Wagi Blanco - jedna wielka rodzina. Szef jak ojciec, dba naturalnie nie tylko o kondycję firmy, ale jak zatroskany patriarcha firmowego rodu otacza opieką pracowników, martwiąc się oczywiście aby coś nie przeszkodziło tej wielkiej familii w funkcjonowaniu. Tak się składa że szefuńcio spodziewa się ważnej komisji, a kilka trybów ludzkich w maszynie zaczyna szwankować. Komplikuje się sytuacja, bo zwolniony pracownik robi zamieszanie protestując przed bramą wjazdową, bo stary pracownik nie radzi sobie z synem, którego towarzystwo na złą drogę sprowadza, bo wreszcie pracujący bez dotychczas jakichkolwiek problemów na kluczowym stanowisku przyjaciel z dzieciństwa ma akurat skomplikowane relacje z żoną. Bo to i tamto i szef aby spokój zapewnić i zadbać o wizerunek biznesu coraz głębiej w tematy nie tylko prywatności kumpla się zagłębia, odkrywając kolejne tajemnice powiązań. Ponadto szef jak to szef, który ma pozycję i kasę także dostaje to na co ma ochotę i ściąga tym samym na siebie konsekwencje romansiku. Wówczas robi się mega zabawnie, akcja jeszcze mocniej przyspiesza i po drodze dramatycznie gęstnieje, kończąc mimo wszystko kosztownym, ale jednak zaprowadzonym porządkiem. Chyba? :) To co się dzieje sporo zabawy widzowi dostarcza i zapewnia intrygująco spędzone dwie godziny podczas projekcji. Kilka odrobinę już wytartych schematów z popularnego ostatnio kina zapętlanych i napędzających katastrofę interakcyjnych emocji oraz dobre paliwo dla uniknięcia mega powagi w postaci ironii na pierwszym planie, a w tle wyjściowy dla historii mały świat relacji opartych na zależności w kapitalistycznym systemie dobrowolnego wyzysku. Bardzo solidna czarna komedia i do tego Javier Bardem w formie, więc git!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fernando León de Aranoa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fernando León de Aranoa. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 kwietnia 2022
środa, 31 października 2018
Loving Pablo / Kochając Pabla, nienawidząc Escobara (2017) - Fernando León de Aranoa
To co najbardziej po
seansie w pamięci pozostaje to ten potwornie wyeksponowany brzuch Escobara, czyli
„ciekawie” ucharakteryzowany Bardem robi tutaj (rzecz jasna nie wyłącznie fizycznością) bardzo dobrą robotę – który także
z każdą upływającą minutą seansu coraz bardziej przekonuje, że to był właściwy wybór
castingowy. To samo (prócz brzucha oczywiście) dotyczy właściwie Penélope Cruz,
w roli wyfiokowanej gwiazdy kolumbijskiej telewizji, obmacywanej przy każdej okazji obleśnymi łapskami przez króla białego proszku. Wypada ona co najmniej dobrze opowiadając jednocześnie
jako narrator historię kariery Escobara i kulisy całej machiny kartelowej
spisanej przez kochankę bossa Virginie Vallejo. Zapewne dla rozgłosu i satysfakcjonującego pieniądza mocno podkoloryzowaną relację ze starcia Escobara z gringos. Wojny bezwzględnego
półświatka kolumbijskiego z jankeską potęgą urzędową, prowadzonej przez bezkompromisowego i bezlitosnego, tak samo doskonałego przywódcę zorganizowanej
grupy przestępczej, jak i sprytnego filantropa wykorzystującego słabości systemu
i ludzką naiwność, by tworzyć odpowiednio wyreżyserowany własny wizerunek. Wszyscy Kolumbijczycy
swego czasu kochali el Pablo, bo to
przecież był dobry i szczodry opiekun najsłabszych – pewnie co smutne faktycznie
jedyny, który zainteresował się ich losem. Nikt wtedy nie pytał skąd miał
pieniądze, bo wszyscy radowali się faktem, na co je wydaje. Populistyczny król
slumsów, a zarazem gwiazdor elitarnych bankietów, wszechwładny wytrawny gracz
korumpujący i uzależniający od siebie niemal wszystkich, co w zasadzie nie
zaskakuje zakończył swój żywot dość szybko, bowiem pewność siebie go pogrążyła,
a na własne życzenie podsycana eskalacja konfliktu przerosła. I niby wszystko
jest w reżyserskiej interpretacji Fernando León de Aranoa w porządku – hollywoodzkie nazwiska grają,
dramatyczna historia fascynuje, bo przemoc wstrząsa, a kiczowata latynoska
otoczka dodaje jej połysku. Lecz to starcie farsy z tragedią było nazbyt asekuranckie, a miało przecież w sobie
zdecydowanie większy potencjał. Stąd pomimo ogólnego braku rozczarowania produkcja pozostawiła we mnie pewien niedosyt, którego natężenie zapewne wzrośnie, kiedy ktoś
inny w przyszłości zrobi to lepiej.
P.S. Nie jestem w
stanie odnieść się do głosów krytycznych porównujących ten długi metraż z
serialem Narcos. Z tego co głośno i wyraźnie fani historii Kartelu z Medellin
opowiadanej w odcinkach donoszą, on to właściwie temat w sensie formy i treści
wyczerpał, zatem seans Loving Pablo już na starcie był w pozycji zdecydowanie przegranej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

