Z Monster Magnet mam
tak, że zarówno ta ich zawadiacka rock'n'rollowa twarz z "panucrskim"
bruzadami leży mi znakomicie, jak i psychodeliczne tripy w wykonaniu ekipy
niezniszczalnego Dave'a Wyndorfa łykam jak to się barwnie określa "jak pelikan". :) Tak się też w ostatnich tygodniach złożyło, że z podwójnej inspiracji tzn.
nowym ich krążkiem oraz kapitalnym dokumentem Jarmuscha o The Stooges
zasłuchuję się tym pierwszym obliczem Monster Magnet, sięgając też źródeł tego
rodzaju rockowego grania. Lecą zatem takie często już zapominane tuzy jak
MC5, Steppenwolf, Blue Cheer czy wreszcie The Stooges - z którym poprzez
zbieżność oblicz Wyndorfa i Iggy Popa skojarzenia ich postaci miałem od zawsze.
Jeden motherfucker wart drugiego, a oni sami w samym czubie listy największych
rockowych zakapiorów. Gości, którzy na szacunek przez lata konsekwentnej
pracy u podstaw zasługują i jak nikt inny obok Lemmy'ego stanowią elitę ikon
sceny. Tym sposobem, poprzez osobę Kilmistera sprytnie przejdę do
Dopes to Infinity, bo to akurat album, który jednoznaczne skojarzenia
budzi z macierzystą formacją żywej reklamy złocistego trunku. Hawkwind się
kłania, gdy korzeni krążka z 1995 roku poszukiwać - w odpowiednich proporcjach
zmieszany z doskonałym upalonym hard rockiem spod znaku Black Sabbath. Tak
sobie ówczesny skład Monster Magnet wykombinował, że w tej niszy się
zainstalują i dzięki klasycznym riffom i odjechanej kosmicznej aurze
zaszczepią latom dziewięćdziesiątym jeszcze więcej finezji. Nie był to
jednak żaden ryzykowny eksperyment, tylko naturalny rozwój, a czas i okres
akurat sprzyjał sięganiu po inspiracje z lat siedemdziesiątych. Tyle tylko, że
zamysł to jedno, a możliwości to drugie - nierzadko się przecież zdarzało, że
zespoły miały pomysł, ale brakowało tego zasadniczego argumentu, którym
umiejętności aranżerskie. Zamiast spójnego, płynnego grania powstawały
niejednokrotnie toporne potworki bez ładu i składu i wreszcie własnej
tożsamości. Bo jakby nie doszukiwać się w muzyce Monster Magnet wyraźnych
wpływów sprzed lat, to jednak na przestrzeni niemal już trzech dekad,
konsekwentnie wypracowali charakterystyczny i tylko im właściwy styl. Na
fundamencie zbudowanym przez legendy sami stali się legendą, która nigdy nie
zawodzi i zawsze gwarantuje najwyższą jakość, bez muzycznych mielizn i
wizerunkowego pajacowania. Nie znajduję ich na żadnej z płyt Amerykanów, a już
na pewno nie ma obaw, że ukrywają się na Dope to Infinity - albumie, który
współcześnie mam nadzieję, że nie ślepo spostrzegam jako rzecz bez wad. Krążku
monolicie, gdzie tuzin numerów, zamkniętych w ponad godzinie, bez najmniejszego
problemu utrzymuje moją uwagę już od lat i nie mam obaw, że nagle straci tą
magiczną moc w moich oczach. Wstęp w tym powyższym nieodkrywczym laniu
wody był, rozwinięcie się pojawiło, klamra spinająca wątki także w tekście
swoje uzasadnione miejsce odnalazła i teraz na zakończenie brakuje tylko
puenty, której akurat nie będzie, bo jak się przy nocnym pisaniu o rock'n'rollu
browarami napędza, to przychodzi ten moment, kiedy miast on zmysły wyostrzać,
to on je znacząco stępia. :) The End! Chociaż muszę jeszcze z obowiązku
zachowania logiki wypowiedzi dodać, że o Dopes to Infinity refleksja powstała,
bo się obecnie na tej płycie znacząco zawiesiłem, gdyż nieco tym siarczyście
rockowym obliczem z Mindfucker chwilowo przejadłem i dla równowagi trzeba było
tłustą dietę jakimiś witaminkami urozmaicić.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monster Magnet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monster Magnet. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 czerwca 2018
sobota, 21 kwietnia 2018
Monster Magnet - Mindfucker (2018)
Przed kilkoma laty miał
być to już "ostatni patrol", w który załoga kierowana przez niezniszczalnego Dave’a
Wyndorfa wyruszyć postanowiła. Jednak nie gniewam się, nie jestem zły na fakt, że ci
wiekowi już muzycy nie odstawili instrumentów i nie zeszli ze sceny w formie
ukoronowującej ich kapitalną rockową karierę. Nie mam pretensji, że Mindfucker
został nagrany i krążek sprzed pięciu lat nie zamknął dyskografii Amerykanów.
Szczególnie, że ten Mindfucker jest w swej istocie odmienny od poprzednika, którego niemal całą przestrzeń wypełniały psychodeliczna aura i ten charakterystyczny dla Monster Magnet rodzaj hipnotyzującej
transowości. Tym razem żywioł Monster Magnet
sięga po wzorce czysto rock’n’rollowe, doskonały rocker goni kolejne doskonałe
rockery i tylko fragmentami zwalniają, by wprowadzić do energetycznej formy
odrobinę narkotycznego kwasu (Drowning przykładowo). Album jest zwarty,
cholernie spójny, a określa go pokrótce nieco przyczajona, jednak głównie pobudzająca wzrost natężenia dźwięków gra perkusji, atakująca
intensyfikacją siła głosu Dave’a, jego specyficzna nakręcająca żywioł intonacja
wokalna. Rozimprowizowana, euforyczna gitarowa swawola z prostą, lecz bynajmniej
nie toporną perkusyjną kanonadą. Uzależniający magnetyzm w tej hipnotyzującej żonglerce eskalacją dźwięków, luz, polot i tessstosssterrrrrron! Tym razem, w sumie klasyczny
bezpretensjonalny garażowy rock z podskórnie tylko wyczuwalnym psychodelicznym
tripem.
czwartek, 27 lipca 2017
Monster Magnet - Monolithic Baby! (2004)
He he he, jak widzę Dave’a Wyndorfa to
zawsze rubaszny śmiech mnie dopada i nie idzie tutaj o jego zabawny charakter,
fizyczność czy inną radosną pospolitą przywarę. Powodem takiej reakcji jest
fakt, iż jakby ten gość nie jechał po bandzie w życiu osobistym, a przez to
mniej lub bardziej odbijały się te incydenty na funkcjonowaniu kapeli, to jakimś
cudem nie ma mowy, aby wartość muzyczna albumów wydawanych przez Monster Magnet
cierpiała. No jasne, czasem jest genialnie, innym razem bardzo dobrze, lecz
poniżej wartości zdecydowanie plusowych goście nie schodzą. Ta kapela, bowiem
to zaraz po nieśmiertelnych Stonesach i legendarnym Motörhead synonim
długowieczności (chociaż staż nieporównywalnie mniejszy ale za to liczba
zakrętów życiowych podobna), a jego frontman mógłby śmiało być nieznanym ojcu
synem Lemmy’ego, spłodzonym podczas jednej z pewnie tysięcy pokoncertowych
imprez. Sukinsyny (mają/mieli or ma/miał) w sobie to coś, ten ciąg na bramkę,
bez oglądania się za siebie, ze wzrokiem osadzonym tu i teraz, czyli absolutnie
żadnego planowania na zaś, perspektywicznego myślenia, zamartwiania i
fiksowania się na rzeczach, które w rzeczy samej tylko czystą radość z życia
zabierają. Dave nawalony/naćpany, przed odwykiem, po odwyku czy w stanach
zawieszenia, albo gdzieś pomiędzy tymi fazami ma wypisaną na wiecznie
zadowolonej sarkastycznej mordzie sentencją „łap życie”, bo masz je sukinkocie
kurwa tylko jedno. Może dlatego jestem zafascynowany takimi postaciami, gdyż
prywatnie zbyt często mam trudności ze złapaniem dystansu, gdy życie zawodowe
wymaga dla zdrowia psychicznego zbyt częstego patrzenia przez palce,
ustawicznego poczucia humoru, które jako jedyne może uchronić od totalnej
fiksacji, tudzież w sytuacjach ekstremalnych po prostu nerwicy z dołem
konkretnym. Wiem też, bo świadomość moja nie zakłada istnienia w ludziach
jednowymiarowości, że ten obraz Wyndorfa to tylko jedna z jego twarzy, a poza
nią wiele pewnie innych które z oczywistych względów mi nieznane. Zwyczajnie
ludzie z natury są wielowątkowi i wieloznaczni, problem tylko w tym, aby ta
chujowa strona osobowości nie zdominowała tej szlachetnie optymistycznej i nie
spieprzyła życia nosicielowi i prawidłowego funkcjonowania osób z jego
najbliższego otoczenia. To przekonanie mam we łbie w każdej dosłownie sytuacji
i z mniejszą lub większa skutecznością staram się realizować jego założenia.
Zapewne też muzyka jaką tworzy Wyndorf pomaga - jej swoiste terapeutyczne oddziaływanie
dba o zachowanie mentalnej młodości, tego bezstresowego osiągania stanów
radosnych i hedonistycznej przyjemności płynącej z luzackiej rezerwy i braku
spiny o rzeczy nieistotne – chroniąc przed zgorzknieniem i frustracją, które
szczególnie obecnie wokół siebie, w ludziach zmęczonych na każdym kroku
dostrzegam w ilościach dramatycznie dużych. Piszę o tym w tym miejscu, bo
akurat Monolithic Baby! w wymiarze mentalnym i artystycznym zdaje się być
najbardziej beztroskim materiałem, jaki został nagrany pod szyldem MM. Nie
odnajduje na nim ciężkiej psychodelii i kosmicznego tripu charakterystycznego
dla większości ich płyt, a nawet jeśli już one są to w ilościach śladowych,
bardziej w miejscu tła niźli na froncie. Album zbudowany jest z czystego spontanu,
prawdziwego bezpretensjonalnego rock’n’rolla – z potrzeby dobrej zabawy i
sybaryckiej przyjemności. Tak on na mnie oddziałuje i za każdym razem, gdy
numery w rodzaju Slut Machine, Supercruel, Unbroken (Hotel Baby), Radiation
Day, Monolithic, Master of Light czy Ultimate Everything wpływają rwącym
strumieniem do moich małżowin, odczuwam przypływ pozytywnej energii i myśli
refleksyjnych skierowanych w tą lepszą stronę życia. Bo Monolithic Baby! to dar
dla wyczerpanej często baterii, niczym prostownik doładowujący zdechły
akumulator by na nowo ożywić mechanizm i wprawić go w ruch. Dać kopa na rozpęd,
ale i jak wschodnia medytacja oczyścić ze złych emocji, wylać do ścieków gorycz
i zawiść, na gębę wkleić uśmiech, a w oczach umieścić błysk! Monolitic Baby! to
optymalnie skuteczny dopalacz pozbawiony zakazanych komponentów i skutków
ubocznych, a przez to dozwolony prawnie i mogący bez zabójczych konsekwencji
fizjologicznych być w organizm wtłaczany bez jakichkolwiek ograniczeń.
poniedziałek, 24 października 2016
Monster Magnet - Mastermind (2010)
Mastermind to nie jest szczytowe, tym bardziej też najniższych lotów osiągniecie ekipy nieobliczalnego Dave'a Wyndorfa. To bardzo mocny środek, dowód na stabilizację i stagnację jednocześnie. Stabilizacja zaskakuje, bo przecież ostatnimi czasy (tj. przed 4-Way Diablo w szczególności) dobrze to w obozie Amerykanów się nie działo. Ponownie decydującą rolę odgrywały perypetie frontmana z narkotykami, dysfunkcjonalność o zasięgu ponad osobistym i konieczne po fazie zjazdu specjalistyczne kuracje. Lepszy jednak ten przysłowiowy wróbel w garści niż marzenie o gołębiu, który całkowicie poza zasięgiem. Cieszy zatem ta stagnacja i obecność Monster Magnet zarówno w wydaniu studyjnym jak i koncertowym. Trzeba się pogodzić z faktem, że kontrakty z majorsami, albumy multi platynowe to już dawno wybrzmiały śpiew historii i teraz z konieczności należy się zadowolić produktem okrzepłym i statusem priorytetu, jednak pośród mniejszych rybek w ograniczonym możliwościami stawie. Materiał jaki konstruuje Mastermind, nie jest żadnym przełomem, on zawiera esencjonalny przekrój dotychczasowych kompozycyjnych osiągnięć formacji. Odnajduję tutaj ten charakterystyczny łupany na raz drive, mocny i posępny riff z okolic Black Sabbath. Uśmiechnięty i z przekąsem bezpretensjonalny rock'n'roll, spalony ziołem psychodeliczny trip oraz oparty na dwóch, góra trzech dźwiękach klawiszy kosmiczny lot - słowem jest refleksyjnie i bezczelnie, czyli tak jak być powinno. Trudno jednoznacznie orzec, co napędziło taki efekt finalny. Czy zimna kalkulacja, analiza i synteza, a może bezpośredni strumień podświadomości spisany podczas używkami sterowanych sesji? Ewentualnie w grę wchodzi wytłumaczenie banalnie idealizujące sztukę Monster Magnet, czyli że to co grają mają naturalnie we krwi i nie musieli się spinać, czy ryzykownie natchnienia poszukiwać by przyzwoite kompozycje skutecznie skroić. Co by ich nie inspirowało przyniosło wiarygodny i przekonujący stuff oddający miejsce w którym się znajdują i ducha jaki w ich muzyce zawarty. Te dwanaście hymnów ani radykalnie nie przewartościuje ich pozycji ani też tym bardziej tych zasłużonych rockmanów do grobu nie złoży. I git!
P.S. Pisane A.D. or A.S. 2016 z pozycji roku 2010-ego.
wtorek, 3 listopada 2015
Monster Magnet - Powertrip (1998)
Kiedy zespół jest na szczycie trudno jednoznacznie orzec, szczególnie gdy w pędzie zdobycznym w swoim przekonaniu wciąż na kolejne
poziomy się wznosi. Dopiero z perspektywy czasu zaczyna być wyraźnie widać, kiedy pułap najwyższy został osiągnięty i kiedy to powolne schodzenie ze
szczytu następuje. Alpinistą nie jestem i tylko z wiedzy potocznej, teorii bez
praktyki wiem, że powrót z góry jest trudniejszy niż na nią droga. Jedni lecą
na łeb na szyję w niekontrolowanym chaosie triumfu inni rozważnie z uwagą
kontrolują kroki. Tym rozsądnym tempem zdawał się Monster Magnet po sukcesie
Powertrip z piedestału schodzić i chociaż uzależnienia lidera nie sprzyjały
takiej strategii, to i tak udało im się
zejść bez większych urazów. Sukces któremu na imię Powertrip był podwójny, bo
oto artystycznie poziom zachowali (tak twierdziłem ówcześnie i tak dziś nadal
uważam) oraz rzecz jasna komercyjny biorąc pod uwagę intensywność pojawiania
się ich teledysków w muzycznych telewizjach. Były to czasy kiedy muzyczne
kanały kablowe z równym zaangażowaniem promowały popowe numery jak i od dobrego
rocka nie stroniły. Stanowiły więc probierz nie tylko popularności ale także i
dobrego smaku. Dziś taka sytuacja pewnie nie do wyobrażenia, zmieniły się
gusta, drogi dystrybucji, środki promocji, tak po prawdzie niemal wszystko
uległo transformacji. W tym nowym świecie, po wielu zawirowaniach,
perturbacjach natury pozamuzycznej odnalazł się szczęśliwie Monster Magnet i
nadal nagrywa kapitalne albumy z tym, że ich odbiorców mniej ale i oni bardziej
świadomi. Po roku 1998 zmieniając odrobinę w proporcjach pomiędzy segmentami
ich muzykę tworzącymi, rezygnując z kwaśnej psychodelii na rzecz odjechanego
rock'n'rolla i nabierając oddechu mniej zapachem zioła zainfekowanego, weszli na
poziom na którym z największymi gwiazdami rocka i metalu wspólnie na
stadionowych imprezach grali. Nazwa w środowisku była rozpoznawalna, a przeboje
w rodzaju Space Lord, Crop Circle, 19 Witches, See You in Hell, Tractor czy
numeru tytułowego rozgrzewały licznych fanów rockowego mielenia. To kawał
kapitalnej muzy, album który w kanon rocka najwyższego sortu się wpisał i na ten zaszczyt
niewątpliwie zasłużył bez względu na to, iż jednoznacznie trudno okrzyknąć go
najlepszym dokonaniem formacji.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Monster Magnet - Last Patrol (2013)
