Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jane Campion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jane Campion. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2026

Holy Smoke / Święty dym (1999) - Jane Campion

 
 

Zaskakująco dużo poczucia humoru, brytyjskim charakterem (w wydaniu konkretnie australijskim) przesiąkniętego, w filmie o tematyce śmiertelnie poważnej. Bez niego być może historia z pozoru „uwalniana od sekciarskiego ześwirowania” przybrałaby wyłącznie specyfikę nie do zniesienia, nabrzmiałą od histerycznej powagi. Nikt tu na szczęście niczego wprost nie ocenia - postaw zachowań czy motywacji. Więcej, sama Campion jak często bywa z premedytacją prowokuje do wzmożonego oburzenia, a to co z ekranowego kosmatego podpuszczania wynika, poddane zostaje wyłącznie wartościowaniu widza, ale rzecz jasna pomiędzy wierszami i w reakcjach aktorskich, sugestii jest bez liku. Rola Harveya, przemiana w działaniu ciekawie zostaje rozpisana, gdy z początku do akcji wkracza z impetem i od razu dominacje przejmuje, by wraz z rozwojem wydarzeń zupełnie stracić przewagę. To fascynujące w jaki sposób i jakie metody i techniki wpływu stosuje, by przed inną manipulacją uratować, ale też znakomita Kate nie pozostaje dłużna (to sedno tego obrazu), kiedy swoją zmysłowością młodą potrafi dojrzałego by się wydawało faceta owładnąć. To uwikłanie w gierkach jest niezmiernie interesujące, więc dyskusje pomiędzy parą głównych bohaterów to najlepsze co wydaje się mogło tej zmieniającej w trakcie charakter historii się przydarzyć. Wtedy do głosu dochodzi samo gęste emocjonalnie, zaczynamy rozumieć iż umysł jest buntownikiem, a nie sługą. Finał „dymu” jest na grubo, dramatycznie humorystyczny - groteskowo tragikomicznie zaskakujący. W sumie to rozwój sytuacji, scenariusza zawijasy powinny mnie na takie odjechane nieco rozwiązanie przygotować. :) Dobra zatem to psychologiczna rozkmina w lekko rozrywkowej formie i w filmografii Campion może nie to co najlepsze, co interesująco urozmaicające ogólnie ambitnie i niepokojąco przede wszystkim poważne. 

P.S. Ciekawi mnie czy Campion słabość iz amiłowanie do Keitela kochanka, sięgała dalej niż tylko poza zawodową styczność. AI oficjalnie twierdzi iż „Jane Campion i Harvey Keitel, mimo że są wybitnymi postaciami kina, prywatnie nie są parą. Łączy ich jednak wieloletnia, zawodowa przyjaźń i głęboki wzajemny szacunek, ukształtowany podczas pracy nad filmami".

poniedziałek, 4 marca 2024

The Portrait of a Lady / Portret damy (1996) - Jane Campion

 

Panna na wydaniu, dokładnie majętna dama na wydaniu w anturażu dziewiętnastowiecznej Europy, czyli co mogło pójść nie tak, kiedy Jane Campion po sukcesie obsypanego zaszczytami Fortepianu, w taki czarująco uroczy pod względem wizualny melodramat się zaangażowała. Nic nie mogło i zasadniczo nic niezgodnie z planem nie poszło, prócz faktu, że pomimo nominacji, tym razem obeszło się bez nagród z najwyższej półki, choć obiektywnie rzecz biorąc sporo dobra w tym subtelnym widowisku zasługiwało na konkretne branżowe wyróżnienia. Muzyka Wojciecha Kilara i urzekająca wizualnie scenografia, także nie szczędząca maestrii operatorska robota i aktorskie majstersztyki całej obsady, na które nie mam wątpliwości, iż decydujący wpływ miało znakomite poczucie aktorskiej estetyki Jane Campion - bo jak inaczej, kiedy mowa o charyzmie i reżyserskim poziomie mistrzowskim. Niestety obeszło się bez wora laurów i skończyło dla twórców tym samym zapewne lekkim w owym czasie rozczarowaniem, ale przecież rzadko się zdarza, iż w przeciągu tak krótkiego czasu, nawet najlepsze produkcje największych osobowości taśmowo Oscary przytulają. Ot tak - każdy musi swoje w tej pętli odczekać. :) Niemniej jednak Portret damy zasługuje na uznanie i komplementy, a oprócz dogłębnej merytorycznie i przekonującej artystycznie analizy samego tematu (opowieści o kobietach uwięzionych nie tylko przez pełne konwenansów społeczeństwo w którym żyją i niemożności realizowania swoich marzeń, ale także przez same siebie - przez swoje decyzje, związki, zobowiązania, jakie na siebie przyjęły - podpierając się znalezionym cytatem), w mojej męskiej pamięci najbardziej pozostaną wręcz genialna retro czarno-biała „wstawka”, ciekawa sekwencja napisów początkowych sugerująca uniwersalność esencji problematyki i wspomniana już pobieżnie w ogóle i w szczególe przepiękna, przebogata scenografia – coś cudownego. Po wybitnym Fortepianie stworzyła Campion kolejny sensualny portret kobiecej/ych postaci z epoki, biorąc na warsztat powieść uznanego za mistrza obserwacji psychologicznej Henry'ego Jamesa i bez względu czy oddała w stu procentach jej potencjał (znający pierwowzór piszą że nie), to w zupełności mnie ponownie przekonała, że nie ma się co bać kostiumowych melodramatów. Co się wciąż udaje bardzo nielicznym.

piątek, 3 grudnia 2021

The Power of the Dog / Psie pazury (2021) - Jane Campion

 

Mocno mi Benedict tą kreacją zaimponował, trudno bowiem było mi go sobie wyobrazić, jako kawał rzutkiego cowboyskiego skurwiela, a on cyk - znokautował. Ale chyba nie trudno o kapitalne granie, kiedy za sterami zasiada reżyser/ka przywiązana obsesyjnie do każdego szczegółu i tym samym zapewne wymagająca koncertowo wykonanej roboty. Tak też wybornie każda z postaci z kart scenariusza na żywy ekran miała zaszczy zostać przeniesiona i trzeba za tak doskonałą robotę motywacyjną, twórczynię oscarowego scenariusza Fortepianu komplementować. Może poniesiony entuzjazmem za wysoko stawiam jej wpływ, porównując na przykład z mega mistrzostwem Paula Thomasa Andersona i jego oddziaływania na Daniela Day-Lewisa i Paula Dano w Aż poleje się krew, ale pal licho, niech ma, niech czuje się doceniona. :) Tym bardziej, że klimat jaki na potrzeby przygnębiającego dramatu osadzonego w westernowym anturażu wykreowała, to taka najbardziej soczysta atmosfera gatunkowa, z której sączy się kropelka po kropelce aromatyczna stylistyczna esencja. Obraz jest fenomenalnie dopieszczony grą światła, a muzyka z tła wychodząca często z cienia na pierwszy plan, raz dosadnie podkreślając epickość formy, dwa charakterystycznym brzmieniem strun banjo wyostrzając podskórny puls i napięcie w osobowościach bohaterów i relacjach pomiędzy nimi wrzące. Ciche spięcia i będące konsekwencją ich narastania burzliwe tąpnięcia. Coś tajemniczego i niepokojącego obejrzałem zarazem, także ciepłego i ludzkiego, bo to film nie tylko o złych ale i dobrych ludzkich emocjach. A o czym konkretnie ta historia? O dwóch braciach po przejściach i z różnicami charakteru oraz natury ich osobowości. O psychicznie niestabilnej kobiecie, z którą jeden z braci się związał oraz o jej synu o mało męskim usposobieniu i wątłej fizyczności. To kawał tematu i kawał dobrego kina z niego wyciśniętego. Długo na coś tak artystycznie wyrazistego i fabularnie intrygującego od Jane Campion czekałem. Zasysa i osacza. Zrobiło mi dobrze, gwarantuję, iż zrobi dobrze również zawodowej krytyce.

P.S. Już w czasie seansu do mnie dotarło, dlaczego Benedicta akurat do roli Phila Burbanka Campion potrzebowała. On się przecież znakomicie do niej nadawał, kiedy rola wymagała mizernego chłopczyka, który okolicznościami zahartowany, na zewnątrz, na pokaz twardym skurwielem się staje. I ja taki wybór castingowy bardzo popieram. 

