Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Yates. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Yates. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2026

John and Mary / John i Mary (1969) - Peter Yates

 

Bohaterowie uroczy (czarująca ona, urokliwy on), wspaniałe dialogi i miejscówki do filmowania dobrane znakomicie. W tle intrygujący z końca lat sześćdziesiątych Nowy Jork, a wszystko co do przekazania widzowi (czyli odpowiedź na pytanie, czy jałowe w rzeczywistości, a wyzwolone pozornie życie jest lepsze od tego w którym można doświadczyć dojrzałej romantycznej bliskości?) ciekawie opowiedziane. Bowiem z doskonałym poczuciem humoru, nowocześnie i nadal myślę poniekąd bardzo uniwersalnie, unikając epickiej narracji, gdy snuje się autentycznie wiarygodną przypowieść o młodości i miłości w ciekawych kulturowo i intelektualnie czasach. Przypadkowa znajomość, zbliżenie ciał błyskawiczne, staje się sprężyną do poznawania siebie nawzajem głębszego i ekscytacji z odmiennej jak dotąd interakcji, gdzie liczy się przede wszystkim fascynacja umysłów i dusz. Podane to w hipnotyzującej atmosferze z epoki lokacji, z retrospekcjami dotyczącymi z innymi partnerami bohaterów wcześniejszych doświadczeń i tejże przepracowywania przeszłości - jej zrozumienia, wyciągania wniosków właściwych. Konstruktywnej wyrozumiałości, szczerej, wzajemnie pożądliwej bliskości, czyli wszystkich fundamentalnych cech, które czynią relację/związek trwałym i perspektywicznym. Mądre, życzliwe, niezwykle przyjemne kino i spokojna, rozkosznie powabnie rozwijającą się symetrycznie z finalnym małym wirażem uczuciowość. Cieszę się, że się natknąłem!

czwartek, 12 października 2023

Bullitt (1968) - Peter Yates

 

Można by pozwolić się zmylić i puszczając fałszywe przekonanie dalej w eter, dawać do zrozumienia że Bullitt, to przede wszystkim popisy kaskaderskie i rajdy karkołomne legendarnym Mustangiem rocznik 68, lecz gdy się tak bliżej przyjrzeć i w filmowym kontekście czasów powstania go ustawić, to też znakomity przykład i w fantastycznym gronie towarzysz, takich ikonicznych dzieł hollywoodzkich jak (uwaga idę po całości) Midnight Cowboy, Rosemary’s Child i jeszcze kilku innych z myślę wielu biegunów gatunkowych tytułów. Myślę więc o nim niezmiernie ciepło, jako nie tylko o najmocniejszym przedstawicielu gatunku kina akcji swoich czasów, ale i w ogólnym rozumieniu tym z ikonicznych tytułów ogólnie dla nich emblematycznych - nie wyłącznie jak daje jasno do zrozumienia, w wąsko spostrzeganej stylistyce. Doskonały to dramat szpiegowski, kapitalny sensacyjniak i niezwykle klimatyczny poza tym obraz z tym charakterystycznym dla końca lat sześćdziesiątych, lekko akurat psychodelicznym klimatem, stawiającym na zbudowanie mrocznej atmosfery tajemnicy i surowej jej oraz tła społecznego alegorii. Druga fundamentalna sztos sprawa, to rola McQueena, który też na niej zasadniczo zbudował swoją karierę, zapewniając sobie wówczas ogromną wraz z oczywiście wspomnianym kultowym Mustangiem popularność – awansując z miejsca do grona aktorów symboli pokolenia. I tutaj mam też taką myśl ostatnio przez Tarantino podkreśloną, że McQueen przez historię został oceniony jako człowiek dość nieprzyjemny w obyciu, prywatnie arogant i awanturnik, a jako Frank Bullitt, to policjant zawodowiec opanowany i jakiś taki chyba nawet nieśmiały, mimo wiary w siebie. Będąc więc niejako przyszytym do roli, czy z nią przez pryzmat innych doskonałych przecież kreacji kojarzony on zimnokrwisty, a nie rozgorączkowany i to drugie jest jak się wydaje naturalne w jego wykonaniu, więc albo był znakomitym aktorem, albo doszył mu przekornie Tarantino łatkę i tą łatkę komisyjnie odpruwamy. Tarantino przecież to tak ostry w ocenach, jak i przebiegle ironiczny sukinkot, więc cholera go wie. ;)

P.S. Można niekoniecznie uznawać za sztosiwo, ale nie przyjmuję do wiadomości, iż nie zasługuje na kult ze względu na kapitalnie uchwycony pościg garbatymi ulicami San Francisco!

Drukuj