Przeglądałem którejś prawie nocy (czas późnowieczorny wypełniając) rolki na fb i pojawiła mi się taka jedna wykorzystująca możliwości AI, jaka ożywiła okładkę Spiritual Healing i wtedy dotarło do mnie, że pierwszych trzech albumów LEGENDY nie mam dla swoich potrzeb zarchiwizowanych, więc czym prędzej zapuściłem ostatni chronologicznie z brakujących i kilka refleksji natychmiast we łbie mi się pojawiło. Pierwsza zasadnicza, że ja przez lat wiele za najciekawszy czas ewolucyjny w muzyce Death spostrzegałem od Human, a powód leży w czasie i okolicznościach, bo gdy zaczynałem odkrywać dla mnie przyjemnie satysfakcjonującą estetykę death metalu, to akurat już gdy taśmy licencyjne na rynek u nas weszły i tym samym Human jako ten z numerem katalogowym MASS0001 Metal Mind Productions sobie opatrzyłem i etykietę przyklejając, błędnie osadziłem. Drugi powód nie muzyczny, to oczywiście seria okładkowej spójności pomiędzy jedynką, dwójką, a trójką poczyniła przekonanie, że ten dla mnie istotny etap dla Death właśnie od czwórki o odmiennej szacie graficznej się zaczyna. Jest jednako jeden powód i powód to czysto muzyczny, że cholera jasna największy skok Death poczynił właśnie między Leprosy, a Spiritual Healing - zmieniając kurs z brudnego, siarczystego grania, raczej względnie prymitywnego, na ten przewracający amerykański death metalowy stolik i tworzący kompletnie nową jakość i podgatunek w śmierć metalu. Nawet jeśli da radę na Leprosy znaleźć motywy jakie zapowiadają poniekąd zamiłowanie do komplikowania (Left to Die), to dopiero na rzeczonym/opisywanym dzieją się rzeczy nawet i rewolucyjne. Z obowiązku dodam, że wtedy też zaistniały w składzie istotne zmiany, które zwiastowały przyszły system budowy składu przez Chucka, że nikt oprócz sternika, nie ma pewności obecności na kolejnym albumie, a wielkie nazwiska albo już statusem gwiazd estetyki spowite, bądź dopiero u boku Chucka do tej rangi dorosłe, pchają się do współpracy z nowym prorokiem sceny. Na Spiritual Healing zagrał taki już z dorobkiem James Murphy - wioślarz co potrafił odtworzyć pomysły szefa, a i zapewne swoje trzy grosze jako nie byle kto do ich aranżacji wtrącić. Pojawiają się błyskotliwe pojedynki gitarowe i mam wrażenie, że chemia pomiędzy gitarzystami jest na poziomie jaki gigantycznie ambitny Schuldiner od skrojonego tandemu wymagał. Ten radykalny krok "ojca dyrektora" powoduje, iż wszystko się klei tu znakomicie, a rozkwit jest tylko kwestia czasu, co okazało się prawdą i stanem rzeczywistym, lecz w przyszłości już bez Murphy'ego, który będzie robił jeszcze swoje, a i inni znani zdarzy się że go przytulą i z nim nagrają na przykład swój najznamienitszy w karierze album - patrz prze-znakomity The Gathering Testamentu. Wracając do gwiazdy recki dodam jeszcze, że głupi byłem, iż na jakiś czas kontakt (nie rozumiem, nie rozumiem) zarzuciłem, bowiem tak dynamicznie zakręconego i tym samym szalonego albumu (pomostu pomiędzy starym, a nowym) w dyskografii LEGENDY już nie da się odnaleźć. Od Human zaczyna się na dobre Death sterylny, kliniczny, a tutaj nadal (w tym rozwoju ku oryginalności) czuć napierdalankę oldschoolową.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Death. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 sierpnia 2026
