Nadchodzi późnoletni/wczesnojesienny czas żniw muzycznych nowości, więc czas gorący na który zawsze z podnieceniem czekam, mimo że wiąże się z końcem wakacyjnego letniskowania. Tytułów będzie sporo do ogarnięcia, a pośród nich zapowiadany drugi krążek idących w ślad za Fontains D.C. ich irlandzkich rodaków z Gurriers. Ten debiutancki, którego powyższy (podnieś wzrok) obrazek zdobi przegapiłem i odkrywam dopiero gdy dwójka promowana na horyzoncie, ale lepiej późno niż wcale - chyba że dotyczy to powiedzenie wybryku Gordona Shumway'a z gazem w piekarniku - wówczas ostrożnie! W przypadku wyczajenia czegoś ciekawego muzycznego z niedalekiej przeszłości nie ma niebezpieczeństwa, a jedynie przyjemność którą należy sączyć i jej poznaniem się napawać. Come and See jedzie na popularnym od nowa dzisiaj nurcie odświeżającym brytyjską alternatywę ejtisową, czyli na tym na czym rozgłos zasłużony coraz mocniej zdobywają ich wspomniani bardziej wciąż popularni naturalnie ziomale od Griana Chattena. Zatem album to całkiem eklektyczny i jeśli jeszcze ciągnąc przez chwilę porównania z większymi braćmi, to najbardziej z ich debiutancką estetyką, więc jest zarazem dość melodyjnie, ale więcej jednak zimnej rytmiki i raz ugładzonej, raz surowszej post punkowej wściekłości. Nie ma kompletnie nudy, bowiem kiedy momentami odpływają w kierunku atmosferycznego, hipnotycznego czy bujanego grania, to zaraz są w stanie uderzyć czymś zdecydowanie żywszym, a wokalista zapodać łobuzerskie wersy barwą zbuntowanego smarkacza, z charakterystycznym pobrzmiewaniem akcentu. Tego przecież brakuje na ostatnim albumie Fontaines D.C., a Gurriers są w stanie na obecną chwilę wypełnić znakomicie lukę po zmieniających stopniowo na bardziej indie-popową estetykę, zmierzających na szczyty współczesnych, najbardziej perspektywicznych muzycznych Irlandczyków. Więksi dziś to mega gorący towar, a mniejsi jestem pewny, że mogą namieszać w przyszłości bardzo podobnie, bowiem Come and See jest już materiałem doskonałym i otwierającym im drzwi nie tylko do kariery, ale też kariery w różnych możliwie stylistycznych kierunkach. Dramaturgia konstrukcji jedynki zdradza talent do budowania struktur jakie fantastycznie ekscytują w formule długograja, a poszczególne indeksy same w sobie wyróżniają się cechami jakie stanowią o ich własnej oryginalności - mimo że w mocno ogranej przecież formule gatunkowej. Ja czuję w tej nucie szczerość, siłę i kreatywność, a to co już usłyszeć mi się udało z nadchodzącej Nobody's Coming To Save You przekonuje mnie, iż Come and See to tylko inauguracja kapitalnej ich drogi do szerszego zaistnienia i zdobycia uznania jako ekipy fajnie energetycznie napędzającej i aranżacyjnie frapującej. Tak się dzieje naturalnie, że jak ktoś się przebije, to ciągnie rozkręcony pęd ze sobą kolejne undergroundowe klejnoty. Gurriers jest jeszcze nieoszlifowany idealnie, ale to tylko kwestia czasu. Oby tylko ewolucja ku doskonałości, nie odebrała im całego waloru dzisiejszej dzikiej nieco świeżości.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz