Okazuje się (jak zechce MI SIĘ poszukać), że w CV Toma Hoopera jeszcze jeszcze coś więcej niż seriale zanim wypalił mega hitem w postaci Jak zostać królem i trochę skrytykowaną, ale w moim odczuciu prawie równie udaną Dziewczyną z portretu - pomiędzy wciąż dla mnie tajemniczymi (bowiem nie oglądałem) Nędznikami i teraz ostatnio całkowicie nieudaną (wszyscy mi odradzają bym sam się przekonał) adaptacją broadwayowskich Kotów. Przeklęta liga nie ma się czego wstydzić w konfrontacji z tymi najbardziej dorodnymi produkcjami Hoopera i widz bogatszy w znajomość wyżej wymienionych obrazów dostrzeże tu charakterystyczną manierę wizualnej ekspozycji i merytorycznej formuły przekazywania treści filmu. Innymi słowy, gdybym nie wiedział że to jest "hooperowskie", to kombinując miałbym podejrzenia że skądś taki styl znam i prędzej czy później skojarzyłby że może być to właśnie jego. :) Fajne poczucie humoru i barwne postaci, a kręgosłupem oparta na faktach sportowo-biznesowa historia. Angielszczyzna kinematograficzna posiada swój charakterystyczny magnetyzm i w tym przypadku ochoczo z niego korzysta, co oczywiście jej fani postrzegać będą za zaletę, a zdeklarowani krytycy nie oszczędzą sobie złośliwości, lub wszyscy obojętni na tą siłę uznają za odpowiednio odrzucającą, bądź bez znaczenia dla ogólnej wartości jednej ze starszych prac Hoopera. Stając po stronie tych pierwszych (drugich i tak bardziej szanuje od tych trzecich, tzw. niedzielnych widzów), uważam że trudno mi zrozumieć jak tej wyspiarskiej "fantazji" lubić nie można i też całym sercem stoję po stronie artystycznej formuły, jakiej jest Tom Hooper wierny. Na koniec dodam, że Przeklęta liga to film o dość archaicznych czasach brytyjskiego futbolu. Oparty na autentycznych wydarzeniach i dla każdego kibica piłkarskiego ciekawa perspektywa spojrzenia na pewnie mało znaną u nas historię angielskiej Ligii. Nie mówię tu o kibolach. Oni się zanudzą, więc lepiej aby zamiast na seans ustawili się we własnym gronie na jakieś mordobicie. Szpitale czekają.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Hooper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Hooper. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 września 2021
poniedziałek, 22 lutego 2016
The Danish Girl / Dziewczyna z portretu (2015) - Tom Hooper
Nie mam przekonania czy własną tezę o wyjątkowości reżyserskiej Toma Hoopera wystarczająco nieco ograniczonymi argumentami poprę. Czy obronię sposób ukazania historii małżeństwa Wegenerów, czy mój indywidualny kąt spostrzegania nazbyt percepcji nie wypacza, gdy obraz na ekranie sączony spod ręki wspaniałego operatora i nie ma co ukrywać inspirowany wymaganiami niezwykłego estety w osobie Toma Hoopera zwyczajnie w nadzwyczajny sposób mnie oczarowuje. Bo nie jestem w stanie spojrzeć na Dziewczynę z portretu bez zaakcentowania tego, co w sposobie urzeczywistniania wizji ekranowej opowieści sygnowanej nazwiskiem Hoopera jest najistotniejsze. To perspektywa wizualna praktykowana za pomocą czarującej maniery, to przywiązanie do detalicznej precyzji w doborze strojów i scenografii, dopieszczanie każdego ujęcia mnóstwem drobiazgów i wreszcie ujęcie całości niczym oczami największych mistrzów pędzla - inspirujące używanie barw, tonów, cieni. To właśnie ta cecha o wyjątkowości Hoopera decydująca, stawiająca go w moim przekonaniu nie tylko pośród najwybitniejszych mistrzów ekranowej iluzji, ale dająca mu nawet prawo do nazywania siebie prawdziwym ARTYSTĄ. Darze tego człowieka ogromną estymą i nie potrafię zaakceptować wielu licznych chłodnych opinii jakie względem Dziewczyny z portretu są kierowane. Stąd ta obawa karmiona