Może po z trailerem zapoznaniu, nieco obawiałem się megalomaniackiego pajacowania, albo nieczytelnego przesłania wynikającego z zagmatwanej i abstrakcyjne fabuły. Ale nie nie nie! Nie tego się też spodziewałem, gdy dla odmiany optymistyczne scenariusze we łbie nawoziłem, wbrew pierwszym, delikatnie ujmując umiarkowanie zadowolonym opiniom i nagłówkom krzyczącym o największej komercyjnej porażce nieomal wszech czasów. Dostałem w rzeczywistości więcej i lepiej i jeszcze na takim poziomie ekspresji, że nie przypominam sobie na razie kandydata, który współcześnie z realnymi szansami stanąłby z najnowszym dziełem genialnego Meksykanina w szranki. Za te też dialogi, które duet scenarzystów (Sabina Berman, Alexander Dinelaris) napisał, szef zapewne doszlifował i wyrecytowali w ekstazie aktorzy, na kinowym piedestale świecić wiecznie, daj racz super hiper Iñárritu Panie! Postaw za nim rząd współpracowników uświęconych talentem, za idealną symbiozę z jego (mózgu przedsięwzięcia) warsztatowo perfekcyjną kontrolą narracji, historii ulepionej w niezwykłej wyobraźni i co niewiarygodnie z wyrazistej, dostrzegalnej bez doktoratów prawdy. Za jak wyżej efekciarskie blagierskie monologi, oratorskie uniesienia i tu zaraz poniżej wymienione operatorskie autocytaty, które kompletnie mi nie przeszkadzają, bowiem użyte są z gracją wyjątkową i uzasadniającą precyzją merytoryczną. Najogólniej za niestety frekwencyjnie niedoceniony fenomen kinowy - za niesiony impetem spektakl, na pełnej ekstazy dynamice. Pal przekornie może licho co tu w "kopaczu" gadają, bez względu iż w szołmeńskim eseju tym, kryje się mnóstwo bogatej kontekstowo publicystyki, bo na pierwszy plan każdy z kapitalnych mistrzów mimiki i ruchu aktorskiego swój wysoko zadarty nos wciska. Dwa nad-Oscary bym już w tej chwili rozdawał, gdyby one najwyższą rangę kultury aktorskiej identyfikowały. W ręce Cruise’a i Goodmana funkcjonujących w czymś w rodzaju stanu warsztatowego obłędu, optycznie i audio szarżując genialnie, je oczywiście oddaje, ale nie mógłbym jednocześnie pozwolić by nie odbierali ich jako przedstawiciele zarówno całej fantastycznie okazałej obsady i wykrzesującego z nich kompletny kapitał głównego architekta tego przedsięwzięcia. W moim przekonaniu to jedna z najmocniej na mnie oddziałujących, przekozacznych, inscenizacyjnych satyr, z jakich nie tylko wylewa się elokwentnie podane w formule dramatycznie twistowej, intelektualnie wizjonerskie, wręcz mrożące krew w żyłach przesłanie post apokaliptyczne, ale i gruba filozofia, tworząca niemalże fundament dla szerszego, nowego uniwersum spostrzegania znaczenia i kierunku ewolucji cywilizacyjnej i mentalnej gatunku ludzkiego. Śmiem twierdzić, iż w przyszłości, plastycznie dodatkowo imponujący Digger obrośnie kultem zasłużonym, a wszyscy Ci którzy zdecydowali się zasilić swoim groszem wyczyszczone sporym obciążeniem budżetowym konto producentów, będą opowiadali o tym wydarzeniu i zasłudze, własnym wnukom. Niewykluczone, że w atmosferze mocno skażonej i gigantycznie zawilgoconej. ;)
P.S. Od czasu Dr. Strangelove, najbardziej finezyjny komedio-dramat/tragi-farsa o potencjalnym „końcu” świata, jakim go znamy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz