Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monster Magnet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monster Magnet. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2018

Monster Magnet - Dopes To Infinity (1995)




Z Monster Magnet mam tak, że zarówno ta ich zawadiacka rock'n'rollowa twarz z "panucrskim" bruzadami leży mi znakomicie, jak i psychodeliczne tripy w wykonaniu ekipy niezniszczalnego Dave'a Wyndorfa łykam jak to się barwnie określa "jak pelikan". :) Tak się też w ostatnich tygodniach złożyło, że z podwójnej inspiracji tzn. nowym ich krążkiem oraz kapitalnym dokumentem Jarmuscha o The Stooges zasłuchuję się tym pierwszym obliczem Monster Magnet, sięgając też źródeł tego rodzaju rockowego grania. Lecą zatem takie często już zapominane tuzy jak MC5, Steppenwolf, Blue Cheer czy wreszcie The Stooges - z którym poprzez zbieżność oblicz Wyndorfa i Iggy Popa skojarzenia ich postaci miałem od zawsze. Jeden motherfucker wart drugiego, a oni sami w samym czubie listy największych rockowych zakapiorów. Gości, którzy na szacunek przez lata konsekwentnej pracy u podstaw zasługują i jak nikt inny obok Lemmy'ego stanowią elitę ikon sceny. Tym sposobem, poprzez osobę Kilmistera sprytnie przejdę do Dopes to Infinity, bo to akurat album, który jednoznaczne skojarzenia budzi z macierzystą formacją żywej reklamy złocistego trunku. Hawkwind się kłania, gdy korzeni krążka z 1995 roku poszukiwać - w odpowiednich proporcjach zmieszany z doskonałym upalonym hard rockiem spod znaku Black Sabbath. Tak sobie ówczesny skład Monster Magnet wykombinował, że w tej  niszy się zainstalują i dzięki klasycznym riffom i odjechanej kosmicznej aurze zaszczepią latom dziewięćdziesiątym jeszcze więcej finezji. Nie był to jednak żaden ryzykowny eksperyment, tylko naturalny rozwój, a czas i okres akurat sprzyjał sięganiu po inspiracje z lat siedemdziesiątych. Tyle tylko, że zamysł to jedno, a możliwości to drugie - nierzadko się przecież zdarzało, że zespoły miały pomysł, ale brakowało tego zasadniczego argumentu, którym umiejętności aranżerskie. Zamiast spójnego, płynnego grania powstawały niejednokrotnie toporne potworki bez ładu i składu i wreszcie własnej tożsamości. Bo jakby nie doszukiwać się w muzyce Monster Magnet wyraźnych wpływów sprzed lat, to jednak na przestrzeni niemal już trzech dekad, konsekwentnie wypracowali charakterystyczny i tylko im właściwy styl. Na fundamencie zbudowanym przez legendy sami stali się legendą, która nigdy nie zawodzi i zawsze gwarantuje najwyższą jakość, bez muzycznych mielizn i wizerunkowego pajacowania. Nie znajduję ich na żadnej z płyt Amerykanów, a już na pewno nie ma obaw, że ukrywają się na Dope to Infinity - albumie, który współcześnie mam nadzieję, że nie ślepo spostrzegam jako rzecz bez wad. Krążku monolicie, gdzie tuzin numerów, zamkniętych w ponad godzinie, bez najmniejszego problemu utrzymuje moją uwagę już od lat i nie mam obaw, że nagle straci tą magiczną moc w moich oczach. Wstęp w tym powyższym nieodkrywczym laniu wody był, rozwinięcie się pojawiło, klamra spinająca wątki także w tekście swoje uzasadnione miejsce odnalazła i teraz na zakończenie brakuje tylko puenty, której akurat nie będzie, bo jak się przy nocnym pisaniu o rock'n'rollu browarami napędza, to przychodzi ten moment, kiedy miast on zmysły wyostrzać, to on je znacząco stępia. :) The End! Chociaż muszę jeszcze z obowiązku zachowania logiki wypowiedzi dodać, że o Dopes to Infinity refleksja powstała, bo się obecnie na tej płycie znacząco zawiesiłem, gdyż nieco tym siarczyście rockowym obliczem z Mindfucker chwilowo przejadłem i dla równowagi trzeba było tłustą dietę jakimiś witaminkami urozmaicić.

