Tate Taylor z każdym
kolejnym filmem od czasu The Help systematycznie spuszcza z tonu, gdzieś za
każdym razem tracąc z tego co głośnym tytułem z 2011-ego roku wypracował. Nie były
to jednak spadki bardzo znaczące, to bowiem tylko niewielkie tonu obniżenia
spowodowane jak myślę nie warsztatową słabością, a rodzajem filmowej stylistyki.
Tak jeszcze biografia Jamesa Browne’a była gatunkowo zbliżona do licznie
nagradzanej opowieści o segregacji rasowej w czasach amerykańskiej prosperity,
tak już The Girl on the Train ukierunkowana była w zupełnie inne rejony - dokładnie klasycznego thrillera.
Teraz jednak to dojrzały reżyser przesadził! Raz że zrobił totalnie nijaki
dreszczowiec nawiązujący do estetyki rozrywki dla nastolatków i dwa że odebrał
mi kompletnie wiarę w to, iż wyprowadzi kiedyś jeszcze cios równie mocy jak The Help - wciąż żywą przy okazji mimo wszystko naprawdę dobrego powyżej wzmiankowanego
thrillera. Moja wiara może wówczas trochę już wtedy była nadwątlona, ale ja wtedy
bardziej obwiniałem spraną konwencję niż doszukiwałem się potknięć reżyserskich.
Teraz powtarzam – dojrzały reżyser to już przesadził! Fabuła jak to w takich
tandetnych produkcjach mocno jest naciągana, jakieś szyte grubymi nićmi zbiegi
okoliczności dominują, niby przypadkowe spotkania i co kluczowe z przeszłości
tajemnicze traumy wpływające bezpośrednio na psychiczne zaburzenia mają
stanowić paździerzowo atrakcyjną oś fabuły. Dziury scenariuszowe wołają o pomstę, nadużycia
w sensie wykorzystywania naiwności widza są bezczelne - nie do wybaczenia i
kropka. Oczywiście oglądanie tej produkcji nie jest torturą ale w dobrym kinie
przecież nie chodzi by unikać bólu, szczególnie gdy film to z gatunku mającego w
założeniu wzbudzać trwogę. Nawet jeśli
aktorsko jest ogólnie w porządku, krew
się poleje i obłędu jest sporo, to nie wpływa to tym razem na zmianę
przekonania, że to nic wyjątkowego ani też nawet w miarę dobrego. Słabiutko, lepiej
było projekt wyrzucić do kosza i popracować nad koncepcją zgodną z potencjałem,
bowiem tym czymś nie ma się co chwalić Panie reżyserze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tate Taylor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tate Taylor. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 września 2019
środa, 2 listopada 2016
The Girl on the Train / Dziewczyna z pociągu (2016) - Tate Taylor
Tate Taylor zaliczył pozytywnie sprawdzian w kolejnym filmowym gatunku. Po debiutanckiej komedii (nie widziałem jeszcze, ale piszą że było ok), dramacie (The Help) i biografii (Get on Up) spróbował sił w thrillerze i udowodnił, iż mimo że stosunkowo późno zaistniał w reżyserskim świecie, to trzeba się z nim liczyć. Jego kino może i nie charakteryzuje się wyjątkową oryginalnością, gdyż nie jest tworzone przez ekstrawagancką osobowość, która przelana na ekran kreuje dzieła wybitne. Jednak z pewnością posiada człowiek świetny warsztat i z powodzeniem opowiada ciekawe filmowe historie. Starannie dobiera materiał wyjściowy i do projektu angażuje odpowiednią brygadę fachowców, która sama w sobie gwarantuje jakość. Tym razem przede wszystkim trzy zjawiskowe babki, świetne aktorki idealnie wywiązujące się z powierzonych im zadań, grające wybornie mimiką - kapitalnie uchwyconą przez operatora. Oraz legendę muzyki filmowej w osobie Danny'ego Elfmana, który co jasne doskonale wiedział jak tajemnicę podkreślić odpowiednimi dźwiękami. The Girl on the Train to tylko albo aż bardzo dobry klasyczny thriller psychologiczny z wątkiem kryminalnym, gdzie główną rolę odgrywają palimpsesty alkoholowe, zwidy, projekcje umysłu, manipulacje w obrębie wspomnień, poczucie winy, instynkty i uzależnienia także w formie żądz. Wszystko charakterystycznie po amerykańsku podlane odrobiną naiwności, nieco naciągane ale nie aż tak intensywnie by granica z kiczem została przekroczona. Widać że Taylor panuje nad sytuacją, a poplątana historia finalizowana stonowanym twistem nie wymyka mu się z łap ani na chwilę. Jeśli Zaginiona dziewczyna Davida Finchera w oczach widzów zasłużyła na status hitu, to także Dziewczyna z pociągu Tate'a Taylora ma do tego predyspozycje i prawo.
