Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Burton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tim Burton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 października 2022

Big Fish / Duża ryba (2003) - Tim Burton

 

Magia kina - magia kina Tima Burtona. W tym przypadku pełna, bez jednej krytycznej uwagi. Cudowny obraz w którym miesza się psychologiczny realizm z fantazją nieograniczoną i wyobraźnią mroczną. Artystyczny majstersztyk, z epickim zacięciem i dojrzałym intelektualizmem o szlachetnych korzeniach. Baśń dla dorosłych i jednocześnie wehikuł czasu dla nich - do dni, chwil z dzieciństwa przenoszący, teraz po latach mogących być właściwie z dystansu i przez pryzmat nostalgii odczuwane i zinterpretowane. Zasadniczo ponura i nieponura opowieść, o wielkiej zalecie jaką kolekcjonowana mądrość starego człowieka. Mądrość może nieodkrywcza, ale z jaką ekscytującą gracją w opowieściach przekazywana. Czaruje i oczarowuje, uczy i wzrusza. Szczególnie kiedy ogląda się z punktu widzenia rodzica, któremu jeszcze pociecha z domu nie wyfrunęła, jednak jej życie wewnętrzne zamknięte w zdecydowanym stopniu przed rodzicem, a punkt ciężkości przeniesiony na środowisko rówieśnicze, już zewnętrzne, poza domem. Najlepsze bez wątpienia co przez te wszystkie lata Tim Burton widzom zaproponował. Zgodzę się też że merytorycznie bardziej Gilliam niż Burton i odrobinę Zemeckis z "nazywam się Forrest, Forrest Gump". Uważam że można takich szukać powiązań i to nie jest krytyczna uwaga. :)

piątek, 6 maja 2022

Batman (1989) - Tim Burton

 

Batman ponownie na fali i niech mi na wieczność chęci do w klawiaturę własnych przemyśleń wstukiwania zostaną odebrane, jeśli to ostatnie jego pięć minut w popkulturowym mainstreamie. Kinowa historia nietoperza na bieżąco jest dobudowywana, a ta najnowsza emo wersja właśnie sprowokowała mnie do ukręcenia nostalgicznego tekstu, konkretnie w temacie pierwszego wprowadzenia bohatera na hollywoodzkie salony. Batman Tima Burtona to przez sentyment dla mnie akurat ten Batman wielki, największy. Raz muzyka Danny’ego Elfmana, dwa Nicholson w roli Jokera, albo po pierwsze on Jack Nicholson, nie tylko choreograficznie fenomenalny w tańcu do nuty Prince’a. Po nim rzecz jasna był mega przerażająco szaleńczy Heath Ledger i cudnie niezrównoważony "król komedii" Joaquin Phoenix, ale to Nicholson jest tym jedynym właściwym i wiążącym w tej roli tak cechy swoich następców jak i ten konieczny by wszystko pięknie w konwencji komiksowej funkcjonowało, groteskowo rysunkowy sznyt. Tim Burton trafił z nim w dyszkę, a sam Jack kapitalnie szansę tą wykorzystał, aby utrwalić swoją już wówczas niemal ikoniczną pozycję w hollywoodzkim środowisku i jednocześnie odważnie dodać jej kolejnego kolorytu. Tylko ten Michael Keaton taki jakby nie na miejscu, jakby "z deka" poza komplementami wyrażanymi przymiotnikami w najwyższym stopniu, bo fizycznie nie taki jak trzeba i daleko mu było do skojarzeń z przystojniakiem w bondowskim stylu. Ale mimo już wówczas kręcenia nosem z czasem wrósł w rolę i opatrzył się w niej zaczynając nie tylko do niej pasować ale w kontraście do przyszłych Wayne'ów okazał się bardziej prawdziwy, naturalny i ludzki w kreacji poniekąd zwierzęcej. Poza tym Keaton to aktor Burtona i po tym jak rozsadził ekran jako Beetlejuice ten wybór z wdzięczności był uzasadniony, choć można by po charakterze roli stawiać bardziej na Keatona Jokera, niż Keatona Batmana. W ogóle i w szczególe żaden kolejny fabularny Batman nie był taki fajnie przystępny i żaden nie czarował prostotą wykorzystanych środków technicznych i ich archaicznym urokiem. Te wszystkie makiety i ten cały cudnie okiem Burtona uchwycony mrok wielkomiejski oraz gadżety z bat-mobilem i na finał pojazdem latającym (nie wiem jak go fachowo określić) - to wszystko genialnie piękne ilustracyjnie i zarazem w sensie artystycznego kadru efektowne. Byłem na tej klasyce w kinie - byłem w ogóle pierwszy raz poza wypadami klasowymi w kinowej sali i pamiętam że był to debiut solowy. Byłem jako dwunastolatek i to doświadczenie pozwoliło mi chyba połknąć kinowego bakcyla, który obok pierwszego komiksowego już dawno niepraktykowanego i chwilę późniejszego muzycznego, ukształtował mnie nie przesadzając ostatecznie jako człowieka ze sporą wyobraźnią i ironicznym poczuciem humoru. Zaszczepił pasję tak ochoczo praktykowanego uciekania w równoległy świat eskapizmu, za co Burtonowi i powyżej wymienionym jestem wdzięczny.

P.S. No i ta Kim Basinger, taka sympatyczna i zmysły pobudzająca. Uzupełniam, bo wstyd żeby dwunastolatek nie dostrzegł jej istnienia na ekranie.

niedziela, 13 lutego 2022

Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street / Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street (2007) - Tim Burton

 

Ależ ta jeszcze względnie niedawno wypasiona czołóweczka to się postarzała. Nie ma w tym jednak zaskoczenia, bo rozwój grafiki komputerowej jest błyskawiczny i to na co tutaj ówczesne możliwości pozwoliły, dzisiejszy dzień surowo każe oceniać. Mam to przekonanie, możliwości techniczne to zawsze broń obosieczna i trzeba ogromnej wrażliwości w jej wykorzystaniu aby tandety nie przeforsować. Tim Burton zdaje się tutaj przesadził i jak smarkacz przeholował z zastosowaniem śmiałych rozwiązań w kwestii scenografii podrasowanej grafiką. Wyszło niby ciekawie ale kiczowato i sam pomysł na musicalową formułę już dzisiaj zdaje się mniej kontrowersyjny od właśnie pozbawionego umiarkowania posiłkowania się możliwościami technologicznymi. Wyszło tym samym bardziej groteskowo od pierwotnych założeń, a to przekonanie dopiero dzisiaj jest jak diabli wyraźne. Piętnaście lat i ząb czasu nadgryzł formę wizualną, jednak nie ma co dramatyzować, bo to przecież kino burtonowskie, więc programowo karykaturalne wrażenie estetyczne kroczy przed tym powiązanym z treścią. Wizja nastawiona na wzrokowe doznania, jak z filmu przez grafików animowanego i aktorstwo przerysowane, a do tego śpiewające dialogi. Quasi musical ożeniony z konkretną makabreską, który wzbudzał i wzbudza mieszane moje uczucia. Jak wspomniałem kiedyś przez wzgląd na śpiewającego Johnny'ego Deppa czy Helen Bonham Carter, a obecnie odbierającą ducha sterylność obrazu. Niemniej jednak (uśmiecham się) posiada jakiś wyjałowiony z emocji i pozbawiony gustu czar i na sto procent wyróżnia się własną tożsamością, a to chyba wystarczy bym go nie traktował jako porażki - choć rzecz jasna do moich ulubionych filmów Tima Burtona go nie zaliczę. W sumie jak większości z tego co sobie nie umyślił i potem pomysłu własnego w produkt kinowy obrócił. Powyżej chyba wystarczająco dałem do zrozumienia, ze Demoniczny golibroda z Fleet Street do nich nie należy.

P.S. W sumie to nie wiem czy nie powinienem się zebrać na odwagę i napisać że Tim Burton już dawno w moich oczach stał się zakochanym w tandecie artystowskim onanistą, o dziecięcej wyobraźni i bez niczego ważnego do powiedzenia. Napisałbym tak gdyby nie dwa trzy tytuły z jego dorobku, które przed tak radykalną oceną jednak go ratują.

czwartek, 9 stycznia 2020

Ed Wood (1994) - Tim Burton




Jeśli pewne info posiadam (Filmweb się chyba nie myli ;)), to przed kilkoma miesiącami już ćwierć wieku od premiery tej biografii minęło, a ja stanowczo donoszę, że wraz z ostatnio nakręconym Big Eyes ten tandem powyższy uznaję za najlepsze co przez całą karierę wypełzło spod łap mistrza artystycznego kiczu – innymi słowy festynu w pełni świadomie zamierzonego. :) Była tego cała masa i w tej masie jakbym nie starał się być złośliwy i krytyczny, to nie znajduję niczego zrobionego „na odwal się”, jak i bez problemu doszukuję się w niej hiciorów, które bezdyskusyjnie zasługiwały na swoją ogromną popularność. Lecz nawet jeśli też Pan wiecznie rozczochrany dzieciak wkręcał się w miarę praktyczne klimaty z wartościowym przesłaniem, to jednak była to wciąż rozrywkowa wariacja wokół świata dziwaków i odszczepieńców, a forma jej skupiona przede wszystkim na obrazie. W sumie zarówno Wielkie oczy jak i Ed Wood na więcej niż kilkanaście stóp od reszty dorobku filmowego Burtona nie odeszły, ale ja mam to silne poczucie, iż więcej w nich twardego stąpania dziurawymi mimo wszystko butami po uklepanej glebie, niż rycia w niej dla efektu wizualnego wymyślnych wzorów. Jeśli zgody z tą tezą nie ma, problemu nie widzę i nie będę też uparcie jej bronił wciskając jej założenia wraz z obowiązkową rozbudowaną argumentacją, by tylko przekonać spoglądających na świat wyobraźni Burtona w innych niż moje okularach. Jest jak jest i każdy pewnie na swój własny sposób wciąga to, co Mistrz hipnotyzującej fantazji na stół mu podrzuci, więc bach, raz dwa do bohatera tej refleksji przechodzę i nie grzęznę już w dyskusyjnych ogólnościach. Jak zwykle formuła wizualna u Burtona jest kluczowo na front wypchnięta, lecz tym razem nieco ucieka ona od sztancy, mimo iż tak charakterystycznie malowniczo autorsko do siebie jak zwykle musowo podobna. Biografia Edwarda D. Wooda Jr. uznanego za "najgorszego reżysera Hollywood", to atrakcyjny dla oka i ucha obraz człowieka, którego wkład w historię kina przez ogromne autorskie zdystansowanie do realizmu porównywany jest wprost do fikuśnej szmiry. Człowieka, który jednak wbrew krytyce przyczynił się do powstania osobnego gatunku filmów niskobudżetowych o całkiem wysokiej oglądalności. Ekscentryka świecącego swe największe "triumfy" w latach pięćdziesiątych - uroczo sympatycznego i dysponującego pomimo licznych przeciwności jak Burton przekonuje ogromną energią twórczą, natomiast z pewnością gustem niewyrafinowanym, ale (no trzeba podkreślić) pasją gigantyczną, całkiem niezłym warsztatem i w sensie umiejętności interpersonalnych znakomitymi zdolnościami współpracy z ekipą. W oczach Burtona ponadto nieuleczalnego romantyka - niewątpliwie dziwaka, ale którego osobliwa determinacja i urok osobisty wypracowały mu w branży całkiem sporą sławę i nawet z perspektywy czasu uznanie. Skupił się Burton tutaj na najpłodniejszym okresie życia Wooda i fundament opowieści oparł na jego przyjaźni z Belą Lugosim (tym ikonicznym Draculą, ale i Frankensteinem z kompleksem Borisa Karloffa), z którym bohater tworzył cudaczny charyzmatyczny duet, a reżyser wraz z Johnnym Deppem i Martinem Landau (Oscar, Złoty Glob - drugi plan) kapitalnie przenieśli jego specyfikę i charakterystykę na ekran, dając widzowi oprócz świetnie wystylizowanej i klimatycznej zabawy, także okazję do sentymentalnej podróży w czasy w których większa część fanów hollywoodzkiego kina chciałaby żyć i najlepiej to jeszcze w nim zawodowo funkcjonować.

P.S. A cały ten mój pisarski trud i myśl przewodnią w nim zawartą w każdej chwili w perzynę obrócić może seans Big Fish, który w niewyjaśniony sposób od już 17 lat jest wciąż przede mną. :)

