Wraz z wydaniem debiutu Cavalera Conspiracy, na nowo przyszło moje zainteresowanie motorycznym thrashem i strasznie się ekscytowałem tym niemal Sepultury w oryginalnym składzie powrotem - choć przecież ponowna współpraca braci Cavalera to zdecydowanie o 50 procent za mało, by jakkolwiek mówić o klasycznej Sepy reinkarnacji. Strasznie, bo nad wyraz optymistycznie zakładałem, że to tylko wtedy kwestia czasu będzie i brazylijska legenda prędzej czy później musi szyki zewrzeć. Tym bardziej, iż materiał z debiutu CC zawierał thrash-core'owe złoto najwyższej próby i należało korzystać z tak wyśmienitej okazji na wskrzeszenie. Ze zwarcia szeregów nic jak już teraz wiadomo nie wyszło, ale większym ciosem jeszcze okazało się wypuszczenie dwójki, która jak nie bardzo jestem w stanie sobie dzisiaj wytłumaczyć, została nie tylko przeze mnie przyjęta dość chłodno. Blunt Force Trauma może nie była krytykowana z każdej strony, a "czepialstwo" dziennikarskie zakładam, tyczyło się bardziej starcia pomiędzy Inflikted, a BFT z którego jedynka wychodziła zwycięsko, bowiem szarpała mocniej i ciosy wyprowadzała bardziej dynamiczne. Blunt Force Trauma natomiast nie odmawiała sobie prawa do inkorporowania chwytliwszej, bo bardziej melodyjnej ornamentyki i być może przez to właśnie zamiast kąsać jak oczekiwano, czasem zbyt radośnie oczko do heavy estetyki puszczała. A może (i to chyba właściwy trop) sam Max jest najbardziej winny sytuacji, bo niewyparzona i buńczuczna jego jadaczka wypluwała na prawo i lewo teksty sugerujące, że to dwójka będzie tym właściwym łamaczem kości. Kiedy więc się okazało, że Marc Rizzo piłującymi solówkami w rodzaju tej z tytułowego numeru okrasza więcej kompozycji, to fanom i mnie także ciężko było pogodzić słowa z efektem finalnym. Obecnie jestem już w stanie zważyć prawidłowo stosunek mięcha do słodyczy i słuchając na nowo dwójki stwierdzam, że Inflikted ma się ogólnie do Blunt Force Trauma jak Beneath the Remains do Arise. Oczywiście przykładając do tego porównania odpowiednią dozę chłodnego historycznego realizmu i uciekając na mil setki od statusu i znaczenia powyższych. Zwyczajnie pije na skróty do tego, iż uważam teraz obydwie płyty CC za równie dobre jakościowo, ale w różnych kontekstach sytuacyjnych brzmiące lepiej lub gorzej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cavalera Conspiracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cavalera Conspiracy. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 grudnia 2021
środa, 22 listopada 2017
Cavalera Conspiracy - Psychosis (2017)
Poniższe podejście moje, do materii nazwanej Psychosis, nie będzie może szczytem profesjonalizmu, ale ja przecież nie jestem głosem dobrego smaku w domach czytających moje wypociny. Nie zabiegam też o uznanie w środowisku recenzenckim, tym bardziej że nie mam doświadczenia wieloletniego ani nawet w ułamku przygotowania dziennikarskiego. Zatem sprowadzam swoje wywody do prostych odczuć lubię nie lubię, kręci nie kręci, kopie nie kopie lub orbituje po obrzeżach tematu, kiedy coś mnie poniesie wypełniając tekst masą marginalnych wtrętów, bądź co chyba najciekawsze odniesień do rzeczywistości i filozoficzno-socjologicznych refleksji na poziomie "miałem zajęcia z filozofii i socjologii, stąd kombinuję, a nawet psychologii, więc rozumiem co czujesz". :) Dystans wobec zawodowego "pismaczenia" jest wyznacznikiem mojego wydumanego kierunku i przede wszystkim osobiste odczucia barometrem określającym ciśnienie we mnie przez płytę czy film wzbudzane. W konkretnym przypadku najnowszego albumu CC startuję z poziomu "kiedyś takie motoryczne granie mnie kręciło", więc cudów w rodzaju "ale jestem podniecony" z miejsca nie mogłem oczekiwać, a zapoznanie się z Psychosis odbieram jako sentymentalny ukłon w stronę thrashowego łojenia, w którym serce bije w hard core'owym rytmie, a płuca oddychają bezkompromisowym surowym death metalem sprzed trzech dekad. Niestety patrzę dzisiaj na poczynania Maxa Cavalery z boku, zatem trudno było oczekiwać, że pomiędzy mną, a Psychosis przepłyną intensywne prądy. Nie zostałem zaskoczony ani porażony, a moje wnioski z odsłuchu sprowadzają się do krótkiego "było minęło i się nie wróci". Nie będę ja potrafił odczuć tego rodzaju łojenia w sposób sprzed laty mi znany, nie będzie już chyba także sam brazylijski spiritus movens w stanie kiedykolwiek wtłoczyć do własnej twórczość ducha jakim infekował ją na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Stara się chłopina bardzo, doceniam w nim tą szczeniacką pasję, choć jej nie rozumiem i tym bardziej nie podzielam - więcej, myślę że gdyby na jego spasłe cielsko wlazły obcisłe gatki, pewnie w takiej stylówie na gigach by się prezentował i patrząc w lustro spostrzegałby własną fizyczność odwrotnie proporcjonalnie do percepcji głęboko zaburzonej anorektyczki. Taki w tym Maxie proces wstecznictwa od lat postępujący, a samo Psychosis nie wydaję się by tej tezie zaprzeczało.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Cavalera Conspiracy - Pandemonium (2014)
Jedynka kompletnie pozamiatała, bo między innymi przypomniała, że bracia
Cavalera w przeszłości odpowiedzialni w sporej części byli za takie
thrash/deathowe petardy jak Schizophrenia, Beneath the Remains czy Arise.
