Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Céline Sallette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Céline Sallette. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2026

Niki (2024) - Céline Sallette

 

Historia biograficzna o posiadającej arystokratyczne korzenie, pierwotnie niespełnionej modelce i aktorce, która w środowisku i na łamach prasy zapisała się w zupełnie innej roli - jednej z najważniejszych i najbardziej wyrazistych francusko-amerykańskich rzeźbiarek, malarek oraz performerek pop-artowych XX wieku. W rozdziałach opowiedziana, skupiona na najbardziej decydujących wątkach w jej rozedrganym byciu - byciu matką, żoną i usilnym, wbrew nieprzyswojonym umiejętnościom oraz osobowościowym cechom, asymilacji tych ról z pasją artystyczną. Pasją jaka napędzała, ale i blokowała - dostarczała satysfakcji z bycia w centrum zainteresowania bohemy, ale też drastycznie nie dawała się pogodzić ze zwykłym rutynowym życiem rodzinnym. Walką pomiędzy wyższymi potrzebami, często nie zdefiniowanymi właściwie, stąd rozpoznawanymi przez otoczenie jako egoizm dysfunkcjonalny, z narzuconym poświęceniem własnych pragnień na rzecz rodzinnych wartości. Wielowymiarowa postać ukazana zostaje w całym zdaje się spektrum istotnych właściwości, bez półśrodków w obszarze psychicznych cierpień wynikających z objawiających się konsekwencji uwięzienia w traumatycznej przeszłości. Świat sztuki niezależnej, szarpie się z objawami psychicznych zaburzeń, stając się jednocześnie formą terapii - okiełznania poprzez artystyczne formy ekspresji, wszelkich rozstrajających reperkusji kryzysów i załamań. Bez skupiania się na konkretnym dorobku artystki, poddając autopsji wyłącznie kondycję psychiczną i jej wpływ tak na bohaterkę, jak i jej najbliższe otoczenie rodzinne i przyjaciół. Adekwatnie by wywoływać określone emocje opowieść porażająco momentami poruszająca, lecz bez skorzystania z impetu tkwiącego, dość zachowawczo (może po prostu dojrzale kameralnie) sfilmowana. Z francuską współczesną (he he) Winoną Ryder (w roli głównej  Charlotte Le Bon, się estetycznie i charakterologicznie kojarząca), film bez rozmachu, a mimo to skadrowany ciekawie artystycznie, z użyciem też archaicznego zdawałoby się pomysłu na dzielenie ekranu. Portret osoby niezrozumianej, skazanej na wieczne niedostosowanie, przez żar inspiracji spalającej ją od środka - tylko być może działający konstruktywnie, gdy zaakceptuje się niezabliźnione rany z dzieciństwa, ten bagaż emocjonalny zrzucając, niekoniecznie przepracowując dramaty poprzez ich nieodpowiedzialne, niekompetentne rozgrzebywanie, czy dokarmianie farmakologiczne.

P.S. Szanujemy to co obejrzeliśmy z Lalu bardzo.

Drukuj