poniedziałek, 12 września 2016
Death - Individual Thought Patterns (1993)
Cztery wielkie nazwiska metalu zaangażowane w
powstanie tego krążka. Na czele rzecz jasna ojciec założyciel, lider
niekwestionowany tej legendy Chuck Schuldiner, a obok niego wybitni
instrumentaliści. Gene Hoglan za perkusją, Steve DiGiorgio na basie i idealne dopełnienie składu jakim Andy LaRocque, nadworny
gitarzysta Kinga Diamonda! Czy ze współpracy takich
osobistości mógł powstać krążek słaby? Nie ma mowy! To więc jasne, że kilka
poniższych linijek wypełnionych komplementami zostanie, a zachwyt sięgać będzie
zenitu. Wszystko się tutaj zgadza, jest perfekcyjnie skorelowane na poziomie
założeń i wykonawstwa. Brzmienie nazwałbym kliniczno-mięsistym tyle, że ekspresja tych przymiotników w takim układzie dość zabawna. Często też w opisywaniu death
metalu one nadużywane i zbyt opatrzone, a przecież działania muzyczne Schuldinera
tak oryginalne i wizjonerskie, iż recenzowanie ich w oklepany sposób zwyczajną
zbrodnią i już. Zatem przekornie miast szukać określeń finezyjnych, lecz popularnych użyję słów pospolitych, aczkolwiek wyrazistych i napiszę, iż dźwięk jest masywny i wystarczająco selektywny. Wyrafinowane solówki pośród
intensywnego wiosłowania eksponowane, szczelnie wypełniają skondensowaną przestrzeń. Podziały rytmiczne
niezwykle gęste, pozornie chaotyczne, a w rzeczywistości będące idealnym
porządkiem, w którym basowe wirtuozerskie pochodny i puls pobudzający groove uzupełniają treściwą pracę bębnów. Całość o frapującym posmaku
awangardy, w której otwarcie na poszukiwanie świeżych rozwiązań i kreowanie
nowego wymiaru wytrąca ekipę Schuldinera z ram death metalowego gatunku. Już na
Spiritual Healing czuć było, że Death nie pozostanie jedynie ikoną brutalności,
że Schuldiner posiada tak bogatą wyobraźnię i umiejętności by w przyszłości
przełamywać schematy i sięgać poziomu imponującego. Human był tym właściwym
przełomem, a Individual Thought Patterns i każde kolejne studyjne dokonanie to
już dzieło poza wszelką dyskusją. Brać i konsumować, mlaskać, z zachwytu wzdychać
i tak już trzecią dekadę.
poniedziałek, 27 czerwca 2016
Death - Human (1991)
Nie ma już od piętnastu lat na tym łez padole maestro
Schuldinera, a mnie nieodłącznie towarzyszy, kiedy albumy Death odtwarzam
pytanie, gdzie dziś byłby, w jakim muzycznym środowisku gdyby w tak młodym
wieku nie przegrał z bezlitosną chorobą? Odpowiedź w pewnym sensie oczywista,
bo człowiek z takim potencjałem kompozytorskim i taką wizją nie powielałby
schematów, nie ograniczał się w zamkniętej stylistyce. W naturze swojej miał
eksplorację nowych lądów, a potrzeba ich odkrywania była najistotniejszym
motorem napędowym w jego twórczości. Precyzyjnie jednak kierunku rozwoju nie
śmiałbym przewidywać, spekulacje pewnie by mnie ośmieszały i obnażałyby moje
ograniczone horyzonty. Zatem nie porywam się na brawurowe wróżenie z fusów tylko okazję
wykorzystam do bicia pokłonów przed pozostawionym nam maluczkim fanom
dorobkiem mistrza. Skupię się w tym miejscu na krążku w pełni przełomowym dla
flagowego okrętu dowodzonego przez Chucka Schuldinera. W moim przekonaniu to
właśnie na Human rozpoczął się dla ikony wyścig wyłącznie z samym sobą, bo nie