czwartek, 16 marca 2017

Edward Scissorhands / Edward Nożycoręki (1990) - Tim Burton




O bidulkowatym Edwardzie, który zamiast dłoni zestaw do cięcia, przycinania i cieniowania posiada, czyli o ciekawości, wrażliwości, samotności i inności. Niezrozumieniu, odrzuceniu i cierpieniu, stereotypach konwenansach i ogólnie budowaniu iluzji na pokaz - na poły poważnie i z groteskowym poczuciem czarnego humoru. Stąd konkluzja się rodzi, że choć nie każda bajka kończy się dobrze, to zawsze przynosi ze sobą morał, a że kino Burtona jest wyjątkowe nie muszę nikogo do tego tytułu przekonywać. Lecz ceniąc niezwykły klimat jakim nasycone jego fikuśne obrazy, nie muszę jednocześnie popadać zawsze w zachwyt nad jego treścią, bo niestety Burton ma to do siebie ze czasem przedkłada efekt wizualny (charakteryzacja, scenografia) nad wysokich lotów efektywność emocjonalną. Jest jednak w jego karierze niewielka ilość tytułów, które mają jedno i drugie. Nie mam w ich przypadku poczucia dyskomfortu, że to ładne ale w środku to banalne lub zwyczajnie puste. Edward jest gdzieś wpół drogi, bo to wciąż pewnego rodzaju baśń w formule kina familijnego, ale jak to się zwykło mówić gdy z taką konwencją się ma do czynienia - bawiąc uczy i ucząc bawi. :) W tym przypadku bardzo sugestywnie. 

poniedziałek, 16 lutego 2015

Big Eyes / Wielkie oczy (2014) - Tim Burton




Big Eyes, czyli znikoma zawartość Burtona w Burtonie, która tylko na dobre samej produkcji wychodzi. Scenografia i kilka charakterystycznych tricków, czy odjazdów made in Burton wplecionych, wizualnie łapa „rozczochranego” widoczna, jednako w takiej ograniczonej dawce. To akurat bardziej klasyczne  kino, takie unikające szarży po linii jeźdźca, czy chlastającego brzytwą. Wreszcie zamiast przyciągać uwagę jedynie wyszukanymi stylizacjami, Burton także treścią zaciekawia. Opowiada autentyczną historię i robi to z lekkością i dobrym smakiem. Nie popada w egzaltację czy z dramatycznych zdarzeń nie tworzy pretensjonalnej szkółki niedzielnej. Z wyczuciem odsłania psychologię postaci, prezentuje artystyczną subtelną duszę w kontrze do egoistycznej, maluczkiej kłamliwej osobowości - takiego "geniusza promocji i sprzedaży". Poddaje analizie role sztuki w pop kulturalnej rzeczywistości, zachęca do stawiania granicy pomiędzy masowym, bo powielanym bezrefleksyjnie kiczem, a prawdziwą sztuką pozbawioną banału. Gdzieś między wierszami daje też odpowiedź, czy świadomie autokrytycznie sugeruje, po której stronie jego twórczość może by stawiana. Styl jaki w kinie praktykuje to nic innego jak te twarze malowane przez Margaret Keane, każda kolejna osadzona w formie bliźniaczej poprzedniczce, taka niby seryjna produkcja. To jakby samokrytyka składana, chociaż to tylko i wyłącznie moje luźne spostrzeżenie, być może zupełnie nietrafna teza. :) Wiem też, że bez Adams, Waltza i całego świetnego drugiego planu takiego fajnego efektu by nie było. Ta produkcja równie wiele zawdzięcza sprawnie opowiedzianej historii jak i wybornemu aktorskiemu rzemiosłu. Amy Adams kolejny poziom na swojej artystycznej ścieżce zaliczyła, pracując na opinię nowej Meryl Streep, a Christopher Waltz swój specyficzny intensywny styl z powodzeniem osadził w kolejnej konwencji. Podsumowując, bardzo mnie cieszy, że reżyser, który już od wielu lat zatracał się w efektownej, aczkolwiek bez większej wartości intelektualnej formule, takim klasycznym przeroście formy nad treścią, udowadnia tym przypadkiem, że nie tylko samą odjechaną wyobraźnią może uwagę przyciągać. Wielkie oczy bardziej stawiają na przekaz, a wizualna uroda jest podrzędna wobec treści. Większy udział konwencjonalnego kina, pozbawionego trzech ton makijażu i fantazyjnych osobliwości, bez opamiętania wciskanych, to swoiste antidotum na staczanie się w niebyt za pośrednictwem festynowej i odtwórczej metody. Życzę sobie teraz, aby częściej wyobraźnia Tima Burtona w urokliwej plastycznej oprawie, wspierała ciekawe, dojrzałe historie, niżby jedynie sama w sobie była istotą jego filmów/obrazów.

Drukuj