sobota, 21 kwietnia 2018

Monster Magnet - Mindfucker (2018)




Przed kilkoma laty miał być to już "ostatni patrol", w który załoga kierowana przez niezniszczalnego Dave’a Wyndorfa wyruszyć postanowiła. Jednak nie gniewam się, nie jestem zły na fakt, że ci wiekowi już muzycy nie odstawili instrumentów i nie zeszli ze sceny w formie ukoronowującej ich kapitalną rockową karierę. Nie mam pretensji, że Mindfucker został nagrany i krążek sprzed pięciu lat nie zamknął dyskografii Amerykanów. Szczególnie, że ten Mindfucker jest w swej istocie odmienny od poprzednika, którego niemal całą przestrzeń wypełniały psychodeliczna aura i ten charakterystyczny dla Monster Magnet rodzaj hipnotyzującej transowości. Tym razem żywioł Monster Magnet sięga po wzorce czysto rock’n’rollowe, doskonały rocker goni kolejne doskonałe rockery i tylko fragmentami zwalniają, by wprowadzić do energetycznej formy odrobinę narkotycznego kwasu (Drowning przykładowo). Album jest zwarty, cholernie spójny, a określa go pokrótce nieco przyczajona, jednak głównie pobudzająca wzrost natężenia dźwięków gra perkusji, atakująca intensyfikacją siła głosu Dave’a, jego specyficzna nakręcająca żywioł intonacja wokalna. Rozimprowizowana, euforyczna gitarowa swawola z prostą, lecz bynajmniej nie toporną perkusyjną kanonadą. Uzależniający magnetyzm w tej hipnotyzującej żonglerce eskalacją dźwięków, luz, polot i tessstosssterrrrrron! Tym razem, w sumie klasyczny bezpretensjonalny garażowy rock z podskórnie tylko wyczuwalnym psychodelicznym tripem.

czwartek, 27 lipca 2017

Monster Magnet - Monolithic Baby! (2004)