było dla nich konkurencji. Takie ekipy jak Nocturnus, Cynic, Pestilence czy
Atheist wprawdzie trzymały poziom i na swój charakterystyczny sposób z impetem przesuwały czy poszerzały granicę, jednak w moim odczuciu nigdy nie sięgnęły tych
szczytów, które zarezerwowane były wyłącznie dla Death. Może powód takiego
stawiania spraw zawarty w subiektywnym braku pełnej kompatybilności pomiędzy
moimi muzycznymi potrzebami, a stylem prezentowanym przez wymienionych. Może obiektywnie rzecz biorąc każda z tych grup była jedynie gorszą, bo wtórną odpowiedzią
na geniusz formacji Schuldinera. Sprawa dyskusyjna, zatem by tekstu do
rozmiarów elaboratu nie napompować i na zajadłe plucie jadem przez
ekstremalnych fanów powyższych ekip się nie narazić napiszę koncyliacyjnie, że wielkość
Death niepodważalna, a znaczenie wymienionych towarzyszy broni też znaczące. Human to niepodważalna klasyka, idealna konstrukcja mogąca być bez przesady
nazywana intelektualnym death metalem. I nie mam tutaj wyłącznie na myśli
skomplikowanych struktur instrumentalnych, lecz również teksty będące
przenikliwymi obserwacjami natury człowieka z istotnym wpływem tez z pogranicza
psychologii, socjologii i filozofii. To przede wszystkim odróżniało Death od
setek innych ekip parających się ciężkim graniem, że w warstwie lirycznej nie
odjeżdżali w pierdoły fantasy czy gore, tylko twardo stąpali po ziemi. Album przełomowy, epokowy, legendarny – bez dyskusji!
czwartek, 30 stycznia 2014
Death - Symbolic (1995)
Gdybym w jakikolwiek sposób podniósł pióro, czy współcześnie klawiaturę :) na to dzieło w akcie samoukarania odrąbałbym sobie dłoń co zdania krytyczne spisała! Myśląc zatem trzeźwo i pozostając wobec przekonań swych uczciwym, uznanie wobec niego wyrażę, dzięki czemu uniknę okaleczeń na mym ciele. W jedynie entuzjastycznym tonie, rozpływając się w zachwycie, ja człek niedoskonały pozwolę sobie zdań kilka koślawych w temacie Symbolic skreślić. Po powyższym wstępie oczywistą oczywistością :) mój poddańczy stosunek do dźwięków zawartych na siódmym albumie Death. Gitary od pierwszego rozpruwającego powietrze riffu tną z chirurgiczną precyzją, nie porzucając tej profesjonalnej maniery, aż do końca albumu. Tak zainicjowany szturm skomplikowanej technicznie kanonady nut z biegłością i finezją rozwijany w postaci dziewięciu wybitnych kompozycji. Faktem, iż melodia rzecz jasna większą rolę w przypadku tego krążka odgrywa, co pewnie radykalnych zwolenników surowizny w wydaniu ekipy Chucka zniechęca. Jednako ona w tak szlachetnej formie do oryginalnej formuły zaaplikowana, iż w w jakikolwiek sposób w przekonaniu moim nie ujmuje jakości finalnego odbioru. Ja zwolennik rozbudowanej maniery aranżacyjnej Schuldinera taki kierunek ewolucji grupy przyjąłem z szerokim grymasem zadowolenia na twarzy. Ona wynikiem nieograniczonej wyobraźni mistrza, wizjonerskiego spojrzenia na muzyczną materię. Tam gdzie naturalna przestrzeń do zagospodarowania została przez maestro zauważona, z sobie wrodzonym kunsztem wplótł on kapitalne, soczyste solowe wiosłowanie z posmakiem zarówno o niepokoju charakterze jak i piękna w najczystszej postaci - takiego magicznego, porywającego słuchacza do krainy spełnienia. Może to w kontekście