Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 sierpnia 2026

Death - Spiritual Healing (1990)

 

Przeglądałem którejś prawie nocy (czas późnowieczorny wypełniając) rolki na fb i pojawiła mi się taka jedna wykorzystująca możliwości AI, jaka ożywiła okładkę Spiritual Healing i wtedy dotarło do mnie, że pierwszych trzech albumów LEGENDY nie mam dla swoich potrzeb zarchiwizowanych, więc czym prędzej zapuściłem ostatni chronologicznie z brakujących i kilka refleksji natychmiast we łbie mi się pojawiło. Pierwsza zasadnicza, że ja przez lat wiele za najciekawszy czas ewolucyjny w muzyce Death spostrzegałem od Human, a powód leży w czasie i okolicznościach, bo gdy zaczynałem odkrywać dla mnie przyjemnie satysfakcjonującą estetykę death metalu, to akurat już gdy taśmy licencyjne na rynek u nas weszły i tym samym Human jako ten z numerem katalogowym MASS0001 Metal Mind Productions sobie opatrzyłem i etykietę przyklejając, błędnie osadziłem. Drugi powód nie muzyczny, to oczywiście seria okładkowej spójności pomiędzy jedynką, dwójką, a trójką poczyniła przekonanie, że ten dla mnie istotny etap dla Death właśnie od czwórki o odmiennej szacie graficznej się zaczyna. Jest jednako jeden powód i powód to czysto muzyczny, że cholera jasna największy skok Death poczynił właśnie między Leprosy, a Spiritual Healing - zmieniając kurs z brudnego, siarczystego grania, raczej względnie prymitywnego, na ten przewracający amerykański death metalowy stolik i tworzący kompletnie nową jakość i podgatunek w śmierć metalu. Nawet jeśli da radę na Leprosy znaleźć motywy jakie zapowiadają poniekąd zamiłowanie do komplikowania (Left to Die), to dopiero na rzeczonym/opisywanym dzieją się rzeczy nawet i rewolucyjne. Z obowiązku dodam, że wtedy też zaistniały w składzie istotne zmiany, które zwiastowały przyszły system budowy składu przez Chucka, że nikt oprócz sternika, nie ma pewności obecności na kolejnym albumie, a wielkie nazwiska albo już statusem gwiazd estetyki spowite, bądź dopiero u boku Chucka do tej rangi dorosłe, pchają się do współpracy z nowym prorokiem sceny. Na Spiritual Healing zagrał taki już z dorobkiem James Murphy - wioślarz co potrafił odtworzyć pomysły szefa, a i zapewne swoje trzy grosze jako nie byle kto do ich aranżacji wtrącić. Pojawiają się błyskotliwe pojedynki gitarowe i mam wrażenie, że chemia pomiędzy gitarzystami jest na poziomie jaki gigantycznie ambitny Schuldiner od skrojonego tandemu wymagał. Ten radykalny krok "ojca dyrektora" powoduje, iż wszystko się klei tu znakomicie, a rozkwit jest tylko kwestia czasu, co okazało się prawdą i stanem rzeczywistym, lecz w przyszłości już bez Murphy'ego, który będzie robił jeszcze swoje, a i inni znani zdarzy się że go przytulą i z nim nagrają na przykład swój najznamienitszy w karierze album - patrz prze-znakomity The Gathering Testamentu. Wracając do gwiazdy recki dodam jeszcze, że głupi byłem, iż na jakiś czas kontakt (nie rozumiem, nie rozumiem) zarzuciłem, bowiem tak dynamicznie zakręconego i tym samym szalonego albumu (pomostu pomiędzy starym, a nowym) w dyskografii LEGENDY już nie da się odnaleźć. Od Human zaczyna się na dobre Death sterylny, kliniczny, a tutaj nadal (w tym rozwoju ku oryginalności) czuć napierdalankę oldschoolową. 

poniedziałek, 12 września 2016

Death - Individual Thought Patterns (1993)




