Tego po najznakomitszych oczekuję, że nawet kiedy zespól zaczyna zjadać własny ogonek, a to powolne pożeranie siebie nie jest jeszcze kompletnie miałkie, to szybko w newralgicznej sytuacji jego muzycy się orientują i znów jako interesująca formacja wchodzą w tryb ewolucyjny - nawet jeśli ta przemiana ku nowemu nie jest w przypadku ósmego krążka Riverside niezwykle spektakularna, a oparta poniekąd na bieżącej potrzebie i modulowana popularnym obecnie w rocku trendem. Tak pobieżnie nowy krążek naszej wielkiej progresywnej gwiazdy spostrzegam, że jest on przełomem ale nie przełomem który wstrząśnie, bo posiłkowanie się ejtisowymi inspiracjami, by he he zabrzmieć jak Kombi (Friend or Foe?) czy w pierwszym udostępnionym singlu (I'm Done With You) niemalże (w żadnym wypadku 1:1, ale jednak) toolowymi wzorcami nie szokuje, ale z pewnością zaciekawia, bo sposób w jaki zostały do stylu Riverside wkomponowane naprawdę znakomity. Zatem cieszę się, iż ID.Entity nie jest powieleniem konceptu muzycznego Wasteland ani też wprost nie nawraca grupy Mariusza Dudy na swoje granie sprzed lat, a dając niewiele w sumie nowego, dość sporo poza fundamentem w ich stylistyce zmienia lub bez przeholowania z oceną i znaczeniem tego działania, na pewno na jakiś czas uatrakcyjnia. Riverside oczywiście nigdy nie byli hermetyczni, także urozmaicanie formuły w ich wykonaniu absolutnie nie zmienia trwałych podstaw ich twórczości. Również za sprawą nowego materiału nie zmienili własnej tożsamości, a li tylko ożywili rumieńcem przybladłe ostatnio lico. Zabrzmieli jak zwykle przestrzennie, rozszerzając być może już i tak obszerne spektrum brzmieniowe. Konstrukcje aranżacyjne w ich wykonaniu są rozbudowane ale i często skompresowane do esencji, więc jak na progresywny charakter i znamiona popularnie rozumianej ambicji bardzo zwięzłe. Riverside tym samym potrafi w zakresie jednego numeru motorycznie przyspieszyć, by też dla odpowiedniego balansu ukołysać i utulić - tak porazić techniką i zauroczyć atmosferą. ID.Entity może nie jest (słucham wciąż bardzo uważnie) tak wyraziste jak te kilka albumów z ich przeszłości, ale na pewno nie brakuje w nim dramaturgii i dynamiki, więc i kompozycje są atrakcyjne odsłuchowo zdradzając wciąż potencjał na więcej, czego nazbyt szybko w docelowej postaci nie sprzedają słuchaczowi. To w moim odczuciu i dla mnie jeszcze zagadka, zatem obiekt do głębszej eksploracji - dla zespołu natomiast myślę furtka do jeszcze bardziej może zmyślnych, a być może odważniejszych poszukiwań w niedalekiej przyszłości. Obiektywnie zaś spotkał się jak dostrzegłem z ogromnym zainteresowaniem i jak obiło mi się o uszy podzielił fanów. Dziesiątki stąd po wpisaniu hasła w wyszukiwarkę do przejrzenia wieloakapitowych, detalicznych i przez to nudnych recenzji, rozgrzane do czerwoności prawdopodobnie fora dyskusyjne i w związku z powyższymi moje pytanie - czy opinię o niej mogę spodziewać usłyszeć jeszcze w Dzień Dobry TVN? Oczywiście nie mówię o wstrząsającym osłupieniu gdy wyrazi ją Marcin Prokop, bo on akurat zna się na muzycznej działce, ale jest wielu przecież specjalistów od dziennikarstwa celebryckiego, którzy mogliby kompletnie niekompetentnie, a przez to paradoksalnie świeżo lub po prostu zabawnie poprowadzić rozmowę w temacie. Ja akurat nie mam nic przeciwko aby przy okazji kosztem swojej śmieszności wartościową nutę wypromowali. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riverside. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riverside. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 stycznia 2023
poniedziałek, 5 listopada 2018
Riverside - Wasteland (2018)
