Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Immolation. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Immolation. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2026

Immolation - Descent (2026)

 

Przy poznawaniu i rozgryzaniu poprzez wgryzanie, w przypadku płyt Immolation sprawa jest zawsze szczególna. Rolę odgrywa kluczową, tak ostatnimi czasy wkręcenie (tak najbardziej od Atonement) oraz wciąż brak fanowskiego obeznania poprzez przekonanie się do przede wszystkim materiałów startowych, jak i każdego z tych późniejszych, od których odpychało mnie (miałem swego czasu na licencyjnych taśmach zestaw od trójki do siódemki) dewastujące brzmienie - ekstremalnie ciemne, duszne, produkcja gęsta i przymulona. Próbowałem ale poległem, za starych czasów nie osiągnąłem upragnionego uparcie punktu wejścia, gdyż prócz kwestii kręcenia gałkami nie złapałem ducha - do smoły i demoniczności ówczesnej nie dojrzałem. Nie zatrybiło i się tym samym nie tęskniło, więc jak już dzisiaj mam wiedzę, iż dwa pierwsze krążki podobno dysponowały większą selektywnością, to i tak nie znajduję na razie czasu aby odszukać i zweryfikować przekonania. Skupiam się na tym co współcześnie w wymiarze szerokiego wachlarza interesujących mnie stylistyk, a może bardziej poszczególnych ekip jakie bez względu na gatunkową przynależność uznaje za oryginalne i przez to fascynujące, a Immolation tak naprawdę poznając na nowo (od czasu uważam istotnie zmieniającego mój stosunek Atonement) - wpadając w łapska Nowojorczyków najczęściej przy okazji wydania nowego albumu. Zatem mam od kilku dni do dyspozycji Descent i staram się go ogarniać, tak z perspektywy pełnowymiarowego krążka, jak i oczekiwań jakie wzbudziły przed premierą promowane single. Przychodzi mi to podobnie łatwo i ciężko jak poprzednio, ale z przewagą przyciągającej ciekawości nad przytłaczającym rozmachem i dziwną, osobną ciężkością Immolation, pośród przedstawicieli amerykańskiej szkoły death metalu. Chcę prze to dać do zrozumienia, iż po raz kolejny czytelna, zbalansowana i zniuansowana produkcja stawia go pośród tych zestawów numerów, do których zabieram się bez balastu niechęci do kwestii studyjnej obróbki. Stąd badam Descent na przyjemnym lajcie, ale po wybrzmieniu ostatniej nuty, jak to zwykle czuję się zmasowanym atakiem wirtuozerii przeorany i potrzebuję odmiany, jakbym musiał po sesji przewietrzyć pomieszczenie, bowiem zrobiło się w nim nazbyt zawiesiście, by mój układ oddechowy zniósł kolejny seans łomotu, bez rozdzielenia ich czymś mniej wymagającym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż w historii Immo było znacznie więcej uderzeń bardziej przytłaczających, ale ja jak donoszę mam bardziej ograniczone doświadczenie i głównie nowość odnoszę do dwóch ostatnich studyjnych rzeczy. Tym samym myślę, że bliżej Descent Acts of God, niż w pewnym sensie przyjaźniejszemu szaleńcom z doskoku korzystającym z uroków milenia death metalowego Atonement. Kolejny to przemyślany krok udoskonalający własny sposób młócenia lub z drugiej mańki, następny ruch łopatą aby okopać się na wcześniej zdobytym terenie, gdzie zespół zdążył obrosnąć kultem. Nie ma na co utyskiwać, bo wszystko tutaj w kategoriach "album Immolation" jak powinno gra (zajebiście gra - dudnienie przez które słychać cykanie, sekcja, riffy, szczątkowe, gustowne melodie, wreszcie popisy), lecz gdyby ktoś chciał poznać zdanie jedynie w 1/3 nie laika, to nie nagrali drugi raz z rzędu czegoś bardziej mnie hipnotyzującego od Atonement. 

P.S. Plus na korzyść 13 nad 12, że jest krócej, a przez to szybciej można doczekać się oddechu, po otwarciu okien. ;)

piątek, 23 sierpnia 2024

Immolation - Kingdom of Conspiracy (2013)

 