He he he, jak widzę Dave’a Wyndorfa to zawsze rubaszny śmiech mnie dopada i nie idzie tutaj o jego zabawny charakter, fizyczność czy inną radosną pospolitą przywarę. Powodem takiej reakcji jest fakt, iż jakby ten gość nie jechał po bandzie w życiu osobistym, a przez to mniej lub bardziej odbijały się te incydenty na funkcjonowaniu kapeli, to jakimś cudem nie ma mowy, aby wartość muzyczna albumów wydawanych przez Monster Magnet cierpiała. No jasne, czasem jest genialnie, innym razem bardzo dobrze, lecz poniżej wartości zdecydowanie plusowych goście nie schodzą. Ta kapela, bowiem to zaraz po nieśmiertelnych Stonesach i legendarnym Motörhead synonim długowieczności (chociaż staż nieporównywalnie mniejszy ale za to liczba zakrętów życiowych podobna), a jego frontman mógłby śmiało być nieznanym ojcu synem Lemmy’ego, spłodzonym podczas jednej z pewnie tysięcy pokoncertowych imprez. Sukinsyny (mają/mieli or ma/miał) w sobie to coś, ten ciąg na bramkę, bez oglądania się za siebie, ze wzrokiem osadzonym tu i teraz, czyli absolutnie żadnego planowania na zaś, perspektywicznego myślenia, zamartwiania i fiksowania się na rzeczach, które w rzeczy samej tylko czystą radość z życia zabierają. Dave nawalony/naćpany, przed odwykiem, po odwyku czy w stanach zawieszenia, albo gdzieś pomiędzy tymi fazami ma wypisaną na wiecznie zadowolonej sarkastycznej mordzie sentencją „łap życie”, bo masz je sukinkocie kurwa tylko jedno. Może dlatego jestem zafascynowany takimi postaciami, gdyż prywatnie zbyt często mam trudności ze złapaniem dystansu, gdy życie zawodowe wymaga dla zdrowia psychicznego zbyt częstego patrzenia przez palce, ustawicznego poczucia humoru, które jako jedyne może uchronić od totalnej fiksacji, tudzież w sytuacjach ekstremalnych po prostu nerwicy z dołem konkretnym. Wiem też, bo świadomość moja nie zakłada istnienia w ludziach jednowymiarowości, że ten obraz Wyndorfa to tylko jedna z jego twarzy, a poza nią wiele pewnie innych które z oczywistych względów mi nieznane. Zwyczajnie ludzie z natury są wielowątkowi i wieloznaczni, problem tylko w tym, aby ta chujowa strona osobowości nie zdominowała tej szlachetnie optymistycznej i nie spieprzyła życia nosicielowi i prawidłowego funkcjonowania osób z jego najbliższego otoczenia. To przekonanie mam we łbie w każdej dosłownie sytuacji i z mniejszą lub większa skutecznością staram się realizować jego założenia. Zapewne też muzyka jaką tworzy Wyndorf pomaga - jej swoiste terapeutyczne oddziaływanie dba o zachowanie mentalnej młodości, tego bezstresowego osiągania stanów radosnych i hedonistycznej przyjemności płynącej z luzackiej rezerwy i braku spiny o rzeczy nieistotne – chroniąc przed zgorzknieniem i frustracją, które szczególnie obecnie wokół siebie, w ludziach zmęczonych na każdym kroku dostrzegam w ilościach dramatycznie dużych. Piszę o tym w tym miejscu, bo akurat Monolithic Baby! w wymiarze mentalnym i artystycznym zdaje się być najbardziej beztroskim materiałem, jaki został nagrany pod szyldem MM. Nie odnajduje na nim ciężkiej psychodelii i kosmicznego tripu charakterystycznego dla większości ich płyt, a nawet jeśli już one są to w ilościach śladowych, bardziej w miejscu tła niźli na froncie. Album zbudowany jest z czystego spontanu, prawdziwego bezpretensjonalnego rock’n’rolla – z potrzeby dobrej zabawy i sybaryckiej przyjemności. Tak on na mnie oddziałuje i za każdym razem, gdy numery w rodzaju Slut Machine, Supercruel, Unbroken (Hotel Baby), Radiation Day, Monolithic, Master of Light czy Ultimate Everything wpływają rwącym strumieniem do moich małżowin, odczuwam przypływ pozytywnej energii i myśli refleksyjnych skierowanych w tą lepszą stronę życia. Bo Monolithic Baby! to dar dla wyczerpanej często baterii, niczym prostownik doładowujący zdechły akumulator by na nowo ożywić mechanizm i wprawić go w ruch. Dać kopa na rozpęd, ale i jak wschodnia medytacja oczyścić ze złych emocji, wylać do ścieków gorycz i zawiść, na gębę wkleić uśmiech, a w oczach umieścić błysk! Monolitic Baby! to optymalnie skuteczny dopalacz pozbawiony zakazanych komponentów i skutków ubocznych, a przez to dozwolony prawnie i mogący bez zabójczych konsekwencji fizjologicznych być w organizm wtłaczany bez jakichkolwiek ograniczeń. 

poniedziałek, 24 października 2016

Monster Magnet - Mastermind (2010)




Mastermind to nie jest szczytowe, tym bardziej też najniższych lotów osiągniecie ekipy nieobliczalnego Dave'a Wyndorfa. To bardzo mocny środek, dowód na stabilizację i stagnację jednocześnie. Stabilizacja zaskakuje, bo przecież ostatnimi czasy (tj. przed 4-Way Diablo w szczególności) dobrze to w obozie Amerykanów się nie działo. Ponownie decydującą rolę odgrywały perypetie frontmana z narkotykami, dysfunkcjonalność o zasięgu ponad osobistym i konieczne po fazie zjazdu specjalistyczne kuracje. Lepszy jednak ten przysłowiowy wróbel w garści niż marzenie o gołębiu, który całkowicie poza zasięgiem. Cieszy zatem ta stagnacja i obecność Monster Magnet zarówno w wydaniu studyjnym jak i koncertowym. Trzeba się pogodzić z faktem, że kontrakty z majorsami, albumy multi platynowe to już dawno wybrzmiały śpiew historii i teraz z konieczności należy się zadowolić produktem okrzepłym i statusem priorytetu, jednak pośród mniejszych rybek w ograniczonym możliwościami stawie. Materiał jaki konstruuje Mastermind, nie jest żadnym przełomem, on zawiera esencjonalny przekrój dotychczasowych kompozycyjnych osiągnięć formacji. Odnajduję tutaj ten charakterystyczny łupany na raz drive, mocny i posępny riff z okolic Black Sabbath. Uśmiechnięty i z przekąsem bezpretensjonalny rock'n'roll, spalony ziołem psychodeliczny trip oraz oparty na dwóch, góra trzech dźwiękach klawiszy kosmiczny lot - słowem jest refleksyjnie i bezczelnie, czyli tak jak być powinno. Trudno jednoznacznie orzec, co napędziło taki efekt finalny. Czy zimna kalkulacja, analiza i synteza, a może bezpośredni strumień podświadomości spisany podczas używkami sterowanych sesji? Ewentualnie w grę wchodzi wytłumaczenie banalnie idealizujące sztukę Monster Magnet, czyli że to co grają mają naturalnie we krwi i nie musieli się spinać, czy ryzykownie natchnienia poszukiwać by przyzwoite kompozycje skutecznie skroić. Co by ich nie inspirowało przyniosło wiarygodny i przekonujący stuff oddający miejsce w którym się znajdują i ducha jaki w ich muzyce zawarty. Te dwanaście hymnów ani radykalnie nie przewartościuje ich pozycji ani też tym bardziej tych zasłużonych rockmanów do grobu nie złoży. I git! 