środa, 12 grudnia 2018

The Piano / Fortepian (1993) - Jane Campion




Trochę mi wstyd, iż interesując się wartościowym kinem nie od dziś przecież, dopiero ćwierć wieku od premiery najgłośniejszy dramat w dorobku Jane Campion obejrzałem. Biorę oczywiście poprawkę na fakt, że będąc wówczas w roku 1993 kilkunastolatkiem, to zrozumiałe iż tego rodzaju melodramatyczne kino nie przyciągnęło mojej uwagi i wolałem zamiast ambitnego romansu oglądać przykładowo mocne seanse gangsterskie, czy inne bardziej dynamiczne hollywoodzkie produkcje. W międzyczasie głośny Fortepian odszedł w cień, a ja całkowicie zapomniałem o jego istnieniu - stając się jednakowoż klasycznym i już ikonicznym obrazem w historii kinematografii, stąd czas na niego w moim kameralnym domowym zaciszu przyjść musiał i właśnie przyszedł. Wrażeń po seansie wór cały, jednak co w najwyższym stopniu mnie zachwyciło, to dwie genialne role które pośród innych równie dobrych zrobiły na mnie wrażenie kolosalne. Holy Hunter w roli niemej lecz niezwykle ekspresyjnej kobiety, wyrażającej swoje uczucia głównie za pośrednictwem gry na ukochanym instrumencie, jak i za pomocą bogatej gestykulacji towarzyszącej zimnej mimice oraz Anny Paquin, tutaj jeszcze jako dziecko kreującej rolę wyjątkowo rezolutnej i ekstrawertycznej córki głównej bohaterki. Duet fantastyczny, szczególnie przez wzgląd na dyspozycje psychiczne i cechy osobowościowe rewelacyjnie odtwarzanych postaci, jak i ukazane genialnie przez reżyserkę relacje bliskości pomiędzy matką i córką. Obok nich dwóch bohaterów płci męskiej i wyraźna zabawa Jane Campion stereotypami powiązanymi z samczym fizycznym obliczem. Z pozoru dzikiego Harveya Keitela, w którego głębi zakamuflowany samotny wrażliwiec o posępnym wyrazie twarzy i Sama Neilla jako mężczyzny o łagodnej powierzchowności, lecz sfrustrowanej osobowości. Pomiędzy nimi (samcami od pociągających damskich wdzięków na kolonizowanych wyspach odizolowanymi) kobieta szalenie intrygująca, stąd cały wachlarz burzliwych przeżyć emocjonalnych o intensywnym dramatycznym zabarwieniu widz obserwuje i nie trudno mu głęboko w przeżywaną opowieść się zaangażować, bowiem jej wymiar jest niezwykle sugestywny, a wartość poznawcza wielowymiarowa. Nie trudno też jest mi zrozumieć, że przed dwudziestoma pięcioma laty, w kontekście czasu i miejsca akcji dramatu, było to kinowe doświadczenie igrające intensywnie ze skostniałym porządkiem ról społecznych przypadających ze względu na płeć, a dobitnie feministyczna natura twórczości Jane Camipon wzbudziła sporo dyskusji. Odważny w sensie merytorycznym i bezpośredni w obrazie film przyciągnął uwagę, jednak nie tylko i wyłącznie przez pryzmat kontrowersji, ale wzbudził zasłużenie zainteresowanie i przychylność krytyki przez wzgląd na swój artystyczny charakter i ekscytującą emocjonalność zawartą tutaj w genialnych kreacjach aktorskich i wyjątkowo fascynującym wykorzystaniu motywu tytułowego fortepianu, będącego w zasadzie osobistą alegorią kobiecych potrzeb natury zmysłowej. Bowiem dotyk zdaje się posiadać tutaj kluczowe znaczenie, a sensualny wymiar kontaktu z instrumentem stanowi jedną z wielu metafor istotnych dla prawidłowego zrozumienia sensu treści filmu. Przyznaję się, iż Fortepian teraz "za mną chodzi" i wciąż ostro eksploruje zawarte w nim symboliczne akcenty, na bieżąco dodając do odkrytych już znaczeń i dokonanych konkluzji nowe interpretacyjne wątki - a to tylko działa i przemawia na korzyść dzieła Campion.

Drukuj