Cztery wielkie nazwiska metalu zaangażowane w powstanie tego krążka. Na czele rzecz jasna ojciec założyciel, lider niekwestionowany tej legendy Chuck Schuldiner, a obok niego wybitni instrumentaliści. Gene Hoglan za perkusją, Steve DiGiorgio na basie i idealne dopełnienie składu jakim Andy LaRocque, nadworny gitarzysta Kinga Diamonda! Czy ze współpracy takich osobistości mógł powstać krążek słaby? Nie ma mowy! To więc jasne, że kilka poniższych linijek wypełnionych komplementami zostanie, a zachwyt sięgać będzie zenitu. Wszystko się tutaj zgadza, jest perfekcyjnie skorelowane na poziomie założeń i wykonawstwa. Brzmienie nazwałbym kliniczno-mięsistym tyle, że ekspresja tych przymiotników w takim układzie dość zabawna. Często też w opisywaniu death metalu one nadużywane i zbyt opatrzone, a przecież działania muzyczne Schuldinera tak oryginalne i wizjonerskie, iż recenzowanie ich w oklepany sposób zwyczajną zbrodnią i już. Zatem przekornie miast szukać określeń finezyjnych, lecz popularnych użyję słów pospolitych, aczkolwiek wyrazistych i napiszę, iż dźwięk jest masywny i wystarczająco selektywny. Wyrafinowane solówki pośród intensywnego wiosłowania eksponowane, szczelnie wypełniają skondensowaną przestrzeń. Podziały rytmiczne niezwykle gęste, pozornie chaotyczne, a w rzeczywistości będące idealnym porządkiem, w którym basowe wirtuozerskie pochodny i puls pobudzający groove uzupełniają treściwą pracę bębnów. Całość o frapującym posmaku awangardy, w której otwarcie na poszukiwanie świeżych rozwiązań i kreowanie nowego wymiaru wytrąca ekipę Schuldinera z ram death metalowego gatunku. Już na Spiritual Healing czuć było, że Death nie pozostanie jedynie ikoną brutalności, że Schuldiner posiada tak bogatą wyobraźnię i umiejętności by w przyszłości przełamywać schematy i sięgać poziomu imponującego. Human był tym właściwym przełomem, a Individual Thought Patterns i każde kolejne studyjne dokonanie to już dzieło poza wszelką dyskusją. Brać i konsumować, mlaskać, z zachwytu wzdychać i tak już trzecią dekadę. 

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Death - Human (1991)




Nie ma już od piętnastu lat na tym łez padole maestro Schuldinera, a mnie nieodłącznie towarzyszy, kiedy albumy Death odtwarzam pytanie, gdzie dziś byłby, w jakim muzycznym środowisku gdyby w tak młodym wieku nie przegrał z bezlitosną chorobą? Odpowiedź w pewnym sensie oczywista, bo człowiek z takim potencjałem kompozytorskim i taką wizją nie powielałby schematów, nie ograniczał się w zamkniętej stylistyce. W naturze swojej miał eksplorację nowych lądów, a potrzeba ich odkrywania była najistotniejszym motorem napędowym w jego twórczości. Precyzyjnie jednak kierunku rozwoju nie śmiałbym przewidywać, spekulacje pewnie by mnie ośmieszały i obnażałyby moje ograniczone horyzonty. Zatem nie porywam się na brawurowe wróżenie z fusów tylko okazję wykorzystam do bicia pokłonów przed pozostawionym nam maluczkim fanom dorobkiem mistrza. Skupię się w tym miejscu na krążku w pełni przełomowym dla flagowego okrętu dowodzonego przez Chucka Schuldinera. W moim przekonaniu to właśnie na Human rozpoczął się dla ikony wyścig wyłącznie z samym sobą, bo nie było dla nich konkurencji. Takie ekipy jak Nocturnus, Cynic, Pestilence czy Atheist wprawdzie trzymały poziom i na swój charakterystyczny sposób z impetem przesuwały czy poszerzały granicę, jednak w moim odczuciu nigdy nie sięgnęły tych szczytów, które zarezerwowane były wyłącznie dla Death. Może powód takiego stawiania spraw zawarty w subiektywnym braku pełnej kompatybilności pomiędzy moimi muzycznymi potrzebami, a stylem prezentowanym przez wymienionych. Może obiektywnie rzecz biorąc każda z tych grup była jedynie gorszą, bo wtórną odpowiedzią na geniusz formacji Schuldinera. Sprawa dyskusyjna, zatem by tekstu do rozmiarów elaboratu nie napompować i na zajadłe plucie jadem przez ekstremalnych fanów powyższych ekip się nie narazić napiszę koncyliacyjnie, że wielkość Death niepodważalna, a znaczenie wymienionych towarzyszy broni też znaczące. Human to niepodważalna klasyka, idealna konstrukcja mogąca być bez przesady nazywana intelektualnym death metalem. I nie mam tutaj wyłącznie na myśli skomplikowanych struktur instrumentalnych, lecz również teksty będące przenikliwymi obserwacjami natury człowieka z istotnym wpływem tez z pogranicza psychologii, socjologii i filozofii. To przede wszystkim odróżniało Death od setek innych ekip parających się ciężkim graniem, że w warstwie lirycznej nie odjeżdżali w pierdoły fantasy czy gore, tylko twardo stąpali po ziemi. Album przełomowy, epokowy, legendarny – bez dyskusji!    

czwartek, 30 stycznia 2014

Death - Symbolic (1995)