P.S. Pisane A.D. or A.S. 2016 z pozycji roku 2010-ego.

wtorek, 3 listopada 2015

Monster Magnet - Powertrip (1998)




Kiedy zespół jest na szczycie trudno jednoznacznie orzec, szczególnie gdy w pędzie zdobycznym w swoim przekonaniu wciąż na kolejne poziomy się wznosi. Dopiero z perspektywy czasu zaczyna być wyraźnie widać, kiedy pułap najwyższy został osiągnięty i kiedy to powolne schodzenie ze szczytu następuje. Alpinistą nie jestem i tylko z wiedzy potocznej, teorii bez praktyki wiem, że powrót z góry jest trudniejszy niż na nią droga. Jedni lecą na łeb na szyję w niekontrolowanym chaosie triumfu inni rozważnie z uwagą kontrolują kroki. Tym rozsądnym tempem zdawał się Monster Magnet po sukcesie Powertrip z piedestału schodzić i chociaż uzależnienia lidera nie sprzyjały takiej strategii, to i tak udało im się zejść bez większych urazów. Sukces któremu na imię Powertrip był podwójny, bo oto artystycznie poziom zachowali (tak twierdziłem ówcześnie i tak dziś nadal uważam) oraz rzecz jasna komercyjny biorąc pod uwagę intensywność pojawiania się ich teledysków w muzycznych telewizjach. Były to czasy kiedy muzyczne kanały kablowe z równym zaangażowaniem promowały popowe numery jak i od dobrego rocka nie stroniły. Stanowiły więc probierz nie tylko popularności ale także i dobrego smaku. Dziś taka sytuacja pewnie nie do wyobrażenia, zmieniły się gusta, drogi dystrybucji, środki promocji, tak po prawdzie niemal wszystko uległo transformacji. W tym nowym świecie, po wielu zawirowaniach, perturbacjach natury pozamuzycznej odnalazł się szczęśliwie Monster Magnet i nadal nagrywa kapitalne albumy z tym, że ich odbiorców mniej ale i oni bardziej świadomi. Po roku 1998 zmieniając odrobinę w proporcjach pomiędzy segmentami ich muzykę tworzącymi, rezygnując z kwaśnej psychodelii na rzecz odjechanego rock'n'rolla i nabierając oddechu mniej zapachem zioła zainfekowanego, weszli na poziom na którym z największymi gwiazdami rocka i metalu wspólnie na stadionowych imprezach grali. Nazwa w środowisku była rozpoznawalna, a przeboje w rodzaju Space Lord, Crop Circle, 19 Witches, See You in Hell, Tractor czy numeru tytułowego rozgrzewały licznych fanów rockowego mielenia. To kawał kapitalnej muzy, album który w kanon rocka najwyższego sortu się wpisał i na ten zaszczyt niewątpliwie zasłużył bez względu na to, iż jednoznacznie trudno okrzyknąć go najlepszym dokonaniem formacji.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Monster Magnet - Last Patrol (2013)