Niczego oryginalnego, względnie nowego o Riverside nie napiszę. Nie będę się silił na budowanie tekstu, który w niewielkim nawet stopniu będzie wychodził poza schemat pisania o muzyce współcześnie najważniejszego rodzimego projektu w estetyce progresywnej. Grupy, która już od nastu lat udowadnia na rynku ogólnoświatowym, że jak posiada się talent, warsztat i ma się dobrze poukładane w głowie, to nawet przybywając z takiej zaściankowej Polski można podbić salony. Tyle w sensie pół żartem/pół serio, bo akurat jeśli jakiekolwiek atrakcyjne pisanie o sztuce powinno zawierać w sobie pierwiastek poczucia humoru podkreślającego odpowiednie zdystansowanie do tej istotnej, lecz przecież nie najważniejszej materii w otaczającej nas rzeczywistości, to tu i teraz patrząc na to wszystko co za ekipą Mariusza Dudy pozostało, należy z szacunku skupić się na powadze. W jakimś sensie Riverside teraz tak naprawdę do żywych powraca, chociaż studyjnie po śmierci Piotra Grudzińskiego za sprawą kompilacji Eye of the Soundscape już zaistniało. Teraz natomiast dzięki Wasteland grupa wchodzi w nowy etap w swojej historii i za sobą pozostawia tragiczne wspomnienia z tak nieodległej przeszłości. Nie mógłbym w tym miejscu nie wspomnieć o osobistej reminiscencji ostatniej trasy z Grudzińskim i szoku w momencie, kiedy w zaledwie kwartał od koncertu mającego miejsce w krakowskim klubie Studio, spadła na wszystkich fanów grupy wiadomość o jego zdecydowanie przedwczesnej śmierci. Szok i niedowierzanie, a w pamięci jeszcze świeże obrazy doskonałej gry i wybornej, bo skupionej na grze prezencji scenicznej gitarzysty. Żal we mnie wielki wzbudzony, obawa i świadomość, iż koniec może nadejść z zaskoczenia w każdej chwili bez względu na stosunkowo niewielki wiek, a człowiek pozostanie bezsilny wobec tego rodzaju ostatecznego wyroku. Cios powyższy mógłby bez trudu uśmiercić niejedną grupę kończąc jej działalność lub tak jak w przypadku Riverside zdopingować do dalszego istnienia z szacunku dla osoby zmarłego przyjaciela. Mariusz Duda, Michał Łapaj i Piotr Kozieradzki życiowy dramat spożytkowali jako inspirację dla stworzenia kolejnej partii materiału i z pomocą nowego gitarzysty, który jednak nie otrzymał statusu regularnego członka formacji skoncentrowali się na wyrzuceniu z siebie demonów za pośrednictwem wartościowej muzyki. Bo oto jakkolwiek kompozycje z Wasteland pozostają w doskonale znanej estetyce, to jednak zdecydowanie różnią się od tego co grupa proponowała w przypadku dwóch wcześniejszych albumów. Krążek jest fantastycznie zbalansowany pod względem łączenia dynamiki i subtelnych tonów, rozbudowanych suit i krótkich ale równie pełnych pasji form. Wasteland jawi się w ogóle jako powrót do typowego grania neo progresywnego, w formule poszukiwania ciekawych przestrzennych brzmień i harmonii, lecz bez konieczności eksperymentowania dla samej potrzeby odświeżania klasycznej przecież estetyki. W szczególe natomiast mam wrażenie, iż mnogość detali ukrytych w strukturach kompozycji nakazywałaby uczciwie napisać, iż w tym zasadniczo niczym nowym jest masa drobiazgów świadczących o ogromnym już doświadczeniu i wyczuciu formy, prowadzącej w prostej linii do aranżacyjnej doskonałości przejawiającej się dokonywaniem względnej rewolucji bez zewnętrznych oznak takowej. Mam takie przekonanie, gdyż mimo że słyszę na najnowszym albumie wyraźny powrót do form budzących skojarzenia z początkowym stadium rozwoju grupy, to nie mógłbym z całym przekonaniem oznajmić, iż Wasteland to rodzaj szablonowego wykorzystania rozwiązań które już były. Świadczy to jednoznacznie na korzyść ekipy kierowanej przez Mariusza Dudę i uświadamia mi, iż potencjał drzemiący w Riverside jest wciąż ogromny, a warsztat kompozytorski już teraz na poziomie niebotycznym. Mógłbym w tym miejscu poddawać skrupulatnej analizie każdy dźwięk zawarty w tych dziewięciu pasjonujących utworach - zauważyć