Obowiązek wobec ojczyzny został natychmiastowo jak premiery tylko się odbyły spełniony. Wpierw serialowa odsłona, potem kinowa wersja i wypowiadając się w temacie w jakim każdy obywatel naszej cud krainy ma coś do powiedzenia, chciałbym z nieśmiałymi Lalu podszeptami do uszka napisać, że netflixowa produkcja jedynie dzięki wybiórczym rolom aktorskim jakoś się klei, a dzięki jednej (najzwyczajniej zwyczajnie Jacek Braciak za każdym razem na ekranie jest to gość petarda) dotrwałem nawet do jej twistowego finału, gdy Tomasz Łęcki wziął i zszedł. Człowiek od głośnego Kosa poszedł po całości i współstworzył tak samo niestrawną, jak irytująco wciągającą, własną wersję wydarzeń - której nie ma takiego bata, abym spróbował doświadczyć raz jeszcze, mimo że kompletnym niewypałem nie jest. Wstydliwa anty przyjemność to była i tyle mam do powiedzenia. Natomiast to co kino, z rzędami foteli i dużym ekranem mi zaproponowało, to od razu moją sympatię zjednawszy, do końca pozwoliło w przyjemnej (bez makabry) atmosferze czas spędzić. Od startu, jaki wypisz wymaluj mi się błyskawicznie technicznie skojarzył, gdzie na na otwarcie nowoczesne operatorskie sztuczki i akcja jakby nadworny fachman Iñárritu od zdjęć (patrz sekwencje ze Zjawy) u Kawalskiego też stał za kamerą, po dalszą formułę, z klimatem miejscami magicznej baśni realistycznej, bardzo poetyckiej i bardzo hollywoodzko klasycznej - patrz ujęcia z wykorzystaniem quasi makiet, ujęcia we wznoszącym się nad stolicę Francji balonem. W oddzieleniu od powieści fundamentu, może mało merytorycznie do treści się odnosząc, jednako napisze, gdyż nie udam iż Lalkę w wersji czytelniczej poznałem (wiem, cała Polska, tylko ja nie przeczytałem ;)) książka to rozmiar giga, a film musi być okrojony, mimo że dwie godziny czterdzieści minut trwający, więc nie ma cudów, konieczność rezygnacji z wybranych wątków (tutaj najczęściej sprytnie w formie wybiegu streszczenia, przewijania) musiał być zastosowany. Dopatrzyłem się nawet, iż Kawalski jakby zdawał sobie sprawę, że pewnych scen kultowych bardziej wyraziście niż to Has zrobił nie jest w stanie zainscenizować, więc je sprytnie schował (właśnie streścił, przewinął), lecz oczywiście nie pominął w narracji. Chwalę taką rozsądną strategię, jak i mam zamiar ekscytować się w tekście publicznie warsztatowymi walorami, bowiem można na przykład doskonale polską produkcję udźwiękowić, aby rozumieć co z doskonałą dykcją postacie mówią, zamiast wsłuchiwania się w bełkot, zagłuszany przedobrzoną użyciem potencjometru muzyką. Daję wszystkie możliwe gwiazdki na mojej skali superprodukcyjnemu przepychowi - scenografii dopieszczonej (ach ta z epoki Warszawa), dzięki której żadna złotówka nie została w błocie utopiona, uznając Lalkę Kawalskiego zachwycająco pięknie, z gracją uszytą. Choreografia, poruszanie się postaci (Damięcki AS) i charakteryzacja z kostiumowym sznytem oraz temat muzyczny wyrazisty i autentycznie wzruszający - coś naprawdę z klasą i manierą. Fantastyczny, zaskakująco w punkt trafiający z grymasami Dorociński i obok niego we wspaniałej chemii z nim przyjacielskiej, powracający (warto było czekać) Kondrat, który z powodzeniem właśnie stworzył po swoich najzacniejszych poprzednikach nowy wzór ekranowy poczciwego Ignasia oraz cała plejada dzisiejszych i nie tylko na bieżąco wypełniających obsady nazwisk na z najwyższego kruszcu medal - medal najbardziej lśniący dla Marii Dębskiej. Może jedynie cudna w Chłopach Kamila Urzędowska, w tym anturażu wymagań co do charakteru Izabeli przepiękna, ulotna, lecz za mięciutka, naiwna i pluszowa, tak jaj u Maślony Sandra Drzymalska skrajnie nazbyt przebiegła, zatem ważąc w tym względzie, kreacja klasyczna Beata Tyszkiewicz ze względu na półśrodek i coś wyżej niż tylko warsztat najbardziej jednak porywająca. Zmierzając do ostatecznej kropki za ostatnim przymiotnikiem ostatniego zdania - doskonała to była dla mnie, swego czasu lektur szkolnych smarkatego unikowca kostiumowa przygoda, w której zabujany ślepo kupiec-głupiec, humanista-kapitalista, pozytywista bijący się z romantykiem i rozświetlający już i tak atrakcyjna jego aurę ptaszek w złotej klatce zmysł wzroku pieścili, emocje wartościowe, bo duchowo-intelektualne na najwyższe obroty wprowadzając i stanowiąc pretekst do mistrzowskiego sportretowania epoki i jej społecznych konwenansów. Nie szczędząc mądrości (heroiczne czyny są łatwe, to codzienność jest trudna), czy też (bardzo mnie to cieszyło), pośród pełnej powagi, także poczucia humoru wyważonego. Jak więc było? Było cud, miód i malina. Sytuacja zacna i przepiękna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz