Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tau Cross. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tau Cross. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2021

Tau Cross - Messengers of Deception (2020)

 


Tego albumu w zasadzie miało nie być, a dokładnie on jakiś całkiem spory czas temu powstał i ze względu na srogie zawirowania w zespole i wokół zespołu miał być siłą rzeczy odłożony do szuflady i sczeznąć w zapomnieniu. Jakie konkretnie okoliczności doprowadziły do opisanej sytuacji i co spowodowało, iż Rob "The Baron" Miller ostatecznie zdecydował się na tyle wyraźnie przerobić jego zawartość, że kwestie prawnych uregulowań pozwoliły na publikację nie wiem. Jakoś krążek wszedł na rynek, ale machina promocyjna wokół niego licha toż wywiadów z Robem jak na lekarstwo. A że ja człowiek dość leniwy i jeśli coś mi nie wpadnie na biurko to nie przejawiam zbytniej ochoty drążenia tematu, stąd wiedza ma stopiona do "coś słyszałem, gdzieś mi się o uszy obiło, ale co i jak, to lepiej zamilknę, by nie rozsiewać plotek". :) Odsyłam zatem osoby poszukujące rzetelnej wiedzy do źródła, a w tym miejscu oferuję wyłącznie maksymalnie subiektywną opinię o Messengers of Deception - ograniczoną na domiar złego jedynie do tylko kilku zdań o charakterze bardziej emocjonalnym niż dziennikarskim. Zatem to co słyszę, to co zawarte w dziesięciu indeksach spostrzegam jako przede wszystkim bardzo dobry materiał wyjściowy do uczynienia go czymś więcej niż tylko zbiorem ciekawych riffów i solówek podbitych prostym bębnieniem i zanurzonym w klawiszowym tle. Miałoby to pewnie szansę na realizację gdyby praca nad nim odbyła się podczas rozpalonej dyskusji kilku znamienitych muzyków, a nie była li tylko wypadkową spojrzenia, fakt artysty nietuzinkowego, ale jednak osamotnionego. Przez ten istotny szczegół aranżacje ograniczają się do monotonnych w istocie schematów, w których nie zderzają się ze sobą pomysły częstokroć może kontrowersyjne i niespójne, ale jednak dla dobra finalnej realizacji, w fachowym opracowaniu wpływające na muzykę ożywczo. Messengers of Deception w takiej zatem formie jest albumem o wysokim poziomie przystępności, pozbawionym jednak waloru interesującej słuchalności na więcej niż tylko startowe kilkanaście, może kilkadziesiąt przesłuchań. Motorycznie pędzą te numery kapitalnie, mają ponadto niezły flow oraz charakterystyczny mroczny posmak hymniczny. Trudno też przyczepić się do ich chwytliwości i potencjału koncertowego - łatwo jednak nie tylko przez pryzmat świadomości okoliczności ich powstania czepiać się szczegółów, które decydują o wartości ogółu. Fajnie że Messengers of Deception się kręci, nie fajnie że ch** strzelił taki band. 

piątek, 28 lipca 2017

Tau Cross - Pillar of Fire (2017)




Pamiętam (bo akurat nie minęły grube lata od wydania debiutu), że Tau Cross, czyli formacja stworzona przede wszystkim  przez dwóch tuzów ekstremalnej sceny w osobach Michela Langevina aka "Away" (Voivod) i Roba aka "The Baron" Millera (Amebix) pierwszym krążkiem narobiła dość sporego zamieszania. Wyjątkiem nie były wtedy sytuacje, że album ten zostawał wydawnictwem numeru w wielu branżowych magazynach i w rocznych podsumowaniach roku 2015-ego wspinał się na szczyty rankingów. Szanuję bardzo sytuację kiedy zespół zbudowany wokół znanych w środowisku muzyków, bez ogromnego wsparcia ze strony machiny promocyjnej uznanie zdobywa, bo ono wtedy rzecz jasna oparte nie na oddziaływaniu marketingowym, czy koniunkturze, lecz na autentycznym wysokim poziomie artystycznym wydawnictwa. Akurat w przypadku debiutanckiego krążka Tau Cross to przekonanie nie pochodzi z osobistej autopsji muzycznej zawartości, gdyż jako żaden fan Amebix, a jedynie wybiórczy adorator kilku tylko płyt sygnowanych logiem Voivod, na wieść o takiej kolaboracji małpiego rozumu nie dostawałem, a nadmiar interesujących mnie produkcji moją uwagę odciągnął od faktu, iż takie oto istotne dla ekstremy wydarzenia miejsce mają. Wiedzę czerpię z archiwalnych tekstów autorstwa tych co się lepiej znają, które ówcześnie poznałem, a teraz by pamięć odświeżyć ich zawartość na szybko przewertowałem.  Kilka tygodni temu jednak, gdy wzmianki o premierze drugiego albumu w necie zaistniały, a wraz z nimi single w tandemie przygotowano do odsłuchu nie omieszkałem dokonać ich konsumpcji, by w końcu samodzielnie przekonać się wokół czego taki względnie intensywny szum zaistniał. Z oczywistych powodów nie będę Pillar of Fire porównywał do poprzednika, chociaż znajomość z nim w międzyczasie także zainicjowałem, lecz ona ograniczona jedynie do dwóch, trzech odsłuchów i to w warunkach, w których o odpowiednie skupienie na muzyce łatwo nie było. Ograniczę się więc do odczuć zawężonych do dwójki, a jedynka z pewnością i wkrótce na stronach NTOTR77 zagości. Cóż (kręcę teraz nosem), nie do końca stylistyka jaką prezentuje Tau Cross leży na terytoriach do których mam największą słabość, jednak mimo, że materiał nie mógł w tym miejscu liczyć na tego rodzaju względy, to z każdym kolejnym seansem dźwiękowym płynącym z Pillar of Fire coraz mocniej przekonywałem się do tej apokaliptycznej stylistyki. Chłód bije z krążka przez ponad pięćdziesiąt minut, a jego fundamentem nie tylko wyraźna zimnofalowa motoryka, ale także liryczna zawartość hymnów wyśpiewywanych zarówno podniosłym głosem jak i zmanierowanym odrobinę warkotem. To w moim przekonaniu hybryda oddziaływań pochodzących ze sceny punkowej, ambitnej progresywności i przybrudzonego transu z najistotniejszym wpływem klarownego thrashowego riffowania. Album pomimo, że odstaje wyraźnie od współcześnie popularnych w metalu tendencji do przesadnego komplikowania muzycznej materii, nie jest jednak śmierdzącym naftaliną pierdem weteranów, tym bardziej zblazowanym aktem ich frustracji. Ma podstawową zaletę jaką kapitalna motoryka takich ciosów jak między innymi Raising Golem, On the Water, RFID czy Killing the King i Deep State, wzbogaconych dodatkowo klimatycznymi wizualizacjami w wydaniu teledyskowym i niestety sporą wadę, którą patos spływający momentami wręcz nieznośnie z tych numerów, gdzie akustyczne wycieczki zbyt liczne. Kłopot w tym także, że maniera wokalna Millera taka, iż  warczy i zaciąga jakby obok muzyki przez co spójność wokalu z instrumentami daje wiele do życzenia. Bez względu jednak na jego "wady", które dla zapalczywego fana twórczości z tego gatunkowego segmentu mogą nie być minusami, a właśnie stanowić jego kluczową zaletę, dla mnie Pillar of Fire jest na pewno jednym ze sztandarowych przykładów szczerej i autentycznej pasji, szczególnie gdy patrzę na występy na żywo tych gości zamieszczone dość licznie w sieci. 

Drukuj