istotny wpływ muzyki filmowej spod znaku Ennio Morricone w epickim numerze tytułowym, podkreślić gigantyczny ładunek emocjonalny w Guardian Angel, czy braterstwo formalne Acid Rain z kompozycjami z Anno Domini High Definition i wiele jeszcze innych ciekawostek, w każdej kolejnej minucie przepływającej muzyki zamieszczonych. Lecz nie w tym rzecz by całość sprowadzać do skojarzeń wpływów i doświadczeń, tudzież poddawać całość rzetelnej, aczkolwiek tylko mechanicznej autopsji. Wasteland to złożony i dynamicznie zmieniający się wraz z każdym odsłuchem organizm, zbudowany z osobistych przeżyć i potrzeb jednostek w danym fragmencie czasu. Stąd wiedza na temat ich genezy jest ważna z punktu widzenia świadomości jego postrzegania, nie ma jednak większego znaczenia kiedy spojrzy się na Wasteland jako na nowe otwarcie mające na celu pozostawienie przeszłości za sobą i podarowanie sobie komfortu zamknięcia piekielnie trudnego etapu. Rozdrapywanie ran nigdy nie sprzyja ukojeniu, rozgrzebywanie złożonych tematów nie pomaga w budowaniu lepszej przyszłości. Cholernie mi to imponuje, że zespół podchodzi zarówno do swojej twórczości, jak i do prywatnego życia w ten niezwykle rozsądny sposób. To na co nie mamy już wpływu pozostawiamy za sobą, a jedyne co możemy zrobić to cieszyć się tym co możemy jeszcze w przyszłości osiągnąć. Ot proste.
czwartek, 22 grudnia 2016
Riverside - Anno Domini High Definition (2009)
Anno Domini High Definition to ewidentnie przełom, nowe
otwarcie w karierze Riverside. Po poprzedzającej album trylogii Reality Dream
przyszło odświeżenie formuły, a zahamowana ambitnym, lecz wymagającym
konsekwencji konceptem potrzeba rozwoju mogła zostać zaspokojona. Nic już nie
stało na przeszkodzie by pójść bardzo mocno do przodu i realizować świeże
pomysły. I to słychać wyraźnie w każdej z pięciu bogatych kompozycji, czuć iż
subtelna neoprogresja z jedynki rozwijana dość wstrzemięźliwie na Second Life
Syndrom i nieco odważniej na Rapid Eye Movement, została zastąpiona zwrotem w
stronę konstrukcji zdecydowanie bardziej dynamicznych. Przeważają numery
rozbudowane, wielowątkowe z narastającym napięciem, mnóstwem interwałów
uatrakcyjniających formułę i podtrzymujących zainteresowanie przez cały czas
ich trwania. To mocny, soczysty rockowy album zagrany z polotem i werwą,
wykorzystujący całą gamę inspiracji odnajdowanych w najróżniejszych, nie tylko
w typowo rockowych rejonach. Odrobina orientalizmów, przestrzennych post rockowych
i ambientowych wycieczek i nawet z wprawą użytych dęciaków. Mnogość
wykorzystanych rozwiązań melodycznych i harmonicznych zachwyca, bo płyta ta, to
prawdziwy wulkan tryskający pomysłami. Chociaż jak na energetyczny rockowy
album z ambicjami progresywnymi trzonem solidny, czasem wyjątkowo ciężki riff,
sprężysty bas oraz gęsta perkusja, dla której kontrapunktem chwytliwa solówka, to jednak dla mnie bohaterem krążka są klawisze z pasją obsługiwane przez
najmłodszego członka grupy. One już nie stanowią wyłącznie tła jak na wcześniejszych
riversajdowych produkcjach, tylko wraz z partiami wioseł stają się dominującym
aktorem. Zestaw zabawek Michała Łapaja serwuje całą paletę najprzeróżniejszych
brzmieniowych smaków i smaczków - od kosmicznych pasaży, przez jazgotliwe harce
hammondów, po hipnotyzujące ambientowe plamy i delikatne plumkania. Dzięki temu
kreatywnemu gejzerowi wątków, instrumentalnej i aranżacyjnej wprawie oraz
doskonałemu wyczuciu materii Anno Domini High Definition otworzyło ekipie
Mariusza Dudy kolejne drzwi w karierze. Pozwoliło dzięki przewartościowaniu
przyświecającej idei i przeformatowaniu formuły osiągnąć o stopień wyższy
poziom w rozwoju i spojrzeć na własne możliwości z szerszej perspektywy, o czym
przekonują dwa ostanie, jeszcze dojrzalsze krążki.
