Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Electric Wizard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Electric Wizard. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2025

Electric Wizard - Let Us Prey (2002)

 

O rany bossskie rany - gdy słucham krążków Electric Wizard, to czuje się totalnie rozje Bany! Gdy katuje te wcześniejsze, wrze krew we mnie i czyni mi niebezpieczny we łbie zamęt. Już od początku Let Us Prey (... A Chosen Few) zaczyna piekielna smoła bulgotać ospale, bo takie riffy i takie brzmienie z tym miejscem wiecznego od różowych okularów odosobnienia może się kojarzyć, a kiedy wraz z We, The Undead wbijają się okrutne wycia wokalne, wówczas już wyłącznie zatwardziali zwolennicy dziwactwa (dla pospolitości gustów nieakceptowalnej muzycznej makabry) przy odsłuchu pozostają. Nie mienię się w swoim przekonaniu absolutnym fanem ekstremy (tej gwałtownej jak i tej depresyjnej czy okultystycznej), ale w tym przypadku taki rodzaj sadystycznej terapii w smole od czasu do czasu nie potrafię sobie odmówić. Choćbym po jej wciągnięciu był w stanie jedynie spełzać z wyra, to ona oczyszcza drenując. Bulgoty, odbierające ostatnie ochoty i tym samym śmiem być momentami gotowy aby uznać LUP za najlepszy album EW, a na pewno ten krążek na który znaleźć można akcje ciutkę zaskakujące (Night Of The Shape) oraz z drugiego bieguna jeden z ich najbardziej solidnie podkręcających wałków (Priestess of Mars), który przywodząc na myśl najwyższego w hierarchii prekursora, tak znakomicie dodają jego stylowi upalonej powłóczystej aury. Rzekłbym antypatii w sympatii, jaką da się quasi masochistycznie darzyć nutę zgoła odpychającą, ale i w swojej istocie okultystycznej jak i transowej pociągającą - za sprawą psycho-manii, jaka do-ślimaczyła około sabbathowe riffy i dobudowała stylizacji więcej niż z pozoru się uważa. 

czwartek, 30 listopada 2023

Electric Wizard - We Live (2004)

 


Powstanie We Live wiąże się jak tytuł wskazuje z okresem kryzysu w pierwotnym łonie zespołu, zawieszeniem tymczasowym działalności i powrotem w formule definiującej na lata kształt ich twórczości. O okresie przed We Live wiem tyle co nic, a i za eksperta w rozumieniu fana EW chociażby od 2004 roku brać siebie nie polecam, bo dużo dalej dopiero tymi typami się zainteresowałem, ale i w międzyczasie całkiem głęboko w temat wniknąłem i nutę wsiąkłem, więc gdyby w pobliżu kogoś bardziej zorientowanego nie było zaświadczam, iż kompletnie oderwany od wiedzy nie jestem, a że czasem sobie świadomie lekko od rzeczy, tzn. odrobine nie na temat podczas rozwikływania materii o której piszę odbiegnę, to ja sobie odbiegnę i mnie to lotto - nikt nikogo do eksplorowania moich analiz nie przymusza, a i gorsze kompletnie nonsensowne w necie pierdolety są z łatwością do znalezienia, więc. Ja przynajmniej o sławę nie zabiegam, a jak publikuje bezwstydnie publicznie, to nie znaczy od razu, że za czytelnika dałbym się tępym tasakiem posiekać, bowiem... w sumie po cholerę to robię i jaka nadęta filozofia mi przyświeca, to zawsze we wprowadzeniu, tam po prawej stronie jak tylko blogasek się wczyta można w każdej chwili znaleźć. Skoro Cię człowieku nie spłoszyłem i zostałeś do tego dziewiątego słowa bieżącego zdania dotrwałeś, to zakładam że moje poczucie humoru strybiasz i nie będziesz mącił mojej wody na tyle agresywnie, abym Ciebie był zmuszony wyprosić, bowiem... w sumie przecież wprowadzenie przeczytałeś, więc wiesz co i jak. Bez emotikonowania użycia, a i tak setnie się już do tej poty uśmialiśmy, więc pora przejść do dołującej nuty której teraz ja podczas wklepywania znaków w klawiaturę słucham właśnie, a Ty ją być może znasz już dłużej ode mnie, albo poznajesz teraz i sam przecież słuch posiadasz i coś Ci te uszy nabite okultystycznym doomowatym retro rockiem, co masz myśleć podpowiadają. Ja We Live szanuję i wręcz uważam obecnie, że to nowe życie EW rozpoczęło się od najlepszego ich albumu nagranego aż do czasów ostatniej jak dotąd ich produkcji. Za co Wizard Bloody Wizard bez dyskusji zbędnych kupuję, to wyartykułowałem już dawno, a za co komplementuje teraz We Live, to cechy myślę dość zbieżne ze sobą są. To tak zbasowane brzmienie, że granicy zdroworozsądkowego wykręcania ekstremalnego soundu nie przekraczające. To szeroka przestrzeń nie przeładowana rzecz oczywista nazbyt wieloma bodźcami słuchowymi, ale też nie doprowadzona do poziomu dwóch dźwięków na pięciominutową frazę. To monolit w stosunku do raczej każdego innego metalowego podgatunku, ale bez zapraszania do rywalizacji najbardziej popierd-o-loną estetykę, którą na klatę przyjmują jedynie najpotężniej zahartowani admiratorzy hałasu. To żadna piosenkowość w normalnym tego określenia znaczeniu, a mimo to w miarę chwytliwe granie. To też melodia rozwleczona, ale jednak melodia wyraźna, gdyż rytmiką miarową podbita. Natomiast k**** płyta za długa jak prawie wszystko w ich dyskografii, chociaż nieprzekraczająca niefortunnej według mnie granicy jednej męczącej jak cholera godziny. Pięć minut przed minutami sześćdziesięciu We Live ostatecznie kona i tym samym zanim kolejny odsłuch miałbym zrobić nie mijają tygodnie na regenerację, albo pozbieranie zwłok wymęczonych z gleby. Oczywiście nie wszystkie kompozycje są równie ciekawe czy angażujące, jednak tych którym się to udaje jest wystarczająco dużo. O tym że We Live stało się moim numerem dwa w dotychczas przetworzonej dyskografii EW niech świadczą praktyczne działania, że jak mam ochotę na zawiasa, to zawsze drugim moim wyborem jest właśnie ona, ale pierwszym rzeczone Wzard Bloody Wizard i gdybym mógł mieć życzenie, to kolejnego albumu wymagam podobnego do tego faworyzowanego. Póki go jednak nie ma to jest to co jest i według znanego porzekadła trzeba się tym cieszyć. To pisałem ja, czyli ktoś kto EW lubi i szanuje, ale bez przesady.