Liczę, że to jednak nie ostatni patrol tej zasłużonej załogi i w przyszłości jeszcze szanse będę miał, by w nowych kawałkach szalonego Dave'a wycie usłyszeć. To tytułem wstępu i nadziei jaką w sercu noszę odnośnie długowieczności Monster Magnet. A co nam Panowie tym razem na bazie kwasu i rocka upichcili, natychmiast śpieszę donieść! Ano w wielkim skrócie można by rzec typowy zestaw smaków, raz odjechanych, z bogatym akompaniamentem transowych odjazdów, tak długo rozwijanych by wszelki potencjał prostych motywów wykorzystać - doprawiony bogatymi gitarowymi aranżacjami w solóweczkowych formach. Innym razem zaś, jak w przypadku Mindless One czy Hallelujah, toporne bicia perkusji stanowią fantastyczny podkład do fantazyjnych orbitujących wokół zapętlonej gry Boba Pantelli, ekspresyjnych wokaliz i gitarowego zgiełku w finale. Jednak najbardziej ekstraktywną częścią najnowszej produkcji legendy są numery opierające się na kilku zaledwie skromnych akordac idealnie wręcz wypełniających przestrzeń wraz z mruczącym głosem Wyndorfa - Paradise, The Duke (of Supernature), czy zamykający wersję podstawową albumu Stay Tuned. W całościowym obliczu moim zdaniem daje to kawał kapitalnej muzy, garściami czerpiącej z początkowego etapu działalności formacji i mam tu bardziej na myśli ducha narkotycznej podróży, niż bezpośrednich zapędów w kierunku zwykłego, bezrefleksyjnego kopiowania. Ja nie jestem zwolennikiem tych często niezrozumiałych dla mnie kwaśnych odlotów, a Last Patrol wkręcił mnie w swą atmosferę bardzo intensywnie. Zatem jeżeli taka jego skuteczność, pomiędzy nutami powykręcanymi w pewnego rodzaju odlocie wplątane zostały klasyczne zagrywki znane i firmowane przez Monster Magnet już od Dopes to Infinity, a z takim rozmachem przy okazji Powertrip charakterem przebojowych aranżacji wprowadzających ekipę Wyndorfa do mainstreamu. Jest w tym krążku pewna trudno definiowalna aura jakiej pomimo doskonałych kompozycji brakowało na Mastermind. Nie podnosząc jednako ręki na album sprzed trzech lat, bo to zwyczajnie równie mocna pozycja w dyskografii Magnet była. Jednocześnie poprzez ten tajemniczy pierwiastek zawarty w ostatnim patrolu wyższość jednak krążka który tematem moich dzisiejszych przemyśleń ogłaszam. Do teraz jeszcze nie zidentyfikowałem składnika różnicę czyniącego - czyżby to kwestia alchemii była?

sobota, 2 listopada 2013

Monster Magnet - God Says No (2000)




Czas jakiś po swej premierze God Says No pracował wytrwale na status wyjątkowy, bowiem przerabiając bogatą dyskografię ekipy Dave’a Wyndorfa przede wszystkim ultra przebojowy Powertrip uwagę moją najskuteczniej przykuwał. Jednakowoż jego następca w obwodzie nieco gdzieś funkcjonując, swoim specyficznym charakterem finalnie miana albumu wybitnego się doczekał. Wiem oczywiście, że teza ta w obozie fanów Monster Magnet trochę niepopularna, bo tu w radykalnych przekonaniach albumy o sporym stężeniu kwasu co psychodeliczne odjazdy poczynić potrafią na pudle stoją. God Says No tą jaskrawą hipnotyzującą aurą w  znikomym stopniu nasycony – on na bardziej klasycznym rocku skupiony. Dzięki czemu dostałem ja taki materiał co wkręca, by rytmicznie po tym zabiegu nóżką potupać i efektownie bioderkami pokręcić, niżby odlot zaliczając w obłędzie się pogrążać. Kapitalny klimat z mnóstwem efektów tło dla oryginalnych bujających rytmów tworzy. Pozwala mi rozkoszować się dźwiękami co jednocześnie zastrzyk życiodajnego energetycznego paliwa dostarczają jak i w niemal uspokajająco-rozluźniającym łożu dają możliwość się umościć. W szczegółach odrobinę spojrzenie – dwa kawałki tutaj na czoło stawki się wysuwają, otwierając i prawie zamykając krążek. Melt i Cry, bowiem swoją pełną dramaturgii konstrukcją potwierdzają wyborne umiejętności kompozytorskie ekipy Monster Magnet. Natomiast pozostałe numery wyśmienicie w przestrzeń dźwiękową wtłaczają ciekawe nietuzinkowe rozwiązania, jednowymiarowe rytmicznie, frapująco-mamiące rytmy, czy retro klawiszowe smaczki. Wszystko w precyzyjnych proporcjach, skrupulatnie odmierzone i podane w jakości Q. Co ja więcej tu mam się jeszcze produkować, kiedy ten archetyp rockmana z pełnym autentycznej pasji zaangażowaniem z trzewi wyrywa donośne manifesty! Drę zatem wespół z Dave'm ryja (tak w środku Mariusza bo by mi tych popisów sąsiedzi nie wybaczyli) i taniec szamański zawzięcie uskuteczniam. Uwielbiam ich i jak się kiedyś smażyć w piekle to wyłącznie w takim towarzystwie!