czwartek, 28 kwietnia 2016
Riverside - Second Life Syndrome (2005) / Rapid Eye Movement (2007)
Dwójka i trójka Riverside doczekała się w końcu na stronach NTOTR77 uwagi, niestety w okolicznościach smutnych, bo zaskakująca śmierć Piotra Grudzińskiego w kontekście Second Life Syndrome i Rapid Eye Movement nie może zostać pominięta. Nakazuje ona spojrzeć z jeszcze głębszej nostalgicznej perspektywy na istotę twórczości grupy, zadając sobie także pytanie o przyszłość formacji w obliczu poniesionej straty. Droga Piotra dobiegła kresu, jednak mam ogromną nadzieję, że Riverside podniesie się po tym ciosie dopisując kolejne wspaniałe rozdziały w postaci albumów do swej sukcesywnie i z sukcesem rozwijanej kariery. Jasne, że nie będzie to proste, gdyż charakterystyczne, pełne przestrzeni gitarowe rzemiosło Grudzińskiego miało istotny wpływ na estetykę nagranych krążków. Jakby to jednak nie zabrzmiało okrutnie nie ma ludzi niezastąpionych, a świeża krew dostarczona do krwiobiegu nierzadko popychała grupy po przejściach do stworzenia dzieł wybitnych lub przynajmniej stawania na wysokości zadania. Nie mam w tym miejscu pewności gdzie będzie Mariusz Duda z Piotrem Kozieradzkim, Michałem Łapajem i następcą "Grudnia" za lat kilka, nie mam także obaw, że sczezną w zapomnieniu, bo mają odpowiednią determinację i pasję do tworzenia rzeczy niezwykłych. Widziałem to w ich działaniach na żywo podczas ubiegłorocznej jesiennej trasy koncertowej, było czuć dlaczego grają i że jeszcze w żadnym wypadku nie był to szczyt ich możliwości. Wykorzystałem dzięki zbiegowi okoliczności ostatnią szansę by ujrzeć ich na scenie w czteroosobowym składzie, wtedy nawet w najczarniejszych myślach nie spodziewając się nieszczęśliwego obrotu spraw. Moja głęboka fascynacja Riverside w miarę krótka, lecz znajomość z ich albumami już od debiutu praktykowana. Coś jednak nie zaskakiwało i musiało sporo czasu upłynąć bym zaczął dostrzegać w pełnym blasku artystyczny potencjał jaki zawsze w nich tkwił. Nadszedł w końcu ten moment o czym w poprzednich refleksjach w temacie Riverside pisałem, stąd nie będę się powtarzał i na wartości merytorycznej albumów z 2005 i 2007 roku się skupię. W moim przekonaniu Second Life Syndrome i Rapid Eye Movement to dwie strony tej samej monety, o tym samym nominale i tego samego rzecz jasna stopu. Osadzone w immanentnej dla warszawiaków stylistyce, konsekwentnie rozwijające wypracowaną estetykę, zakotwiczoną równie mocno na twardej metalowej podstawie jaką konkretne riffy zapewniają jak i przebogatych rozwiązaniach czysto progresywnych. One fenomenalnie zaaranżowane w spójną całość z istotnym udziałem niebanalnej nowoczesnej elektroniki i klawiszowej tradycji oraz rytmicznych rozwiązań jakie intrygująco bujające basowe linie i perkusyjne bicia dostarczają. Nie ma na tych krążkach dominacji jednego składnika ani nawet odrobiny mdłych, jałowych nut. Egzaltowana zaduma przenika się z chwytliwym drajwem, kołyszące fragmenty w symbiozie współistnieją z dosadnym ciężarem - napięcie permanentnie podkręcane koegzystuje z luzem. Wszystko wyważone z aptekarską precyzją, homogeniczne i zaaranżowane z udziałem czystej artystycznej wrażliwości. Prawdziwa dźwiękowa przygoda w świecie nut przynoszących autentyczną rozkosz.
