Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Dayton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jonathan Dayton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Ruby Sparks (2012) - Jonathan Dayton, Valerie Faris

 


Jakie fajne, zgrabne filmowe pantofelki o których bym istnieniu nie wiedział, gdybym nie miał okazji intensywnie intymnie wsłuchać się w głos kogoś wrażliwego na kino małe budżetowo, a gigantyczne emocjonalnie. Ruby Sparks mianowicie to po taniości, ale bez tandety wizualnej zrobione kino, zaprawdę powiedziawszy w gwiazdorskiej oprawie figur hollywoodzkich, ale takich co albo tuż przed wyrobieniem sobie nazwiska, tudzież tych co mogą sobie pozwolić z sympatii i dla własnej satysfakcji, rezygnując z apanażów kosmicznych, zagrać w obrazie bez gigantycznego kapitału. Super że co niektórym wielkim palma nie odbija, sodówa kompletnie nie odbiera artystycznych ambicji i wrażliwości, więc ja tu z tego miejsca przesyłam ukłony szacunku dla Annette Bening i Antonio Banderasa, docierając pominąwszy kwestię obsady i obsady motywacji do tego co w kinie ciepła i wysokiej, ale nieprzegiętej wartości duchowo-intelektualnej podanego najważniejsze. Poczucie milusiego komfortu i wątki, tak wątki i ich interpretacje jakie się w głowie pojawiają tak w trakcie seansu, jak po wybrzmieniu ostatniej nutki, gdy napisy końcowe z ekranu znikają. W tym przypadku z pomysłu w zasadzie dość banalnego wykrzesano w scenariuszu całą, zaskakująco szeroką paletę analitycznych ścieżek, które nie dotykają jedynie samej powierzchni problematyki, ale pomimo formuły raczej lekkiej bowiem osadzonej w stylistyce młodzieńczej komedii romantycznej, to docierają głębiej i wiążą ze sobą motywy psychologiczne w bardzo przemyślany sposób. Mega przyjemne kino, z dobrym poczuciem humoru, zaprzyjaźniające widza z bohaterami emocjonalnie i koncept przebiegły sfinalizowany uważam idealnie skorelowanym z intencją motywacyjną finałowym happy endem - może banalnym, ale dlaczego niby historie uczuciowe miałyby się nie kończyć cukierkowo, gdy pod lukrem nadzienie raczej o posmaku intrygująco skomponowanym. Piękna fantazja, niekoniecznie nie stąpająca jednak mocno po twardej powierzchni i bardzo uroczo oraz trafnie sportretowany tak narcyzm artysty, jak i tego samego artysty zakompleksienie, wyrzucające go poza orbitę realizmu w eskapizm izolacyjny i tym samym przygnebiającą świadomość samotności.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Little Miss Sunshine / Mała Miss (2006) - Jonathan Dayton, Valerie Faris




"Mała Miss Słoneczko", czyli niemal zewsząd zachwalane wartościowe i ciepłe kino dość niezależne, bo zrealizowane względnie niewielkimi środkami finansowymi, za to z duża pasją i co najistotniejsze o czymś ważkim. Realizacyjnie bardzo poprawne, ale nie schematyczne - aktorsko zdecydowanie na wysokim poziomie i charakterystycznie, gdyż każda z postaci tego ambitnego kina familijnego to osobne uniwersum osobowościowe, bardzo ciekawie przez większe lub mniejsze gwiazdy współczesnego kina ukazane. Tatuś niespełniony zawodowo marzyciel, mamusia zabiegana i pragmatyczna za wszystkich, braciszek emo-depresyjny, dziadek sarkazmu ucieleśnienie i wreszcie wujek gej przez partnera porzucony o skłonnościach autodestrukcyjnych. W centrum zaś ona, bardzo bystra, niezwykle czarująca ale trochę pulchniutka i z wadą wzroku kandydatka na miss w kontrowersyjnym konkursie piękności dla rozkapryszonych córek zaburzonych matek. Innymi słowy taka oto sytuacja - wyjątkowo niestandardowa (a może jednak nie?) komórka społeczna definiowana jako rodzina, w takich abstrakcyjnych okolicznościach sytuacyjnych odczytywanych jako cyrk na kółkach, dodatkowo jeszcze poganiana presją czasu rozumianą jako stres, w intensywnie wypełnianym zbiegami okoliczności tyglu akcji w sensie zabawnych improwizacji. :) W zasadzie wszystko idzie nie tak, aż wrze od wewnątrzrodzinnej charakterologicznej niespójności indywidualności, pech za pechem prześladuje rodzinkę skupioną na zrealizowaniu dziecięcego marzenia i jeszcze jeśli ktoś uznałby iż to za mało, to w międzyczasie prawdziwa tragedia ich dopada. Mimo wszystko prą do przodu uparcie, a wszystkie nieszczęścia po drodze przekuwają w niezwykle pouczającą lekcję dla każdego z siebie z osobna i dla wspólnoty jako całości. Po części poruszającą i po części rozśmieszającą lekcję wyrozumiałości i odporności - lekcję empatii i człowieczeństwa, lekcję szacunku i miłości, po prostu praktyczną lekcję życia, którą każdy odpowiedzialny rodzic powinien podarować swoim pociechom aby przygotować je do stawiania czoła wyzwaniom otaczającej rzeczywistości i wzbudzić w nich poczucie własnej wartości. 

piątek, 26 stycznia 2018

Battle of the Sexes / Wojna płci (2017) - Jonathan Dayton, Valerie Faris




Szowinistyczna świnia i kudłata feministka - tak bardzo mocno w cudzysłowiu, z przymrużeniem obu oczu, na przeciwko siebie w rywalizacji bardziej w sensie szołmeńskiej zabawy, niż sportowym oczywiście. Pokazowy mecz tenisowy, który gdzieś tam przed laty zaistniał, w schyłkowych czasach rewolucji obyczajowej, jako swego rodzaju dość kuriozalny symbol starcia konserwatyzmu z postępowością. Historia to oparta na autentycznych wydarzeniach i taka o której znaczeniu szybko zapomniano, bo zwyczajnie nie niosła ze sobą silnych argumentów, a była rodzajem pajacowania z jednej i ambicji ponad miarę z drugiej. I gdyby nie rozwinąć wątku różnic płciowych w sensie czysto biologicznym do fizyczności się odnoszącym, to ciężko byłoby jakikolwiek w miarę obły tekst wyskrobać. Była to bowiem produkcja filmowa w rodzaju tych, co się ją obejrzy i niewiele po niej zostanie. W sensie wartości warsztatowej i zapewne także oczekiwań producenta wespół z ekipą wykonawczą, która poza szablonowość stargetowaną dla multipleksów z widownią wyposażoną w popcorn i colę nie wyszła. Jest po prostu ok, nic ponadto, bez żadnego zrywu emocjonalnego, bez finezyjnych zagrywek, zmian tempa, najmniejszych interwałów. Bez potu, tym bardziej ofiarności, z serwisem, który słabnie z każdą minutą, gdyż sił nie starcza, aby napięcie i natężenie podnieść w temacie i z publicznością nieco się chociaż poprzekomarzać. Siada ta opowieść sukcesywnie, miałknie od schematycznych pomysłów i nawet tkwiące w niej kontrowersje, tak niby co nieco pobudzane, nie zwiększają ciśnienia. Nie będę się rozwodził nad sensem całej inicjatywy, różnice w możliwościach fizycznych płci też pominę i tylko napiszę, że casting celny, aktorstwo przednie i efekt charakteryzacji porządny. To i tyle wystarczy, mam już tekst na ponad dwadzieścia linijek. :) 

Drukuj