Liczę, że to jednak nie ostatni patrol tej zasłużonej załogi i w przyszłości jeszcze szanse będę miał, by w nowych kawałkach szalonego Dave'a wycie usłyszeć. To tytułem wstępu i nadziei jaką w sercu noszę odnośnie długowieczności Monster Magnet. A co nam Panowie tym razem na bazie kwasu i rocka upichcili, natychmiast śpieszę donieść! Ano w wielkim skrócie można by rzec typowy zestaw smaków, raz odjechanych, z bogatym akompaniamentem transowych odjazdów, tak długo rozwijanych by wszelki potencjał prostych motywów wykorzystać - doprawiony bogatymi gitarowymi aranżacjami w solóweczkowych formach. Innym razem zaś, jak w przypadku Mindless One czy Hallelujah, toporne bicia perkusji stanowią fantastyczny podkład do fantazyjnych orbitujących wokół zapętlonej gry Boba Pantelli, ekspresyjnych wokaliz i gitarowego zgiełku w finale. Jednak najbardziej ekstraktywną częścią najnowszej produkcji legendy są numery opierające się na kilku zaledwie skromnych akordac idealnie wręcz wypełniających przestrzeń wraz z mruczącym głosem Wyndorfa - Paradise, The Duke (of Supernature), czy zamykający wersję podstawową albumu Stay Tuned. W całościowym obliczu moim zdaniem daje to kawał kapitalnej muzy, garściami czerpiącej z początkowego etapu działalności formacji i mam tu bardziej na myśli ducha narkotycznej podróży, niż bezpośrednich zapędów w kierunku zwykłego, bezrefleksyjnego kopiowania. Ja nie jestem zwolennikiem tych często niezrozumiałych dla mnie kwaśnych odlotów, a Last Patrol wkręcił mnie w swą atmosferę bardzo intensywnie. Zatem jeżeli taka jego skuteczność, pomiędzy nutami powykręcanymi w pewnego rodzaju odlocie wplątane zostały klasyczne zagrywki znane i firmowane przez Monster Magnet już od Dopes to Infinity, a z takim rozmachem przy okazji Powertrip charakterem przebojowych aranżacji wprowadzających ekipę Wyndorfa do mainstreamu. Jest w tym krążku pewna trudno definiowalna aura jakiej pomimo doskonałych kompozycji brakowało na Mastermind. Nie podnosząc jednako ręki na album sprzed trzech lat, bo to zwyczajnie równie mocna pozycja w dyskografii Magnet była. Jednocześnie poprzez ten tajemniczy pierwiastek zawarty w ostatnim patrolu wyższość jednak krążka który tematem moich dzisiejszych przemyśleń ogłaszam. Do teraz jeszcze nie zidentyfikowałem składnika różnicę czyniącego - czyżby to kwestia alchemii była?
sobota, 2 listopada 2013
Monster Magnet - God Says No (2000)
Czas jakiś po swej premierze God Says No pracował wytrwale na status wyjątkowy, bowiem przerabiając bogatą
dyskografię ekipy Dave’a Wyndorfa przede wszystkim ultra przebojowy Powertrip
uwagę moją najskuteczniej przykuwał. Jednakowoż jego następca w obwodzie nieco
gdzieś funkcjonując, swoim specyficznym charakterem finalnie miana albumu wybitnego się doczekał.
Wiem oczywiście, że teza ta w obozie fanów Monster Magnet trochę niepopularna,
bo tu w radykalnych przekonaniach albumy o sporym stężeniu kwasu co
psychodeliczne odjazdy poczynić potrafią na pudle stoją. God Says No tą jaskrawą
hipnotyzującą aurą w znikomym stopniu nasycony
– on na bardziej klasycznym rocku skupiony. Dzięki czemu dostałem ja taki
materiał co wkręca, by rytmicznie po tym zabiegu nóżką potupać i efektownie bioderkami pokręcić, niżby odlot zaliczając w obłędzie się pogrążać. Kapitalny
klimat z mnóstwem efektów tło dla oryginalnych bujających rytmów tworzy.