P.S. Tak na marginesie napiszę, że pamiętam zakup Second Life Syndrome i moją złość, że wyłącznie w formie digipacka wydany, a że do nośników mam praktyczne podejście nigdy za tego rodzaju kartonowym i przez to nietrwałym sposobem wydawania płyt nie przepadałem. Pogodziłem się w końcu z myślą, że za jakiś czas przetarć na grzbiecie nie uniknę, a zerkający z półki krążek drażnił będzie swą spaczoną estetyką. Dzisiaj nie drażni, czasy się zmieniły. :)
piątek, 29 stycznia 2016
Riverside - Out of Myself (2003)
Riverside od początku swego istnienia funkcjonował w mojej muzycznej świadomości i przyznaję że album debiutancki już w momencie premiery poznałem i co najmniej kilkukrotnie jeszcze do niego powracałem, by spróbować zrozumieć o co tyle szumu w prasie branżowej. Doceniałem wartość warsztatową, biegłość w komponowaniu ciekawych utworów łączących w sobie zabawę rytmem i melodią, jednak wtedy jeszcze nie byłem w stanie pozwolić się w pełni porwać propozycji warszawiaków. W wymiarze innych dźwięków w większości się poruszałem, a progresywna działka odkrywana dopiero przeze mnie była w ilościach śladowych, bo ograniczająca się jedynie do ówczesnych tuzów z pogranicza metalu progresywnego. Ten szlak poszukiwania świeżych ekscytujących doznań popchnął mnie w kierunku Riverside, lecz nazbyt łagodny charakter ich muzyki na dłużej nie zniewolił. Czuć było gdzie płynie ten okręt, że akwenem docelowym będzie rock, nie metal, a ja nade wszystko ceniłem sobie nawet w obrazowej, wielowymiarowej muzyce siłę uderzenia potężnego riffu. Dzisiaj z obecnej perspektywy i przez pryzmat zdobytych muzycznych doświadczeń napiszę, iż nawet jeśli na ostatnich dwóch albumach muzycy Riverside okrzepli i zdecydowanie dojrzeli tworząc w pełni świadome, wielobarwne i ekscytujące kompozycje, to debiut w tej konfrontacji wstydu nawet w najmniejszym stopniu im nie przynosi. Nie dopatruje się tutaj wyraźnej przepaści pomiędzy współczesnym obliczem, a tym z fazy startowej. Out of Myself to kawał profesjonalnie wykonanej roboty wzbogaconej o pierwiastek duchowy obecny dzięki intensywnej emocjonalności - na wskroś przeszywa smutek i złość ale w korelacji z kontrastami w postaci nadziei i ukojenia. Cierpliwie z wolna rozwijane tematy hipnotyzują, a zwiewne, kapitalnie zbudowane refreny urzekają. Dźwięki tętnią życiem, pulsują frapującą rytmiką, pozwalają zaznać obecności silnych przeżyć obdarowując zmysł słuchu masą powabnych bodźców. Dzisiaj będąc bezwzględnie niewolnikiem twórczości Riverside nie jestem w stanie wyobrazić sobie braku ich albumów w mojej codzienności. Kiedy w finale płyty "kurtyna opada" przy akompaniamencie subtelnie plumkającego basu, już tęsknie za kolejną podróżą w ich towarzystwie. Tak od niedawna mam.