słowami krytyki ekspertów i moją pokorą wobec własnej literackiej niedoskonałości. Czy jestem w stanie w kilku słowach przekonać tych co jeszcze najnowszego dzieła Brytyjczyka nie widzieli i tych co osąd już wydali do spojrzenia na nie, nie tylko przez pryzmat dość kontrowersyjnej historii? Opowieści ograniczonej do dość ubogiej warstwy socjologicznej, zatopionej pośród oczywistości psychologicznych czy głęboko ckliwej obudowy emocjonalnej. Zwrócić pragnę uwagę, że ta przepiękna kompozycja obrazu i dźwięku nie miała zapewne na celu przekonywać do akceptacji inności za pomocą argumentów czysto o racjonalność opartych. Ona zapewne nie miała w założeniach nawet oswajać z istniejącym wokół nas transseksualizmem, tylko uświadomić, że miłość może mieć tak wiele odcieni. Bo tak naprawdę to nie jest przede wszystkim film o odmienności seksualnej czy o walce za wszelką cenę o tożsamość duszy i ciała. To wzruszający, poetycki obraz o uczuciu, które odporne na niezwykłe wyzwania było, zdolne do akceptacji najtrudniejszych decyzji, stawiające często egoistyczne wybory partnera ponad własnym dobrem. Tak po prawdzie bohaterem pierwszoplanowym nie jest Einar względnie Lili ale właśnie Gerda. Jej poświęcenie w relacji z mężem, dramat wewnętrzny jaki przeżywa jest tutaj tą właściwą płaszczyzną - ona zdaje się być tym co chciał Hooper z tła na pierwszy plan wydobyć. To mu się fenomenalnie udało, a niepomierna w tym zasługa Alicii Vikander która w roli Gerdy jest jednym słowem zjawiskowa. Jej oczy, mimika, gesty, głos, sposób poruszania się urzekają - to ona w tym teatrze subtelności, w anturażu bizantyjskiego plastycznego przepychu swą intymność potrafiła w centrum umieścić. Zrobiła to niezwykle naturalnie, niczym płynne pociągnięcia mistrza malarstwa przelewającego na płótno własną wrażliwość. Z tej symbiozy aktorskiej biegłości, reżyserskiej precyzji, wzruszającej muzyki i olśniewającej oprawy wizualnej kunsztowny obraz się zrodził - dosłownie godny galerii OBRAZ.
środa, 17 września 2014
The King's Speech / Jak zostać królem (2010) - Tom Hooper
Jak najbardziej zasłużone laury zebrane, gdyż pod każdym względem
to dzieło wyjątkowe. Urokliwie i gustownie wykreowane, począwszy od
scenografii, zdjęć, montażu i muzyki poprzez aktorski kunszt całej obsady, po
samą fabułę, która przez życie spisana tak bardzo wzrusza i porusza. Jestem
wdzięczny ogromnie za ten obraz, on mnie wzbogacił, lekcję zarówno historii
jak i życia przyniósł. Ta historia w niespokojnych czasach osadzona odsłoniła
świat miniony z zupełnie nowej perspektywy, przypomniała wytrawną elegancję,
taktowne maniery i staranny język. Dała szanse na obcowanie z prawdziwą sztuką
osadzoną w ramach dziesiątej muzy z klimatem zniewalającym, scenami pełnymi
artyzmu i wyśmienitym poczuciem humoru, udowadniając, że o ważkich rzeczach nie
trzeba zawsze w śmiertelnie poważnym tonie rozprawiać. To walor o
wyjątkowości The King's
Speech przesądzający - on ucząc bawi i bawi ucząc, a to zaleta
fundamentalna, szczególnie, że dystans, autoironia czy wytrawne poczucie humoru
zdaje się współcześnie miejsca ustępować nadmiernie egzaltowanemu prostactwu
lub prymitywnemu grubiaństwu. Bez najmniejszych wątpliwości, jedno z tych
dzieł, które na zawsze godne miejsce wśród pereł kinematografii powinno
zajmować. Nie przyjmuje sprzeciwów! ;)
P.S. Tak po części na marginesie – nie pierwszy raz, kiedy
kobieta i jej charakter, predyspozycje psychiczne i osobowość dojrzała w dużym
stopniu małżonka wielkim czynią. Wiele takich przykładów, kiedy to źródłem
motywacji i żelaznej konsekwencji ta płeć "słaba"! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