sobota, 17 grudnia 2022

Electric Wizard - Time to Die (2014)

 


Zastanawiam się czy moje obecne maltretowanie się (obowiązkowo dla komfortu rodziny ze słuchawkami na uszach) takimi uroczymi nazwami jak My Dying Bride lub właśnie Electric Wizard, ma coś wspólnego z "obrzydliwie głośnymi, napastliwe i fałszywie uśmiechniętymi jinglebellsami", jakie naturalnie o tej porze roku, a dokładnie już na dwa miesiące niemal przed właściwym terminem do użycia przejmują teren od supermarketów po telewizyjne reklamy i są już po dwóch tygodniach (eufemizm, eufemizm napisz!) nie do zniesienia. Czy to zdrowa reakcja organizmu, po to abym uodpornił się na "wylewające się zewsząd christmasowe piosenki" i ich potworną siłę wpijania się w mózg i lasowania beretu, przez co nawet kiedy pod prysznicem nie śpiewam, to maniakalnie powtarzam refreny tychże we śnie i podczas innych automatycznych czynności? Może tak być, a nawet podejrzewam że właśnie tak jest, iż dlatego ani chybi jak zarzucam Time to Die, czy kilka godzin wcześniej The Light at the End of The World i morda mi się uśmiecha mimo, iż szalikowcem autorów tejże pierwszej nie jestem i krążki jej odtwarzam raczej od wielkiego dzwonu (proszę bardzo, Boże Narodzenie za pasem - idealnie), niźli systematycznie. Mam tak bowiem, wciąż pomimo huśtawek nastrojów i wahań formy, czy ekstremalnie szorowania ryjem po dnie zdołowanego maksymalnie samopoczucia (rzadko, bardzo rzadko, jak się k**** cieszę!), to nadal zachowuję psychiczne zdrowie (powtarzam sobie - skutecznie to robię) i nie zaliczam się do kategorii maniaka dźwiękowych patologii, odciskających piętno na osobowości, a do takich bezdyskusyjnie zaliczam to co tworzy dotknięta nie tylko "narkotycznym" obłędem inaczej radosna załoga Jusa Oborna. Time to Kill to potwornie monotonna i masywna porcja potwornie zbasowanych kompozycji, dla "równowagi" o potwornej sile destrukcyjnego rażenia i równie potwornie odpychającej aurze, więc jakim cudem przyciąga? Brzmienie zasyfiałe, brud w każdym dźwięku wydobywanym z każdego instrumentu i wokal wystękany, a nad wszystkim pogłosy i inne takie pomysły pod prąd i przekornie zastosowane, aby odebrać "muzyce" ostatnie walory piosenkowości i pozostawić tylko hipnotyzujący trans. Nawet jeśli kilka wcześniejszych krążków Electric Wizard korzysta z podobnego pomysłu na odbieranie jej typowo rozumianej atrakcyjności, to jednak słychać że z Time to Die kompletnie ulotnił się upalony rockowy luz, a po miejscach gdzie gdzieniegdzie się drzewiej pojawiał przejechał gigantyczny walec niosący odczuwalny wszechpotężnie perwersyjny okultystyczny mrok. Tej płyty trzeba się bać w każdych okolicznościach, bo ona tak patrzy i robi kuku - nie tylko obawiać się jej puszczania podczas zakupu ledowych girlandów w Pepco. :)