wtorek, 18 czerwca 2013

Monster Magnet - 4-Way Diablo (2007)




Nie śledzę namiętnie prywatnego życia Dave’a Wyndorfa, jednak od napływu z wielu źródeł informacji się nie izoluje, stąd słyszę czy czytam tu i ówdzie wciąż o pewnym “obiegu zamkniętym” w jakim ten zasłużony rockmana archetyp funkcjonuje. Mam tu na myśli oczywiście cykl ograniczający się do picia, ćpania, odwyku i od czasu do czasu zebrania kumpli lub precyzyjniej ujmując do niezwykle cierpliwych i wyrozumiałych kompanów powrotu, przygotowaniu nowego materiału kapeli, nagraniu go i wydaniu. I co najciekawsze pomimo powyższego lidera grupy w zajęcia kontrowersyjne silnego zaangażowania w przekonaniu moim Monster Magnet przez lata działalności uniknął rozczarowania nagrywanymi produkcjami. Bowiem w przeciągu ponad dwudziestoletniej kariery nigdy słabego krążka nie wydali, więcej, zawsze w jakiś sposób muzycznie fanów zaskakiwali, jednak produkt to zawsze przedniej wartości był. Jednoznacznie z szyldem formacji identyfikowany, zawierający najważniejsze pierwiastki charakterystycznego stylu MM. I taką w przypadku 4-way Diablo sytuacje mamy, kiedy to album pod dużym znakiem zapytania powstawał, finalnie przyniósł muzykę jak zawsze oryginalną o charakterystycznym dla Monster Magnet sznycie. Kompozycje w których na typowym rockowym fundamencie dzięki konkretnej sztuce aranżacyjnej, niezwykłej kreatywności i wyczuciu smaku fantastyczne skrzące się ogromną witalnością, niebanalną przebojowością perełki powstały. Muzyka to zarówno w zachwyt wprowadzająca psychodelicznymi odjazdami, głęboko w oparach dymu słodkiego unurzanymi, napięciem podskórnym z gracją budowanym jak i jednocześnie bezkompromisową prostotą chwytliwego rock’n’rolla przepełniona. Pełna wysmakowanej wysokogatunkowej finezji, instrumentalnej biegłości w ramy kompozycyjne zaprzęgniętej. I sporym nietaktem byłoby pominięcie kluczowej w tej całej mozaice roli labilnego Dave’a, gdyż klasowe linie wokalne, maniera i prezencja o niemal szamana niejako walorach dodaje całości posmaku intrygująco-zniewalającego. Słucham tego materiału już od lat z niesłabnącym zachwytem, daje się ponieść odjechanej konwencji, zniewolić tkwiącej w niej magii. Wszystko się tu absolutnie zgadza, wszelkie składniki idealnie dobrane tworzą perfekcyjną, wysublimowaną konstrukcje pozwalająca na przeżycie w rockowej niszy prawdziwej dźwiękowej uczty. Nigdy nie rozczarowali i przekonany jestem, że takiego przykrego doświadczenia w przyszłości mi oszczędzą! 

P.S. I ta oprawa graficzna – absolut!

Drukuj