Dwójka natomiast całkowicie rozczarowała, gdyż do inspirowanej klasyką
nowoczesnej, agresywnej i motorycznej formuły zbyt intensywnie słodycz
zaaplikowali, uzyskując tym samym ciężkostrawny i mdły zarazem rezultat. Trójka
zaś, będąca głównym tematem tej refleksji, hmmm... cóż? Ona powinna bezpośrednio po
debiucie powstać, by zachowany został pęd przez Inflikted rozkręcony. Nie ma co
ukrywać, że Pandemonium powraca do zdecydowanie bardziej surowego mielenia,
pełnego agresji i typowo motorycznych galopad. Iggor żwawo podkręca tempo, a
gitary rzężą jak na tego rodzaju stylistykę przystał i chociaż po trosze
mógłbym pretensje mieć do brzmienia, które pozbawione nieco brudu i
odpowiedniej szorstkości na rzecz skompresowanej cyfrowo obróbki to i tak efekt
jest wystarczająco satysfakcjonujący. Trzeba się tylko przyzwyczaić do
specyficznego soundu o odrobinę zbyt płaskiej fakturze, a może to tylko i
wyłącznie takie moje subiektywne odczucie. Niemniej jednak jest to do
zrobienia, szczególnie, że same kompozycje na tyle zgrabnie z prostych patentów
sklecone, iż przyjemności same w sobie sporej dostarczają. Max ryczy rasowo,
zdziera gardło i kiedy już masowo aplikowane napierdalanie zdaje się odrobinę
nużyć, finezyjne solówki Marca Rizzo na nowo sporo świeżego powietrza do
faktury numerów wpuszczają. Reasumując jest bardzo dobrze, a dodatkowym atutem
niekonwencjonalnie potraktowana kwestia oprawy wizualnej. To tak
charakterystyczny layout, iż bardzo mocno w pamięć się wbija i od początku
nierozerwalnie z dźwiękami z krążka się kojarzy. Kapitalnie, że ze ślepej uliczki
Blunt Force Trauma nazwanej, szybko się wycofali i odnaleźli kurs bardziej
fortunny. Cieszy mnie to bardzo.
piątek, 21 czerwca 2013
Cavalera Conspiracy - Inflikted (2007)
Brazylijski serial "Max Cavalera i
jego odjazdy" od lat przykuwa uwagę oddanych fanów i kiedy to zaskakujące
zakopanie topora wojennego z bratem (w sensie rodzinnym jak i młodzieńczych fascynacji
muzycznych nastąpiło), a nowy projekt powstały dla uczczenia tej wiekopomnej
chwili do życia powołany został, zastanawiało mnie jedno! Gdzie ta nowa formacja swoją
niszę odnajdzie? W skocznie „fuckowym” metalizowanym pitoleniu, pośród elektronicznych beatów czy może jednak tam gdzie
Sepultura wiele lat temu realne zamieszanie bezkompromisowością i motoryką
riffu zrobiła. I chociaż spory dystans miałem do buńczucznych zapowiedzi, w których
to Max nową muzykę w kategoriach surowego hard core-thrashu umieszczał
– po odpaleniu krążka na mojej gębie grymas uśmiechu zagościł, a serducho
mocniej w takt tej o potężnym ładunku energii motorycznym graniu zabiło. Jak
się nie po raz pierwszy zdarzyło, kiedy niewiele się po płycie spodziewałem, w
finalnym efekcie zmiażdżony cudem niejako zostałem. Surowe to zdecydowanie
granie, gdzie pomimo braku eklektycznych zawiłości, efekt piorunujący instrumentaliści uzyskują dzięki
pierwszorzędnie wystruganym riffom oraz dynamice wybuchowej z konkretnym ładunkiem
chwytliwości. Łoją sobie oni ten
bezkompromisowy, soczysty thrash z radochą wracając zapewne do fascynacji
sprzed lat, kiedy przynależność do sceny i związane z tym ideały priorytetową
role odgrywały, a muzyczne ambicje jedynie do napierdalania szybciej, mocniej i
ciężej były ograniczone. Zupełnie nie spodziewałem się, że przyjdzie jeszcze
taki dzień gdy Max na nowo prawdziwie dźwiękową wulgarną złość z siebie
wyrzuci - oczyści choć na chwile swój organizm z nadętej i napuszonej parareligijnej
estetyki dając wszystkim wyznawcom wściekłej, jadowitej gry satysfakcję ogromną. Kilka ładnych lat od premiery tego krążka już minęło, w międzyczasie
następca Inflikted wypłynął, jednak pomimo wykorzystania podobnej recepty, w
żadnym stopniu debiutowi nie dorównał. Brakło mu niestety tego jadu co na
jedynce infekował skutecznie, taki zbyt schematyczny się okazał wręcz czysto
szablonowy z przerostem melodii słodyczą doprawionych, co efekt zbyt mdły
pozostawiło. Teraz jedynie z cierpliwością należy na ewentualną kontynuację studyjnych poczynań Cavalera Conspiracy zaczekać. Nie poganiać, zbytniej presji
nie wywoływać wszak Max jeszcze nie raz swoimi nieprzewidywalnymi posunięciami
może zaskoczyć. Mam jedynie nadzieję, że w przeważającym stosunku na korzyść
pozytywnego finalnego efektu. Optymista ze mnie? ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