niedziela, 20 grudnia 2015
Riverside - Shrine of New Generation Slaves (2013)
Anno Domini High Definition oprócz zachwytu nad zawartością muzyczną, przynosił mi też obawę związaną z zabrnięciem Riverside w uliczkę, gdzie przerost formy nad treścią może pogrzebać pod ciężarem megalomanii ogromny potencjał grupy - walor idealnie łączący w sobie komercyjną i artystyczną stronę muzycznej sztuki. Oto bowiem dla mojego przerażenia rysowała się perspektywa ostatecznego dryfu grupy Mariusza Dudy w kierunku, w którym odjechał mniej więcej dekadę temu Dream Theater. Mam tu na myśli miałkie powielanie schematu, skupianie się na podświadomym zaniechaniu pisania kompozycji, które emocje i chwytliwość wiążą w ekscytujące przeżycie, na rzecz pogoni za technicznym wirtuozerstwem w służbie egoistyczno-narcystycznych pobudek. Szczęśliwie warszawiacy okiełznali swoje ambicje i zamiast ustawić się w blokach do wyścigu o tytuł najdoskonalszych "progresywnych progersów" wśród metalowców, spojrzeli na tą rywalizację z perspektywy doświadczonego zawodnika, nie gówniarza z gorącą głową. Dostrzegli niebezpieczeństwo zatracenia się w technicznych popisach i zamiast brnąć uparcie w pozbawioną naturalnych emocji duchową próżnię, powrócili poniekąd do korzeni rocka. Nagrali album, który w perfekcyjny sposób powiązał "hiciarski" potencjał zgrabnych piosenek z ogromną wyobraźnią kompozytorską i wybornymi możliwościami warsztatowymi instrumentalistów. Sekret sukcesu Shrine of New Generation Slaves upatruje przede wszystkim jednak nie tylko w założeniach co do formuły albumu, ale i w fantastycznych zdolnościach aranżacyjnych. Krążek kipi od ciekawych rozwiązań melodycznych i rytmicznych, jest pełen zaskakujących zwrotów akcji, a one same dostarczają przyjemności nie przez fakt ich samego zaistnienia w poszczególnych utworach, lecz płynnego przechodzenia pomiędzy względnymi skrajnościami - nakładania się jaskrawych pomysłów, przenikania się z subtelną harmonią intrygujących motywów. Uzbrojone w hard rockowy pazur kompozycje w rodzaju New Generation Slave, Celebrity Touch, czy Feel Like Falling, z wyrazistymi riffami i elektryzującymi klawiszami idealnie koegzystują z rozbudowanym i poniekąd szalonym Escalator Shrine jak i stanowią kontrapunkty dla natchnionej liryczności We Got Used to Us oraz kołyszącej zjawiskowości The Depth of Self-Delusion czy transowego Deprived - będącego czymś na kształt kolażu cech charakterystycznych muzyki Tool i Porcupine Tree z własną tożsamością Riverside doprawioną intrygującą barwą, jak doczytałem saksofonu sopranowego. Może się nie znam, być może nazbyt naiwnie podchodzę do kwestii uznawania Riverside za grupę wyjątkową, a S.ON.G.S. z bezkrytyczną ekscytacją definiuję jako album perfekcyjny. Wiem, że się nie mylę z zaskakującą nawet mnie pewnością, bo słyszę i czuję intensywnie i jak bardzo merytorycznie by nie uzasadniać, że w obiektywnej rzeczywistości jest inaczej, to od ponad miesiąca mam przekonanie, że nie ma takiego argumentu który przed radykalnym upieraniem się co do swoich odczuć by mnie powstrzymał. Doznałem swoistej iluminacji, ujrzałem w dźwiękach Riverside czystą magię, dotknąłem niemal absolutu i wszystko za sprawą jednego koncertu. To nadzwyczajne jak mocno otworzył mnie on na tą muzykę, jak gwałtownie odmienił moje dotychczasowe spostrzeganie ich twórczości.