death metalu nie na miejscu używanie słów o baśniowych konotacjach, ale cóż ja mam uczynić skoro takie moje odczucia. Tej perełce przecież daleko do brutalnej archetypicznej formy metalu śmierci :) - toż to przecież progresywne granie pełną gębą, jedynie przez pryzmat wokalu z death metalem odrobinę kojarzone. Ta soniczna względna agresja dla wielu laików pewnie w nazbyt jazgotliwej oprawie nie do przejścia - mnie ona w tak harmonijny sposób spleciona, oczarowuje i w pełnym zachwytu uniesieniu do bram krainy rozkoszy prowadzi. Z pozoru tak nieprzystające do siebie walory twórczości Schuldinera w postaci surowej agresji, obłędu, pasji, urokliwego wdzięku, artyzmu czy filozoficzno-emocjonalnej głębi na Symbolic splecione w doskonałą jednolitą fakturę. I w tym miejscu muszę podkreślić ten walor co obrazu geniuszu Chucka dopełnieniem. Liryki mam tu na myśli co poezją najwyższego sortu, pełną nieskrępowanych metafor, plastycznych alegorii, czy zwyczajnie trafnych spostrzeżeń z gracją w słowach dojrzałych zamkniętych. Dzieło w pełnym obliczu świadome, w oczach moich wybitne, dokumentnie jednolite od sugestywnej okładki poczynając, poprzez istotę jaką same utwory, po liryczną zawartość, dojrzałość i prawdziwe człowieczeństwo autora udowadniającą. Słuchając od lat systematycznie, niesłabnącą adoracją ten krążek otaczam! W nim idealnie skumulowane wszystko to co w naszym życiu napotykamy, to czego poszukujemy czego unikać się staramy. On w równym stopniu życiem jak i śmiercią, bólem i rozkoszą, pasją i bezsilnością - niegasnącą inspiracją! Pewnie nie tylko dla mnie.
wtorek, 4 czerwca 2013
Death - The Sound of Perseverance (1998)
Wraz z pojawieniem się kilku
nowych krążków faworytów moich sprzed lat, sentymentalne wycieczki do albumów z
lat 90-tych robić zacząłem. I choć z wieloma z nich ciągły kontakt mam, bogaty
napływ bieżących muzycznych produkcji w sposób oczywisty ilość czasu na podróże
sentymentalne ograniczały. Oto w sposób ten kilkukrotne przypomnienie dźwięku
wytrwałości mi się zdarzyło. Trudno w miejscu tym oklepanych zwrotów nie użyć, bowiem dźwięki te to dla mnie
choć lat piętnaście już minęło kult niepodważalny. Nadal świeży z brzmieniem
krystalicznym wszelkie niuanse tej skomplikowanej formy uwypuklającym.
Instrumentalne popisy co w konstrukcje utworów zaprzężone, wrażenia monotonnych
dłużyzn skutecznie unikają - piski, zgrzyty harmonijnie współistniejące z ultra
melodyjnymi zagrywkami, z tętnem nierównym sekcji rytmicznej i cedzonymi przez
zęby często filozoficznymi przemyśleniami Schuldinera. Album to pełny pasji
muzycznej, spotęgowanej energii witalnej, pomysłów wymykających się wszelkim
klasyfikacjom. Dowód na to, że zwykłe określanie płyt, szczególnie kilku
ostatnich grupy tylko death metalem błędem jest niewyobrażalnym. Eklektyzm to
nie w formie topornie łączonych ze sobą różnych często skrajnie biegunowo
odmiennych stylów, lecz eklektyzm wtopiony w ramy stylu, tożsamości własnej
grupy. Słucham wciąż z opadem szczęki permanentnym, geniuszu maestrią osaczony
i choć w prywatnym rankingu moim Symbolic liderem pozostaje, testament muzyczny
pozostawiony tym albumem dojrzałość Chucka w pełnej krasie pokazuje!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




