rozkrajamy, rozbieramy, mierzymy i ważymy, po czym wnioski wyciągamy. :) One jak się okazuje niejednoznaczne, bo oto sporo w trzewiach Hydrograd konkretnego uderzenia, mocnego riffowania i adrenaliny uzyskiwanej z dynamiki wokalnej Corey’a. Niestety pośród czystego testosteronu warunkującego w muzycznym odczuciu czynnik typowo samczy, także masa estrogenu, który sprowadza niektóre kompozycje, nawet te zapowiadające się jako względnie brutalne do poziomu nieznośnego zniewieścienia. To w moim przekonaniu problem Hydrograd, że ogień krzesany zbyt często gaszony jest przez słodycz made in Nickelback czy innych idolów nastolatek sprzed nastu już lat. To taki archiwalny obraz tkwiący w moim łbie i przywoływany raz po raz szczególnie w tych fragmentach refrenami zwanych. I chociaż zaskakująco często jak na ilość użytych powyżej kąśliwych uwag album wraca do odtwarzacza podczas samochodowych podróży to i tak absolutnie nie zostanie nazwany przełomowym zaskoczeniem, najlepszym dotychczasowym dokonaniem formacji ani tym bardziej jednogłośnie mdłym sposobem na dotarcie do niewieścich serduszek. Ma swoje kapitalne momenty podrywające do machania łbem i wydzierania z Corey’em pyska, czasem nawet fragmentów podobnych do tego miększego oblicza, ale jednak mocarnego Slipknota. Bo jak się okazuje skrojony został z aptekarską precyzją pod typowe gusta amerykańskich fanów i jest przykładem nieco krwistego, ale nadal podanego w systemie szybkiej obsługi z niewyszukanymi dodatkami hamburgera w bułce z sezamem.

P.S. Zaznaczę, że mojej dziesięcioletniej córce, która od kołyski chłonie nieświadomie ojcowską nutę, ale większego zainteresowania poza tandemem The Black Queen i Wolfmother nie wykazuje podobają się te chwytające za serducho kompozycje i muszę jej nonstop przeskakiwać indeksy. :)

Drukuj