Magia kina - magia kina Tima Burtona. W tym przypadku pełna, bez jednej krytycznej uwagi. Cudowny obraz w którym miesza się psychologiczny realizm z fantazją nieograniczoną i wyobraźnią mroczną. Artystyczny majstersztyk, z epickim zacięciem i dojrzałym intelektualizmem o szlachetnych korzeniach. Baśń dla dorosłych i jednocześnie wehikuł czasu dla nich - do dni, chwil z dzieciństwa przenoszący, teraz po latach mogących być właściwie z dystansu i przez pryzmat nostalgii odczuwane i zinterpretowane. Zasadniczo ponura i nieponura opowieść, o wielkiej zalecie jaką kolekcjonowana mądrość starego człowieka. Mądrość może nieodkrywcza, ale z jaką ekscytującą gracją w opowieściach przekazywana. Czaruje i oczarowuje, uczy i wzrusza. Szczególnie kiedy ogląda się z punktu widzenia rodzica, któremu jeszcze pociecha z domu nie wyfrunęła, jednak jej życie wewnętrzne zamknięte w zdecydowanym stopniu przed rodzicem, a punkt ciężkości przeniesiony na środowisko rówieśnicze, już zewnętrzne, poza domem. Najlepsze bez wątpienia co przez te wszystkie lata Tim Burton widzom zaproponował. Zgodzę się też że merytorycznie bardziej Gilliam niż Burton i odrobinę Zemeckis z "nazywam się Forrest, Forrest Gump". Uważam że można takich szukać powiązań i to nie jest krytyczna uwaga. :)
niedziela, 2 października 2022
piątek, 6 maja 2022
Batman (1989) - Tim Burton
Batman ponownie na fali i niech mi na wieczność chęci do w klawiaturę własnych przemyśleń wstukiwania zostaną odebrane, jeśli to ostatnie jego pięć minut w popkulturowym mainstreamie. Kinowa historia nietoperza na bieżąco jest dobudowywana, a ta najnowsza emo wersja właśnie sprowokowała mnie do ukręcenia nostalgicznego tekstu, konkretnie w temacie pierwszego wprowadzenia bohatera na hollywoodzkie salony. Batman Tima Burtona to przez sentyment dla mnie akurat ten Batman wielki, największy. Raz muzyka Danny’ego Elfmana, dwa Nicholson w roli Jokera, albo po pierwsze on Jack Nicholson, nie tylko choreograficznie fenomenalny w tańcu do nuty Prince’a. Po nim rzecz jasna był mega przerażająco szaleńczy Heath Ledger i cudnie niezrównoważony "król komedii" Joaquin Phoenix, ale to Nicholson jest tym jedynym właściwym i wiążącym w tej roli tak cechy swoich następców jak i ten konieczny by wszystko pięknie w konwencji komiksowej funkcjonowało, groteskowo rysunkowy sznyt. Tim Burton trafił z nim w dyszkę, a sam Jack kapitalnie szansę tą wykorzystał, aby utrwalić swoją już wówczas niemal ikoniczną pozycję w hollywoodzkim środowisku i jednocześnie odważnie dodać jej kolejnego kolorytu. Tylko ten Michael Keaton taki jakby nie na miejscu, jakby "z deka" poza komplementami wyrażanymi przymiotnikami w najwyższym stopniu, bo fizycznie nie taki jak trzeba i daleko mu było do skojarzeń z przystojniakiem w bondowskim stylu. Ale mimo już wówczas kręcenia nosem z czasem wrósł w rolę i opatrzył się w niej zaczynając nie tylko do niej pasować ale w kontraście do przyszłych Wayne'ów okazał się bardziej prawdziwy, naturalny i ludzki w kreacji poniekąd zwierzęcej. Poza tym Keaton to aktor Burtona i po tym jak rozsadził ekran jako Beetlejuice ten wybór z wdzięczności był uzasadniony, choć można by po charakterze roli stawiać bardziej na Keatona Jokera, niż Keatona Batmana. W ogóle i w szczególe żaden kolejny fabularny Batman nie był taki fajnie przystępny i żaden nie czarował prostotą wykorzystanych środków technicznych i ich archaicznym urokiem. Te wszystkie makiety i ten cały cudnie okiem Burtona uchwycony mrok wielkomiejski oraz gadżety z bat-mobilem i na finał pojazdem latającym (nie wiem jak go fachowo określić) - to wszystko genialnie piękne ilustracyjnie i zarazem w sensie artystycznego kadru efektowne. Byłem na tej klasyce w kinie - byłem w ogóle pierwszy raz poza wypadami klasowymi w kinowej sali i pamiętam że był to debiut solowy. Byłem jako dwunastolatek i to doświadczenie pozwoliło mi chyba połknąć kinowego bakcyla, który obok pierwszego komiksowego już dawno niepraktykowanego i chwilę późniejszego muzycznego, ukształtował mnie nie przesadzając ostatecznie jako człowieka ze sporą wyobraźnią i ironicznym poczuciem humoru. Zaszczepił pasję tak ochoczo praktykowanego uciekania w równoległy świat eskapizmu, za co Burtonowi i powyżej wymienionym jestem wdzięczny.