poniedziałek, 23 listopada 2015
Riverside - Love, Fear and the Time Machine (2015)
Przyszedł czas na przełamanie, to znaczy całkowite przekonanie się do twórczości Riverside. :) Swego czasu, a było to tak na wysokości Second Life Syndrom, czyli drugiego albumu warszawiaków, dosyć intensywnie ten krążek eksploatowałem, tak że digipack szybko zaczął nosić wyraźne oznaki zużycia, co tylko potwierdzało, iż to co ładne najczęściej jest nietrwałe. Jak lichy okazał się materiał z którego opakowanie wykonano, tak też krótkotrwały był mój romans z muzyką Riverside. Znam (bo z obowiązku zawsze sprawdzałem) całą ich dyskografię, lecz zauroczenie nie przekształciło się w głębokie uczucie. Aż do teraz, kiedy zwrot nagły w tej historii nastąpił, a ja w dźwiękach komponowanych przez kwartet Mariusza Dudy odnalazłem, od lat przede mną skrywaną magię. Nie bardzo rozumiem co było powodem braku pełnej fascynacji - pogodzić się muszę, iż czasami trudne do pojęcia jest dlaczego akurat jedna grupa porywa, a inna posiadając podobne walory uczynić tego nie jest w stanie. Muzycznie w Riverside zawsze było do bólu profesjonalnie i z ogromną wrażliwością, może (szukam teraz powodu na siłę :)), problem leżał w osobie lidera i jego "jęczącej" manierze wokalnej, zbyt delikatnym używaniu "paszczy" do przekazywania emocji. Barwa mi nie odpowiadała, co przecież oczywiste kiedy admiratorem mocnych głosów byłem i mniej zrozumiałe, gdy nadal jestem. Tym oto sposobem zubożyłem swoją muzyczną codzienność, w której zabrakło dźwięków sygnowanych nazwą Riverside. Teraz sytuacja uległa gwałtownej transformacji, szczególnie paradoksalnie, że przy okazji albumu na którym Mariusz Duda śpiewa najbardziej subtelnie. Na Love, Fear and the Time Machine wraz z eterycznym wokalem, same kompozycje stały się kunsztownie wysublimowane lub patrząc na tą sytuacje z innej perspektywy, to muzyka finezyjnie wyciszona narzuciła Dudzie taki styl werbalnej interpretacji. Opowiada on cierpliwie i z zaangażowaniem, z dużą wrażliwością i przede wszystkim sugestywnie o ludzkich emocjach, w skrajnościach zagubionych. Manifestuje dojrzałość jako tekściarz i wraz z kompanami prezentuje wyrafinowany kompozytorski warsztat - perfekcyjne aranżacje bez szarpania się w wiązaniu różnorodnych barwnych motywów. Każdy pomysł naturalnie wypływa ze wcześniejszego zagrania, płynie wartkim nurtem do finału. Dominuje konsekwencja, rządzi wspólnie wraz z doświadczeniem, ściśle powiązana z wiedzą na temat struktury kompozycji. To jest ekstraklasa progresywnego rocka, bez nadętej megalomani zobowiązującej do pisania kilkunastominutowych kolosów. Esencja się liczy, wydestylowanie pełnego bukietu smaków, aromatu intensywnego i zamknięcie go w jedynie kilkuminutowej strukturze. Względnie zwarte, jak twierdzą członkowie zespołu piosenki, to clou dzisiejszej propozycji Riverside. Obycie w muzycznym środowisku w tę stronę ich popycha i dzięki niemu każdy numer to perełka. Poczynając od mojego subiektywnego faworyta jakim Saturate Me, przez singlowy cudownie eksponujący bas Discard Your Fear po zwwiewny Afloat - od czarującego Lost po jeszcze bardziej magiczny Found. Riverside nie stoi w miejscu, nie odcina kuponów od wciąż rosnącej rozpoznawalności, nie pozostał jedynie nadzieją rodzimego ambitnego rocka, on tą nadzieję spełnił. Obecnie członkowie formacji udowadniają, iż związanych z nimi oczekiwań nie powiązali jedynie z sukcesem na miarę muzycznej konwencji w jakiej funkcjonują. Zakładam (więcej, jestem pewny), że droga którą podążają, dostarczy jeszcze wiele okazji do narodowej dumy. Przyniesie mi artystyczne spełnienie i emocjonalne uniesienia!
P.S. Ani słowa nie napisałem, że dwa tygodnie temu widziałem ich na żywo - po prostu tak dech mi w piersi zaparło, że mowę mi odebrało. Serio!
P.S. Ani słowa nie napisałem, że dwa tygodnie temu widziałem ich na żywo - po prostu tak dech mi w piersi zaparło, że mowę mi odebrało. Serio!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