niedziela, 23 stycznia 2022

Electric Wizard - Black Masses (2010)

 


Usłysz ich Lucyferze, daj się przywołać na mszę czarną, bo mega by było, gdyby ich marzenie się spełniło. Spełnij proszę prośby occult metalowców z Dorset, albo daj chociaż znać że jesteś i bez sensu ekipa naczelnego wyjca w osobie Jusa Oborna do ciebie nie zawodzi. ;) Tym samym strwóż jeszcze mocniej już strwożonych i przekonaj nieprzekonanych, iż zabawa z tobą to żaden teatrzyk, czy inny rodzaj artystycznego performansu, tylko pełna do cholery najpoważniejszej powagi powaga. Cholera wie co tam w głowach tych Brytoli się od lat roi i czy igranie z potencjalnym ogniem to dla nich wyłącznie spektakl w postaci czarnych jak smoła winyli, czy mistycznych gigów. Przyznaję że nie tylko upalone wyśpiewywanie treli dla Księcia Ciemności spostrzegam odkąd siedzę w takiej nucie jako mało poważne, ale ma ono w sobie rodzaj hipnotyzującej aury, a już dźwięki wychodzące spod łap członków Electric Wizard, to ceremonia mocno uzależniająca i jak kiedyś niedbała produkcja i rozmyte zbasowane brzmienie Czarodzieja mnie nie przekonywało w stu procentach, to odkąd z piwniczych mroków wypełzł Wizard Bloody Wizard całkiem często urządzam sobie seanse z kilkoma ostatnimi krążkami kierowników tego zamieszania. Black Masses akurat stawiam zaraz po wyżej wymienionym, lecz moja ocena czy zbudowany ze względu na sympatię ranking albumów jest maksymalnie subiektywny i tzw. fani od zarania, bez wysiłku mogliby podważyć moją argumentację dlaczego. Stąd nie porwę się na ich prowokację i nadmienię tylko, że te powłóczyste riffy z siódmego w ich karierze długograja, niczym wyjątkowym w konfrontacji szczególnie z bardziej współczesną resztą ich dorobku się nie wyróżniają, a jakoś tak mnie wyraźnie mocniej do siebie przyciągać raczą. Piewcy "ziela i Lucyfera" grają swoje i mają swoich oddanych wyznawców, a ja jeszcze nim jednak nie będąc szanuję tych odszczepieńców za odwagę i muzykę, w której niewiele się dzieje, ale melodia z brudem kapitalnie współegzystuje. Black Masses genialnie buja i nie ma w żadnej czarciej wsi na nich ch***. :)

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Electric Wizard - Witchcult Today (2007)