Niech mnie ogień piekielny pieści, a może w ekstremalnym i w tych okolicznościach bardziej trafionym złorzeczeniu, niech mnie indywidualny sąd przedostateczny skaże na otwarte bramy raju, gdzie totalnie nudna świętoszkowatość podobno trafia, ale ja nie napiszę że uwielbiam Immolation sprzed przełomu brzmieniowego, bowiem (no k!) lubię pośród zmasowanego ataku usłyszeć te wszystkie detale z jakich death tych skubańców słynie, a nie na słowo wierzyć iż one tam są pod warstwą zajebiście szorstkiego, ale jednak według praw skrajności, zbyt mało sterylnego dźwięku. Nie dziwie się jednak, iż true fani Jankesów mogą utyskiwać dla odmiany na czyste i pewnie podbijane nowoczesnymi metodami brzmienie, kiedy będąc z Immo od startu został ich słuch przyzwyczajony do mułu. To naturalne bowiem, że do wszystkiego można przywyknąć, a aparat słuchowy ma tą wrażliwość specyficzną, iż dostosowuje się z czasem tak do specyfiki kręcenia suwakami, jak i rzecz oczywista do brutalności odsłuchiwanego stuffu. Zatem zapewne gdybym był wytrwały to od lat byłbym za pan brat z pierwotnym brzmieniem ekipy Rossa Dolana, a nie takim jak obecnie nowym nabytkiem pośród przygłuchych już fizycznie fanów. W takim razie kiedy biorę się za zarchiwizowanie odczuć względem Kingdom of Conspiracy, to robię to w układzie odniesienia dwóch najnowszych albumów tej kultowej w środowisku formacji, a nie rozpatruje go jako ósmego albumu w dorobku. Nie mam najzwyczajniej potrzebnej w tym celu pogłębionej merytorycznie wiedzy, a jedynie własne wrażenia bardzo świeże - bez sentymentu i nostalgii. Nie wystukam stąd w klawiaturę, poświadczając własnym nazwiskiem przekonanie iż ósemka to standardowy zestaw numerów w stylu Immolation i że akurat tutaj nie znajdzie się nic co by mogło zaskoczyć, prócz rzeczonego, a z tego co dosłuchuje od Majesty and Decay zmodyfikowanego podejścia do materiału rejestracji. Chaosu pierwotnego i brudu człowieku nie uświadczysz takiego jakbyś jako szalikowiec oczekiwał, bo przez tą sterylność zrobiło się przynajmniej na pozór może przede wszystkim mechanicznie, ale kiedy sobie tak zestawiam rzeczony z Atonement i Acts of God to też wydaje się on biedniejszy, mniej porywający - bez fenomenalnych zatem podnoszących włosy na przedramieniu faz niemalże progresywnego traktowania linii melodycznej. Przez to że głównie postawiono na sterylne aranżacje, czasem tylko urozmaicane jakąś bardziej chwytliwą akcję (Indoktrinate), dostajemy raczej granie szablonowe i zapewne mniej fascynujące od tego w którym pojawiało się uczucie sytości, od chaosu i ostrych jak brzytwa cięć. Ci co się znają piszą (zerknąłem) że czuli niedosyt, ale oni zestawiali z głębszą przeszłością, a ja stawiając obok prac najbardziej współczesnych mam podobne emocjonalne wnioski - co jest tak samo ciekawe, jak jednoznacznie udowadniające, że akurat Kingdom of Conspiracy nie jest szczytem możliwości Immo. Zgoda, pełna zgoda - zgoda ponad podziałami. 

sobota, 5 marca 2022

Immolation - Acts of God (2022)

 


Obstaje przy przekonaniu, iż póki zaległości w dyskografii Immolation nie nadrobię i naturalnie tym samym pewnie się w tej materii nie poczuję (szczerze, to nie zapowiada się to chyba), to archiwizowane subiektywne odczucia, przez filtr eksperckich opinii zamierzam przesiewać. Wiązać się to będzie z pokorą moją wobec własnych refleksji i przekładać na ich całkowicie pozbawiony radykalizmu obraz. Tak się składa że Acts of God, to zaledwie drugi album nowojorczyków, który odnajduje się w moich osobistych preferencjach muzycznych. Atonement zupełnie zmienił moje myślenie o ich twórczości i rad jestem, że Acts of God podąża podobnym chociażby brzmieniowo kursem. Kapitalna wyrazista produkcja, która nie gubi po drodze jednego nawet (w obfitym bogactwie jak zwykle) kunsztownego technicznego ornamentu i szczodrze dźwiękom dodaje siły witalnej, a transowej charakterystyce riffu sugestywnego tonu. Gęsta praca wioseł i równie intensywna pałkera robota plus może monotonny i oczywiście przypisany do brutalnego amerykańskiego death metalu ryk gardłowy, w tej kombinacji sygnowanej logo Immolation trafia do mnie. Tym samym uzasadnione jest wyrażenie mojego zadowolenia, chociażbym z muzyką Immolation nie był dotychczas związany, ni to gustem, ni to sentymentem. Zdaję sobie sprawę doskonale, iż jest wielu takich którzy o twórczości Immolation wiedzą wręcz wszystko i swoje uzębienie nieraz z sadystyczną przyjemnością łamali na zawartości ich klasycznych krążków. Stąd jako niemal kompletny neofita, mam oczywiste hamulce w kwestii napinania się, tudzież puszenia wyrażając bez koniecznego obeznania osobiste "mądrości". Spinając teraz klamrą wstęp i nieuchronnie zmierzając do kropki, siłą rzeczy oprę się jeszcze na wiedzy czerpanej od fanów i krytyków z tematem Immolation silnie zaprzyjaźnionych. Oni piszą, że jest jak na zespół o tak ogromnym stażu scenicznym zaskakująco świeżo, a symbioza pomiędzy techniką genialnego riffu oraz brzmieniem przekłada się na monolit który nie męczy, a wręcz hipnotyzującą energię wyzwala. I ja się z tym zgadzam, bo on mi to samo dokładnie robi, dodając że on mnie to robi dopiero drugi raz z rzędu, a tym bardziej to warte podkreślenia, iż ja już od dość dawna z mięsistym death metalem nie mam po drodze. Zastanawiam się tylko czy sympatia zarówno do Acts of God jak i w sumie też niedawno Atonement odkrytego, za chwilę nie uleci, bowiem śmierć metal to wymagająca jednak młodzieńczej werwy i odporności psychicznej muzyka. Muzyka potwornie skomplikowana i przytłaczająca, która generalnie to nie odpręża, a ja obecnie to tylko relaksu od nuty oczekuję.  

wtorek, 8 lutego 2022

Immolation - Atonement (2017)

 


Sytuacja wygląda tak mianowicie, iż jakakolwiek dotychczasowa, a już przed wieloma laty podjęta próba interakcji z twórczością Immolation kończyła się jedynie wyrażeniem szacunku dla technicznej wirtuozerii i niezrozumienia dla potwornie zamulonego, groteskowo wręcz masywnego brzmienia. Czułem znaczy i w nawiasie dodam, iż nie tylko dlatego że mi zewsząd koneserzy death metalu wmawiali jakoby to w gatunku rzecz wyjątkowa, ale mam nadzieję że ze względu na własny zmysł muzycznego smaku, iż w tym smolistym brzmieniu i kompozycjach pełnych zawijasów jest wielka wartość, której zwyczajnie odkryć w pełni i docenić maksymalnie w stanie nie jestem. Amerykański death bowiem nigdy mnie nie wciągnął tak mocno, jak czyniła jego skandynawska odmiana, więc naturalnie zamiast siłować się z jego jankeską wersją, skupiałem się na smakowaniu jej północnej formuły. Na wysokości Unholy Cult poddałem się zatem całkowicie i aż do dzisiaj nie próbowałem podnieść tej "gwiaździstej" rękawicy. Stało się tak jednak, że promocyjne materiały dotyczące nadchodzącej właśnie Acts of God do mnie dotarły i dwa numery z tej zapowiadanej na luty płyty opętały mnie kompletnie. Zacząłem wnikliwie czytać co i jak od czasu Unholy Cult w ich muzyce się zmieniło i bardzo szybko w ocenach dziennikarskich się pogubiłem. Dokładnie to w szczegółach jak mi one w świadomości namieszały napiszę, gdy już komplet nowych kompozycji przyswoję i jako względny neofita odważę się tutaj własne zdanie o nich wyrazić. Teraz bowiem zajeżdżam ostatni jak dotąd studyjny materiał i stwierdzam wyraźnie, że albo ja do tej pory nic nie rozumiałem, albo gdzieś po drodze tak istotnie zmieniała się nuta Immolation, że właśnie od dzisiaj nadrabiając zaległości będę mógł cieszyć uszy kolejnymi znakomitymi dziełami ekipy z Nowego Jorku. Atonement brzmi genialnie, Atonement wyrywa z obuwia, bo Atonement poraża warsztatem aranżerskim i biegłością instrumentalną. Atonement przeraża siłą oddziaływania, bo chłoszcząc progresywnym death metalem wciąga hipnotyzując i nie pozwala się od siebie oderwać, aż każdy kolejny i zaraz natychmiast za nim następny detal nie zostanie dostrzeżony, a kapitalny motyw i melodia opętując swoim brzmieniem nie zacznie przez powtórzeń zatrzęsienie lekko zamęczać. Kopara mi opadła, bo za cholerę nie spodziewałem się że tak dzisiaj grają i co najważniejsze, iż z taka intensywnością do mnie przemówią. Wrażenia akustyczne jakimi Atonement czaruje, to raz charakterystycznie rozedrgana struktura, dwa struktura tak rozedrgana że nie pozbawiona kapitalnych harmonii i te dwie skrajności oraz cały pozostały arsenał smaczków w jedno doskonałe dzieło spinająca. Wielkim walorem nastej płyty Immolation jest jej wyrazistość i brak powodów dla których nawet dość miernie osłuchany miłośnik death metalu mógłby stwierdzić, że one zlewają się w jedną masę powiązanych ze sobą mało spójnych pomysłów. Death metal Immolation to twór w pełni skończony, w znaczeniu że zawiera w sobie wszystko co powyżej wychwaliłem i wręcz piosenkowego charakter, w którym jest wstęp, rozwinięcie, solówka i zakończenie, a wszystkie komponenty mają wspólny mianownik czyniący całość po prostu znakomitym aranżerskim dziełem. Nie wiem jeszcze co kryje się wcześniej, czym są i jak będą mi smakować wszystkie materiały dotąd nie rozpoznane, ale zakładam że Atonement nie jest wynikiem ogromnych zmian stylistycznych, a wypadkową dłuższej ewolucji, więc mam apetyt i nadzieję na jego zaspokojenie. Póki co niech się ON kręci, dla chwały amerykańskiej odmiany gatunku i mojej rzadkiej przyjemności z jej wielkości odkrywania.

Drukuj