Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dead Cross. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dead Cross. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2022

Dead Cross - II (2022)

 


Takich płyt nie podsumowuje się po jednym czy dwóch odsłuchach i mimo że to nie jest muzyka nadmiernie skomplikowana i być może jeśli już odrzuca, to przez swoją surową naturę, a nie ekstremalnie rozbudowaną i połamana konstrukcję, bo najzwyczajniej nie jest niestrawna awangardą. All Star fuckin' Band jakim ochrzczę Dead Cross, funkcjonuje teoretycznie w tej niszy stylistycznej do której nie zaglądam tak często jak powinienem, by być obsłuchanym i obeznanym, a tym samym z maksymalną wiarygodnością podjąć próbę analizy. Stąd zdając sobie sprawę z faktu że "nie dorastam", paradoksalnie właśnie oprę się wyłącznie na odczuciach pierwotnych, bez drążenia i poszukiwania na siłę, trwoniąc być może czas - a jeśli pierwsze wrażenie będzie/jest dobre i tym samym zaciekawiające, to odkryje w drugim jej krążku to, czego być może nie dostrzegłem bądź nie zauważyłem na jedynce. Ona (jedynka) fakt że przez pewien czas się kręciła, ale z czasem i pod wpływem natłoku premier odrzucona została na bok i być może właśnie dzięki sprężynie dwójki przypomnę sobie co czułem, tudzież co czuję kiedy jej słucham. Natomiast album opatrzony wprost symbolem dwójki spostrzegam tak! Dwa pierwsze numery fajowe, bo odjechane ale czytelne, więc względnie łatwo przyswajalne i intrygujące, trzeci też ma w sobie magnes, czwarty szalony, rozpędzający się i wyhamowujący na zmianę z prostym nośnym riffem, piąty kosmos, bo wierci i świdruje ale nie popada w przesadę, szósty pędzi i powtarza, ale czy jest repetytywny, musiałbym się jeszcze zastanowić. :) Siódmy zaczyna się tak i w sumie trwa tak, że mógłby śmiało być wbity na ostatni krążek Tomahawk i nie miałbym nic przeciwko bo jest kapitalny, zaś ósmy znałem podobnie jak trzeci, bo latał już na YT jako obrazek, ale ósmy jakoś do mnie nie przemawia, a zamykający dziewiąty to nawet miałby szansę zostać numerem Mr. Bungle, gdybym kompletnie stracił słuch - trochę się droczę, a trochę nie. Tym samym dotarłem do puenty, a ona brzmi - zaczynam poniekąd gubić się co jest materiałem Tomahawk, Mr. Bungle i Dead Cross, bo one ostatnio zbyt się do siebie zbliżyły, bez względu na fakt że wiadomo czym był The Raging Wrath of the Easter Bunny Demo. Wina też samego Pattona i zbiorczo dodam, że Patton (wszędzie tam jak i tu) jest Patton, znaczy jest wulkan i jakby sobie nie pozwolił na wokalną swobodę i nie robił tego co mu tam do łba przyjdzie, to nie byłby też Pattonem, a sekcja instrumentalna i jej umiejętności tylko dodają mu odwagi i zachęcają do łamania zasad, erupcji systematycznej. 

środa, 9 sierpnia 2017

Dead Cross - Dead Cross (2017)




Nie będę ukrywał, bo i niby po co, że zainteresowanie moje ekipą Dead Cross wynika w prostej linii z zaangażowania w jej działalność głównie Mike'a Pattona, w drugim rzędzie zaś Dave’a Lombardo, nie mówiąc już o dwóch pozostałych członkach grupy. Absolutnie nie umniejszam ich roli, czy wpływu szybkostrzelnego kubańczyka, ale oddziaływanie na każdą ekipę w której funkcjonuje ten wokalny akrobata lub której częścią bywał w przeszłości jest bezdyskusyjnie zasadnicze. Zdaje sobie sprawę (i nie jest to usprawiedliwianie ;)), iż Dead Cross swój oddech na scenie ekstremalnej zaznaczył i to bez konieczności podpierania się osobą wokalisty Faith No More, lecz taka promocja kiedy jakość ona jednocześnie podnosi zdecydowanie przecież nie przeszkadza. Bo oto za sprawą wokalnych interpretacji quasi alchemika Mike'a, który swymi możliwościami wokalnymi potrafi przeciętność zamieniać w złoto, ekipa powstała jak doczytałem z inicjatywy Lombardo weszła na dotychczas nieosiągalny poziom zaawansowania, podbijając dramatyczny pierwiastek proponowanych strzałów bitych intensywnie i z konkretną mocą do poziomu ponad poprawny co nieco grind corem zainfekowany hard core/punk. Tym samym zapewne przez pewien może i istotny odsetek pierwotnych fanów płyta zostanie skrytykowana jednocześnie otrzymując wsparcie tych co za nazwiskiem Pattona tutaj w to miejsce dotarli. Jak widać czuję się rzecz jasna częścią tej drugiej kategorii, bowiem nie styl czy gatunek przez martwy krzyż uprawiany był dla mnie magnesem przyciągającym. Nie ma we mnie odrobiny wstydu, że wytropiłem Dead Cross wyłącznie po śladach pozostawionych przez gentelmana z ikonicznymi dla sceny nazwiskiem. Tym bardziej, że te niecałe 30 minut z furiackim okładaniem instrumentów, doprawionym tylko czasem względnym uporządkowaniem i wszelkiej maści wrzaskami uzyskiwanymi z aparatu gębowego Mike’a Pattona zapętliłem już kilkunastokrotnie i mimo, że muzyczna ekstrema tego rodzaju nie stanowi dla mnie atrakcji obowiązkowej, to także i nie uciekałem od tego szaleństwa w popłochu. Jako niekoniecznie fan takiego sonicznego gwałtu okazało się, iż nie mocowałem się nazbyt z tymi dziesięcioma numerami, przyjąłem je na klatę w takiej hałaśliwej formie, bez roztrząsania po cholerę kolejny projekt weteranów zrozumiały dla bardzo ograniczonej liczby fanów. Dla mnie to początek znajomości z tym ansamblem, dla ansamblu i maniaków zaś z pewnością mocne nowe otwarcie.

P.S. Dodam jeszcze, że nie takie marginalne znaczenie ma dla mnie surowa i symboliczna oprawa wizualna albumu i klipów. 

Drukuj