Jestem nadal dość świeży w kwestii znajomości dyskografii posępnych Brytoli. Mam znaczące braki, szczególnie odnoszące się do tego, co i jak w riffach rzeźbili jeszcze przed Witchcult Today, który w mojej ograniczonej percepcji na dzień dzisiejszy nadal jest ich startowym krążkiem. Świadomy mimo tego jestem, iż zanim ją nagrali spore perturbacje w składzie zaliczyli, swoją wyboistą drogę z głębokiego muzycznego podziemia przebyli. Traktowani od lat przez maniaków i brać dziennikarską z namaszczeniem własne miejsce odnaleźli w post, czy neo-sabbathowej stylistyce, dodając z premedytacją archetypicznemu brzmieniu Sabbs sporej dawki lepkiego, zgrzytliwego ciężaru i ezoterycznej rytualności, wyhodowanych z pietyzmem na psychodelicznych środkach wyrazu. Ten sound wzorowany na ojcach założycielach, analogowy, organiczny - osiągnięty przy użyciu sprzętu z epoki (czyli wtedy w 2007 roku wiekowo grubo 30+) ma w sobie rodzaj nieprawdopodobnie pociagającego magnetyzmu i niesie ze sobą frajdę w kwestii skojarzenia z estetyką gotyckiego horroru sprzed półwiecza. I wszystko byłoby ok, bo chwytam te retro okultystyczne przeloty w mig, lecz to trochę jednak zbyt obfita dawka zaklęć jak dla mnie. Za dużo materiału wtłoczone na krążek - tak bez potrzeby do oporu, chwilami zbyt rozwleczone, aż po naście minut. Mimo że pod względem melodyki, formuły i wykonawstwa cholernie intrygujące, to przez pryzmat rozmiarów cenię sobie bardziej treściwy ostatni ich krążek, na którym nie doświadczam zbędnej nuty, najmniejszego przesytu, tym bardziej niedosytu (o czym w opozycji, mnie wciąż laikowi z uporem donoszą ci, co się od ponad dwóch dekad na tych "doom-ach" znają. :)).

czwartek, 7 grudnia 2017

Electric Wizard - Wizard Bloody Wizard (2017)




Co ja wiem tak naprawdę o Electric Wizard, wiem niewiele, znam niewiele, bo akurat gdzieś przez lata funkcjonowali w mojej świadomości, ale zawsze na dalszej orbicie zainteresowań i nawet będąc zagorzałym fanem ostatnio milczącego Orchid, który stylistycznie po linii Brytoli, to jednak ekipa Jusa Oborna nigdy nie wkradła się do mojego serducha. Nie będę tutaj i teraz rozkminiał powodów tej sytuacji, w zamian skupię się jedynie na teraźniejszych odczuciach i w euforii napiszę, że to kapitalny album, który tak podstępnie wpijał mi się w świadomość, pozostawiając zapewne trwały ślad w mojej podświadomości. Nie mam porównania obecnej stylistycznej formuły czarodziejów z tym, czego na poprzednich albumach dokonali, ale nie ma mowy bym wkrótce nie rozpoczął rajdu przez ich przeszłość – tego pewny jestem, chociaż obawy mam, że entuzjazm mój nieco zgaszony być może. ;) Niby nic nie napiszę o przeszłości, ale wciąż zachodzę w głowę, dlaczegóż do tej pory nie wkręcił mnie ten psychodeliczny wyziew na retro przebojowych resorach, tak jak wkręcił po kilku zaledwie odsłuchach Wizard Bloody Wizard. Najważniejsze jednak, że przełom nastąpił i w monolitycznej grze wyspiarzy zagustowałem, pozwoliłem uwędzić się w tym dość jednostajnej lecz paradoksalnie zaskakująco ciekawie zaaranżowanym słodko-gorzkim aromacie - w tym bulgocącym basowym brzmieniem sosie zasmakowałem i oblizuję się przy każdym kolejnym odsłuchu z rozkoszą. Okrutnie jara mnie dzisiaj ten album jawnie nawiązujący rzecz jasna zarówno muzycznie jak i samym tytułem do najlepszego okresu królów z Birmingham i nie mam jakichkolwiek zarzutów czy nawet ociupinkę złośliwych uwag. Instrumenty rzężą tak jak rzęzić powinny, by drażnić i hipnotyzować jednocześnie, piece zostają rozgrzane do czerwoności, a zaflegmione brzmienie wprowadza w trans podkręcany czymś, co można nazwać z satysfakcją anty śpiewem właściwie sprofilowanym. Krążek ten to zasadniczo rzecz wtórna ale cholernie esencjonalna, organiczna, żywa, prawdziwa! Napięcie rośnie i kieruje z wolna do punktów kulminacyjnych, prostymi zdaje się środkami, lecz absolutnie nie topornymi metodami. Ta muza wrze, buzuje, ducha posiada i to się cholera głęboko w trzewiach czuje! Szczególnie, gdy wybrzmiewają kapitalnie rozwijające się riffy z epickiego zakończenia. To jest przedziwny odjazd, piękne orbitowanie bez chemicznych wspomagaczy! Nie chcę stamtąd powracać, nie mam ochoty na lądowanie.

P.S. I jeszcze ta koperta, ta oprawa graficzna - o jesu! Cudo to takie przecudne!

Drukuj