Gdybym w jakikolwiek sposób podniósł pióro, czy współcześnie klawiaturę :) na to dzieło w akcie samoukarania odrąbałbym sobie dłoń co zdania krytyczne spisała! Myśląc zatem trzeźwo i pozostając wobec przekonań swych uczciwym, uznanie wobec niego wyrażę, dzięki czemu uniknę okaleczeń na mym ciele. W jedynie entuzjastycznym tonie, rozpływając się w zachwycie, ja człek niedoskonały pozwolę sobie zdań kilka koślawych w temacie Symbolic skreślić. Po powyższym wstępie oczywistą oczywistością :) mój poddańczy stosunek do dźwięków zawartych na siódmym albumie Death. Gitary od pierwszego rozpruwającego powietrze riffu tną z chirurgiczną precyzją, nie porzucając tej profesjonalnej maniery, aż do końca albumu. Tak zainicjowany szturm skomplikowanej technicznie kanonady nut z biegłością i finezją rozwijany w postaci dziewięciu wybitnych kompozycji. Faktem, iż melodia rzecz jasna większą rolę w przypadku tego krążka odgrywa, co pewnie radykalnych zwolenników surowizny w wydaniu ekipy Chucka zniechęca. Jednako ona w tak szlachetnej formie do oryginalnej formuły zaaplikowana, iż w w jakikolwiek sposób w przekonaniu moim nie ujmuje jakości finalnego odbioru. Ja zwolennik rozbudowanej maniery aranżacyjnej Schuldinera taki kierunek ewolucji grupy przyjąłem z szerokim grymasem zadowolenia na twarzy. Ona wynikiem nieograniczonej wyobraźni mistrza, wizjonerskiego spojrzenia na muzyczną materię. Tam gdzie naturalna przestrzeń do zagospodarowania została przez maestro zauważona, z sobie wrodzonym kunsztem wplótł on kapitalne, soczyste solowe wiosłowanie z posmakiem zarówno o niepokoju charakterze jak i piękna w najczystszej postaci - takiego magicznego, porywającego słuchacza do krainy spełnienia. Może to w kontekście death metalu nie na miejscu używanie słów o baśniowych konotacjach, ale cóż ja mam uczynić skoro takie moje odczucia. Tej perełce przecież daleko do brutalnej archetypicznej formy metalu śmierci :) - toż to przecież progresywne granie pełną gębą, jedynie przez pryzmat wokalu z death metalem odrobinę kojarzone. Ta soniczna względna agresja dla wielu laików pewnie w nazbyt jazgotliwej oprawie nie do przejścia - mnie ona w tak harmonijny sposób spleciona, oczarowuje i w pełnym zachwytu uniesieniu do bram krainy rozkoszy prowadzi. Z pozoru tak nieprzystające do siebie walory twórczości Schuldinera w postaci surowej agresji, obłędu, pasji, urokliwego wdzięku, artyzmu czy filozoficzno-emocjonalnej głębi na Symbolic splecione w doskonałą jednolitą fakturę. I w tym miejscu muszę podkreślić ten  walor co obrazu geniuszu Chucka dopełnieniem. Liryki mam tu na myśli co poezją najwyższego sortu, pełną nieskrępowanych metafor, plastycznych alegorii, czy zwyczajnie trafnych spostrzeżeń z gracją w słowach dojrzałych zamkniętych. Dzieło w pełnym obliczu świadome, w oczach moich wybitne, dokumentnie jednolite od sugestywnej okładki poczynając, poprzez istotę jaką same utwory, po liryczną zawartość, dojrzałość i prawdziwe człowieczeństwo autora udowadniającą. Słuchając od lat systematycznie, niesłabnącą adoracją ten krążek otaczam! W nim idealnie skumulowane wszystko to co w naszym życiu napotykamy, to czego poszukujemy czego unikać się staramy. On w równym stopniu życiem jak i śmiercią, bólem i rozkoszą, pasją i bezsilnością - niegasnącą inspiracją! Pewnie nie tylko dla mnie.

wtorek, 4 czerwca 2013

Death - The Sound of Perseverance (1998)




Wraz z pojawieniem się kilku nowych krążków faworytów moich sprzed lat, sentymentalne wycieczki do albumów z lat 90-tych robić zacząłem. I choć z wieloma z nich ciągły kontakt mam, bogaty napływ bieżących muzycznych produkcji w sposób oczywisty ilość czasu na podróże sentymentalne ograniczały. Oto w sposób ten kilkukrotne przypomnienie dźwięku wytrwałości mi się zdarzyło. Trudno w miejscu tym oklepanych zwrotów nie użyć, bowiem dźwięki te to dla mnie choć lat piętnaście już minęło kult niepodważalny. Nadal świeży z brzmieniem krystalicznym wszelkie niuanse tej skomplikowanej formy uwypuklającym. Instrumentalne popisy co w konstrukcje utworów zaprzężone, wrażenia monotonnych dłużyzn skutecznie unikają - piski, zgrzyty harmonijnie współistniejące z ultra melodyjnymi zagrywkami, z tętnem nierównym sekcji rytmicznej i cedzonymi przez zęby często filozoficznymi przemyśleniami Schuldinera. Album to pełny pasji muzycznej, spotęgowanej energii witalnej, pomysłów wymykających się wszelkim klasyfikacjom. Dowód na to, że zwykłe określanie płyt, szczególnie kilku ostatnich grupy tylko death metalem błędem jest niewyobrażalnym. Eklektyzm to nie w formie topornie łączonych ze sobą różnych często skrajnie biegunowo odmiennych stylów, lecz eklektyzm wtopiony w ramy stylu, tożsamości własnej grupy. Słucham wciąż z opadem szczęki permanentnym, geniuszu maestrią osaczony i choć w prywatnym rankingu moim Symbolic liderem pozostaje, testament muzyczny pozostawiony tym albumem dojrzałość Chucka w pełnej krasie pokazuje!

Drukuj