czwartek, 19 marca 2015
Get On Up (2014) - Tate Taylor
Nie mam ani jednej płyty Jamesa Browna, ale doskonale rozumiem jego przekonanie o ogromnym wpływie na oblicze muzyki rozrywkowej. Funk, soul, gospel, r'n'b, blues i rock'n'roll, czyli pełna fuzja niemal wszystkiego w jednym. Tu muzyka rzecz jasna głównym aktorem podczas projekcji, a Tate Taylor na słowa uznania niewątpliwie w moim przekonaniu zasługuje, gdyż tą biografię udanie i z wyczuciem ubrał w formę jednoznacznie nasuwającą skojarzenia z muzycznym dorobkiem "Pana Browna". Znaczy jest ona widowiskowa, pełna dynamiki, emocjonalnego tła i przede wszystkim kapitalnej zabawy. Atłasowy James Brown znaczy brokatowy kicz na pierwszym planie, a pod tą fasadą tandety prawdziwa pasja. W tej piersi drzemał silny duch, charyzma i niebywała wewnętrzną motywacja. Jego osobowość skrajnymi warunkami kształtowana, w dzieciństwie wyraźnie okaleczona, w życiu dorosłym popularnością i materialnym przepychem rozpieszczana takiego oryginała finalnie światu przyniosła. Nieokiełznanego na scenie, nieprzewidywalnego w życiu prywatnym, nawiedzonego kaznodzieje, zawodowego tyrana, który pomimo wielu przywar jedną istotną zaletę posiadał. Doskonale spiął show i biznes, sukces osiągnął i na zawsze zapisał się w historii muzyki. Gapiłem się jak zaklęty w popisy jakimi czarował Chadwick Boseman - ruch, taniec, subtelne gesty, w rozpasaną manierę i ten immanentny sposób nawijki. Za to należą się gromkie brawa aktorskiemu rzemiosłu Bosemana, który wybornie w odtwarzaną postać się wcielił, a pomysł scenarzystów i reżysera na bezpośredni sposób narracji, zwracanie się centralnej postaci wprost do widza, użycie sugestywnych spojrzeń w stronę kamery oraz fabuła z chronologicznymi przeskokami równie ekscytujące wrażenie zrobiła. Dla mnie bomba, bo ten swoisty groove w obraz, muzykę i treść wtłoczony rzeczywiście wprawiał w ruch całe moje wnętrze.
piątek, 16 maja 2014
The Help / Służące (2011) - Tate Taylor
Będzie pompatycznie z egzaltacji tonażem bo i tak być musi! Przyznaje, że mam słabość do obrazów co środkowe lata XX wieku ukazują, a do tego forma prostej życiowej opowieści jest mi równie bliska. Stąd Służące już na starcie szansę otrzymały i z oczekiwaniami sporymi się zmierzyły. Efekt konfrontacji zaiste dla obrazu zupełnie mi dotąd nieznanego reżysera wyśmienity! Poprzeczka wysoko umieszczona z gracją pokonana z zapasem sporym, bo to film skromnie mówiąc wspaniały, bez wątpliwości do kanonu dzieł wyjątkowych w moim mniemaniu aspirujący. Pod każdym względem doskonale skrojony z szacunkiem dla najlepszych tradycji sztuki filmowej - bez przesady, przekombinowania, silenia się na oryginalność. W odpowiednich proporcjach wstrząsający, wzruszający, permanentnie kształcący ale i miejscami zabawny by równowagę naturalnie zachować. Obraz radykalnego białego Mississipi celnie oddany, południe w obłudzie zatopione, w pokazowej manierze na nabożeństwa uczęszczające, pozornie oddane wartościom szlachetnym by w rzeczywistości każdym swym czynem im zaprzeczać. Wyzyskiem, pogardą, przemocą i wszędobylskim poczuciem strachu bliźnich obdarowujące - ukrywające się pod tandetą wypielęgnowanej fizyczności, landrynkowego anturażu, a w rzeczywistości buractwem, prostactwem, zwykłym prymitywizmem śmierdzących. Szczęśliwie wśród tego prowincjonalnego zepsucia, takich licznych ewolucyjnych porażek z cudem człowieczeństwa, białymi odstępstwami od wydmuszkowej tandety się spotykam i odwagą tych ludzi co pokorą od lat kształtowani. Jest impuls, jest zaangażowanie, jest heroizm to muszą przyjść i zmiany, choć proces to długotrwały i ofiary pochłaniający niestety. To wszystko nie jest jednoznaczne, proste i oczywiste, bo życie przecież skomplikowane, a człowiek istotą niedoskonałą, co definiując sobie dla wygody stereotypy, paradoksalnie tak bardzo rzeczywistość gmatwa. Stąd nauka by sądów pochopnie nie wydawać, w skostniałej, pretensjonalnej i jałowej emocjonalnie egzystencji się bezmyślnie nie zatracić. W każdej chwili coś zmienić można - nawet matka Skeeter też czegoś się od służby nauczyła! Nie wszystko złoto co się świeci i nie każdy białas to ignorancki dupek. :) Trzeba tylko w swoim życiu, szczególnie w momentach newralgicznych na wartościowych ludzi trafić i umieć skorzystać z ich mądrości. Prawdą niewątpliwą, że jesteśmy tacy jak ci którzy naszemu dojrzewaniu towarzyszą, a SZACUNEK bezcenną zapłatą za trud - z nim krzyż dużo lżejszy. To za każdym razem zadziwiające - dzięki takim obrazom wiem, że będę lepszym człowiekiem. POWAGA!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



