Prawdę najprawdziwszą przelewając na tekst przyznam, że drugi album The Halo Effect, czyli nowego starego projektu sięgającego składem do korzeni In Flames podoba się moim uszom tak samo jak poprzednik i miło czas spędzić z dźwiękami jakie w pewnym ważnym, bo poniekąd decydującym o mojej muzycznej wrażliwości okresie mocno do mnie docierały, a teraz jak się okazuje także odczucie przyjemności wywołać mogą. Z tą jednakże tylko uwagą, iż jak niegdyś gdy kultowe The Jester Race się w kaseciaku kręciło oczywiście bliźniaczych emocji nie wywołuje, bowiem czas już nie ten, słuchacz weteran już po wielokroć częstowany różnym gatunkowo stuffem bardziej wymagający, lecz nie przeczę iż gdyby przed około trzema dekadami taki materiał się pojawił, to on bez wątpienia mnie by w głowie wówczas zamieszał. Posiada on przecież dość niski próg wejścia i z miejsca chce się nucić te melodie, a jednocześnie względny ciężar, całkiem wirtuozerską pracę wioseł i kapitalne charczące wokale Stanne, lecz ma jedna wadę i ona objawia się gdy wokalista znany, lubiany i ceniony zbyt miękko w czyste zaśpiewy wchodzi, a nucie na domiar złego instrumentalnie wpychają się gdzie wlezie orkiestracje syntetyczne - Between Directions jako pierwszy bez żalu z listy numerów wyrzucam. Poza tym wszystko gra i trąbi tutaj wyśmienicie, jeśli rzecz jasna ktoś lubi takie przebojowo metalowe granie, jakie miało swój najlepszy czas na przełomie wieków, a dzisiaj jak kojarzę i śledzę, najlepiej bo najbardziej wciąż ciekawie w gatunku trzyma się Soilwork. Żaden oczywiście to w wykonaniu The Halo Effect death metal, nawet jeśli dodać przed określenie melodic, gdyż to czysty heavy metal z warkotem i sporą dawką elektroniki. Heavy nowoczesne na swój sposób i być może zaskoczę, ale uważam iż kompozytorsko dość finezyjne, a na pewno takie które nakazuje zainteresowanym pisać numery chwytliwe, a tym samym przecież przebojowe, co tylko kompletnym laikom wydaje się takie proste. Raz napisać zwarte i zapamiętywalne numery, dwa wymyśleć te wszystkie miodzio harmonie wywiosłowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Halo Effect. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Halo Effect. Pokaż wszystkie posty
sobota, 18 stycznia 2025
poniedziałek, 22 sierpnia 2022
The Halo Effect - Days of the Lost (2022)
Nie ma się co wstydzić słabości do szwedzkiego melo death'u, kiedy szczególnie weterani wydają takie piękne, bo uderzające celnie w sentyment i nostalgię albumy. Pierwotny w zasadzie skład In Flames z doskonałym i jak do dzisiaj pamiętam w moim odczuciu posiadającym znakomity zmysł aranżowania zgrabnych melodyjek i równie przyjemnych dla ucha solówek Jesperem Strömbladem, wraz z Peterem Iwersem, Niclasem Engelinem, Danielem Svenssonem i od lat podporą wokalną Dark Tranquallity i oczywiście oryginalnym wokalistą wyżej wymienionych (Lunar Strain), nagrali krążek marzenie. Płytę rzecz jasna w żaden sposób wyjątkową, tym bardziej wybitną, ale płytę doskonałą w swoim gatunku, mimo że tak potwornie oczywistą. Ale ja to mam gdzieś, bowiem podczas każdorazowego dotychczasowego odsłuchu wbijają mi te numery na mordę piękny uśmiech zadowolenia i przy okazji wysyłają w myślach do mojego pokoju, w którym jako trochę większy smarkacz chłonąłem dźwięki wszystkich tych bandów którym określenie death w przymiotnikowym znaczeniu pasowało jak pięść do oka, a mimo to miejsce pochodzenia, czas wydania debiutów oraz (no fakt) skojarzenia z pierwszymi bliskimi estetyce death metalu krążkami, ten oto ekstremalny sznyt dodawało. Ucieknę teraz sobie z przestrzeni było minęło i wcisnę tutaj kilka słów o teraźniejszej pożywce dla mojej sentymentalnej duszy. Days of the Lost jest tak samo gatunkowo archaiczny, jak na swój sposób nowoczesny w sensie przebojowego kojarzenia gitarowej lawy z brzmieniami wydobywanymi z syntezatora, a jego wielką zaletą prócz powyższego w parze z przebojowością refrenów i doskonałymi wokalami Stanne jest kapitalne współczesne brzmienie i autentyczna pasja w grze, co by nie było dość już posuniętych wiekowo długowłosych lub mniej długowłosych metaluchów. :) Tną te siarczyste riffy, czarują w każdym kawałku charakterystycznymi cudnymi solówkami (ta króciutka, zgrabniutka z The Most Alone wygrywa jednak), Stanne drze pyska i wchodzi nie aż tak często w dużo czystsze rejestry, sprawiając przyjemność sobie i założę się mnóstwu starych fanów estetyki, która bardziej niż zżarła dość szybko własny ogon, to poszła zbyt odważnie w kierunku kiczowatej Ameryki, miast pozostać na dłużej bliżej matki Skandynawii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