Pozwala mi rozkoszować się dźwiękami co jednocześnie zastrzyk życiodajnego
energetycznego paliwa dostarczają jak i w niemal uspokajająco-rozluźniającym
łożu dają możliwość się umościć. W szczegółach odrobinę spojrzenie – dwa
kawałki tutaj na czoło stawki się wysuwają, otwierając i prawie zamykając
krążek. Melt i Cry, bowiem swoją pełną
dramaturgii konstrukcją potwierdzają wyborne umiejętności kompozytorskie ekipy
Monster Magnet. Natomiast pozostałe numery wyśmienicie w przestrzeń dźwiękową
wtłaczają ciekawe nietuzinkowe rozwiązania, jednowymiarowe rytmicznie, frapująco-mamiące rytmy, czy retro klawiszowe smaczki. Wszystko w precyzyjnych
proporcjach, skrupulatnie odmierzone i podane w jakości Q. Co ja więcej tu mam
się jeszcze produkować, kiedy ten archetyp rockmana z pełnym autentycznej pasji
zaangażowaniem z trzewi wyrywa donośne manifesty! Drę zatem wespół z Dave'm ryja (tak w środku Mariusza bo by mi tych popisów sąsiedzi nie wybaczyli) i taniec szamański zawzięcie uskuteczniam. Uwielbiam ich i jak się kiedyś smażyć w piekle to wyłącznie w
takim towarzystwie!
wtorek, 18 czerwca 2013
Monster Magnet - 4-Way Diablo (2007)
Nie śledzę namiętnie prywatnego
życia Dave’a Wyndorfa, jednak od napływu z wielu źródeł informacji się nie
izoluje, stąd słyszę czy czytam tu i ówdzie wciąż o pewnym “obiegu zamkniętym” w
jakim ten zasłużony rockmana archetyp funkcjonuje. Mam tu na myśli oczywiście
cykl ograniczający się do picia, ćpania, odwyku i od czasu do czasu zebrania
kumpli lub precyzyjniej ujmując do niezwykle cierpliwych i wyrozumiałych kompanów powrotu, przygotowaniu nowego
materiału kapeli, nagraniu go i wydaniu. I co najciekawsze pomimo powyższego lidera grupy w zajęcia kontrowersyjne silnego zaangażowania w przekonaniu moim
Monster Magnet przez lata działalności uniknął rozczarowania nagrywanymi produkcjami. Bowiem w przeciągu ponad dwudziestoletniej kariery nigdy słabego
krążka nie wydali, więcej, zawsze w jakiś sposób muzycznie fanów zaskakiwali,
jednak produkt to zawsze przedniej wartości był. Jednoznacznie z szyldem
formacji identyfikowany, zawierający najważniejsze pierwiastki
charakterystycznego stylu MM. I taką w przypadku 4-way Diablo sytuacje mamy,
kiedy to album pod dużym znakiem zapytania powstawał, finalnie przyniósł muzykę
jak zawsze oryginalną o charakterystycznym dla Monster Magnet sznycie.
Kompozycje w których na typowym rockowym fundamencie dzięki konkretnej sztuce
aranżacyjnej, niezwykłej kreatywności i wyczuciu smaku fantastyczne skrzące się
ogromną witalnością, niebanalną przebojowością perełki powstały. Muzyka to
zarówno w zachwyt wprowadzająca psychodelicznymi odjazdami, głęboko w oparach
dymu słodkiego unurzanymi, napięciem podskórnym z gracją budowanym jak i
jednocześnie bezkompromisową prostotą chwytliwego rock’n’rolla przepełniona.
Pełna wysmakowanej wysokogatunkowej finezji, instrumentalnej biegłości w ramy
kompozycyjne zaprzęgniętej. I sporym nietaktem byłoby pominięcie kluczowej w
tej całej mozaice roli labilnego Dave’a, gdyż klasowe linie wokalne, maniera i
prezencja o niemal szamana niejako walorach dodaje całości posmaku
intrygująco-zniewalającego. Słucham tego materiału już od lat z niesłabnącym
zachwytem, daje się ponieść odjechanej konwencji, zniewolić tkwiącej w niej
magii. Wszystko się tu absolutnie zgadza, wszelkie składniki idealnie dobrane
tworzą perfekcyjną, wysublimowaną konstrukcje pozwalająca na przeżycie w
rockowej niszy prawdziwej dźwiękowej uczty. Nigdy nie rozczarowali i przekonany
jestem, że takiego przykrego doświadczenia w przyszłości mi oszczędzą!
P.S. I ta oprawa graficzna – absolut!
P.S. I ta oprawa graficzna – absolut!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