P.S. No i ta Kim Basinger, taka sympatyczna i zmysły pobudzająca. Uzupełniam, bo wstyd żeby dwunastolatek nie dostrzegł jej istnienia na ekranie.
niedziela, 13 lutego 2022
Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street / Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street (2007) - Tim Burton
Ależ ta jeszcze względnie niedawno wypasiona czołóweczka to się postarzała. Nie ma w tym jednak zaskoczenia, bo rozwój grafiki komputerowej jest błyskawiczny i to na co tutaj ówczesne możliwości pozwoliły, dzisiejszy dzień surowo każe oceniać. Mam to przekonanie, iż możliwości techniczne to zawsze broń obosieczna i trzeba ogromnej wrażliwości w jej wykorzystaniu aby tandety nie przeforsować. Tim Burton zdaje się iż tutaj przesadził i jak smarkacz przeholował z zastosowaniem śmiałych rozwiązań w kwestii scenografii podrasowanej grafiką. Wyszło niby ciekawie ale kiczowato i sam pomysł na musicalową formułę już dzisiaj zdaje się mniej kontrowersyjny od właśnie pozbawionego umiarkowania posiłkowania się możliwościami technologicznymi. Wyszło tym samym bardziej groteskowo od pierwotnych założeń, a to przekonanie dopiero dzisiaj jest jak diabli wyraźne. Piętnaście lat i ząb czasu nadgryzł formę wizualną, jednak nie ma co dramatyzować, bo to przecież kino burtonowskie, więc programowo karykaturalne wrażenie estetyczne kroczy przed tym powiązanym z treścią. Wizja nastawiona na wzrokowe doznania, jak z filmu przez grafików animowanego i aktorstwo przerysowane, a do tego śpiewające dialogi. Quasi musical ożeniony z konkretną makabreską, który wzbudzał i wzbudza mieszane moje uczucia. Jak wspomniałem kiedyś przez wzgląd na śpiewającego Johnny'ego Deppa czy Helen Bonham Carter, a obecnie odbierającą ducha sterylność obrazu. Niemniej jednak (uśmiecham się) posiada jakiś wyjałowiony z emocji i pozbawiony gustu czar i na sto procent wyróżnia się własną tożsamością, a to chyba wystarczy bym go nie traktował jako porażki - choć rzecz jasna do moich ulubionych filmów Tima Burtona go nie zaliczę. W sumie jak większości z tego co sobie nie umyślił i potem pomysłu własnego w produkt kinowy obrócił. Powyżej chyba wystarczająco dałem do zrozumienia, ze Demoniczny golibroda z Fleet Street do nich nie należy.
P.S. W sumie to nie wiem czy nie powinienem się zebrać na odwagę i napisać że Tim Burton już dawno w moich oczach stał się zakochanym w tandecie artystowskim onanistą, o dziecięcej wyobraźni i bez niczego ważnego do powiedzenia. Napisałbym tak gdyby nie dwa trzy tytuły z jego dorobku, które przed tak radykalną oceną jednak go ratują.
czwartek, 9 stycznia 2020
Ed Wood (1994) - Tim Burton
P.S. A cały ten mój pisarski trud i myśl przewodnią w nim zawartą w każdej chwili w perzynę obrócić może seans Big Fish, który w niewyjaśniony sposób od już 17 lat jest wciąż przede mną. :)




