Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Algiers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Algiers. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 marca 2023

Algiers - Shook (2023)

 


Nim do meritum przejdę, wyrzucę korzystając z okazji z siebie rozczarowanie, jakim okazała się dla mnie bardzo skromna frekwencja na warszawskim koncercie Algiers. Trudno mi zrozumieć dlaczego te dźwięki nie przyciągnęły do Nieba liczniejszej ekipy fanów, bo nie wierzę aby Algiers nie cieszyło się zdecydowanie większym zainteresowaniem w tym mrocznym kraju, a jednak show promujący Shook, to za słaby magnes, by zechcieć dotrzeć do stolicy i posłuchać Amerykanów wykładając stosunkowo rozsądne pieniądze. Nie rozumiem też postawy samych muzyków, którzy bez względu na ograniczoną liczebnie publikę, to jednak zostali przyjęci bardzo gorąco, odwdzięczając się bardzo dobrym gigiem, ale wzywani brawami, to na bis jednak nie wyszli. Być może byli jeszcze mocniej rozczarowani zainteresowaniem niż ja - tak sobie to na siłę tłumaczę i już przechodzę do sedna! Sednem rzecz jasna Shook, promowany w sieci premierowymi obrazkami już kilka miesięcy przed ukazaniem się w całości i moje pierwsze wrażenie to pytanie - jak to, single takie z miejsca porywające, a całość po dziewiczych odsłuchach powodująca konsternację. Bowiem Shook okazuje się chyba najtrudniejszą do przyswojenia pozycją w dyskografii formacji pochodzącej z Atlanty. Już zerkniecie na listę indeksów dawało mi do myślenia, bo 17 pozycji zamkniętych w 55 minutach, a pośród nich numery bardzo krótkie, to nic jak pewność, że między punktami kulminacyjnymi będzie się na poziomie kombinowania działo. I dzieje się bezdyskusyjnie, a ja sobie teraz na początek na potrzeby tekstu pozwolę wyłuskać z programu płyty te kompozycje, jakie nazwę głównymi. Trzy na początek - Bite Back, I Can't Stand It! i Cold World - kapitalne przykłady przetwarzania muzycznego dziedzictwa, chwytliwego i interesująco zaaranżowanego wiązania ze sobą elektronicznych bitów/sampli z tak hip-hopową, jak i  soulowo-gospelową w wymiarze wokalnym wrażliwością. Dalej najbardziej subtelny i wraz z zamykającym stawkę Momentary najsilniej zainspirowany duchem "czarnego" smutku, ale i zarazem pełen jazzowej poświaty Green Iris, a wcześniej A Good Man, czyli rockowy duch z syntetycznym anturażem oraz rozpoczynający tą niewątpliwie nieszablonową muzyczną przygodę cudnie na basowej figurze oparty Everybody Shatter. Oczywiście między nimi mnóstwo muzycznego dobra w formule minimalizmu miniatur, wiążących koncept liryczny w całość - będących głębokim społeczno-politycznym komentarzem, gdyż Shook to nie tylko koncentracja na brzmieniach, lecz też aby w pełni zrozumieć koncepcję albumu, nie pierwszy raz konieczność mocnego wczytania się w liryki. Manifesty przekonań - braterstwa wprost i niezgody na skurwysyństwo w podtekstach, więc te istotne dla bogatej warstwy dźwiękowej gwarantującej wielowymiarową produkcję zaproszenie całej plejady gości z alternatywy, staje się tylko tłem i narzędziem dla zrealizowania spójnego konceptu jaki zrodził się w głowach muzyków i społeczników zarazem. Wraz ze szczerością przekazu, bezkompromisowością postaw, intuicją i talentem do tworzenia znakomitej hybrydowej nuty oraz możliwościami wokalnymi Franklina Jamesa Fishera, udało się stworzyć płytę pełną niuansów, więc trzeba się z nią nieco posiłować aby zrozumieć, docenić - bo powodów do ekscytacji mimo trudów przebijania się przez wymagające, nie brakuje od startu. 

P.S. Nie napisałem że z zaproszenia skorzystał także Zack de La Rocha i użyczając swojej nawijki przyczyni(ł) się do mam nadzieję zwiększenia zasięgów dla Algiers. Choć wspominając niemal żałosną frekwencję w Niebie, mało skutecznie. Przynajmniej u nas! Przynajmniej jak na razie!

poniedziałek, 15 marca 2021

Algiers - Algiers (2015)

 


Ależ olbrzymi ferment w moim guście muzycznym swego czasu Algiers poczynili, gdy zainspirowany pochlebną wzmianką w jednym z systematycznie pochłanianych magazynów muzycznych o ich drugim longu przeczytałem, sprawdzając natychmiast nutę w praktyce. Oczywiście nie była to wyłącznie zaślepiona ciekawością poznania nowego miłość od pierwszego wejrzenia, mimo to niewiele czasu potrzebowałem by dać się zniewolić dostrzegając w ich zaangażowanej społecznie sztuce pisania ambitnej nuty to, czego może w całej okazałości od początku nie wychwyciłem. Tak czy siak nie musiały minąć dekady bym rozpoznał w intrygujących kompozycjach ukryty i dostrzegalny wyłącznie dla wprawnego ucha potencjał bliski dziełu. Tym tropem naturalnie idąc prawie dokładnie rok temu zachwycałem się trzecim i jak dotąd ostatnim ich długograjem, a w międzyczasie chłonąłem systematycznie dźwięki z obecnie poddawanego analizie quasi recenzenckiej debiutu. Inicjujący karierę Amerykanów album porównywany z kolejnymi dwoma wypada nieco mniej spektakularnie, bowiem kompozycje oczywiście z miejsca zdradzają wielkie ambicje, ale jednak w ogólności mają w sobie znacznie mniej eklektycznych pomysłów niż te utwory, które wypełniły zarówno The Underside of Power jak i There is No Year. Program pierwszej płyty ogranicza się do maksymalnie oryginalnego, ale jednak wykorzystania przestrzeni surowej i wzbogaconej o akcenty soulowe czy częstokroć wręcz plemienne ciekawej elektroniki. Wokal Franklina Jamesa Fishera to niewątpliwy atut podstawowy propozycji pochodzących z Atlanty muzyków, a jego osadzenie i korzystanie z tej wrośniętej w "czarny" głos ciepłej, czasem melancholijnej maniery w kontekście siły lirycznego przekazu oraz minimalistycznego syntezatorowego chłodu i rebelianckiego charakteru przekazu kontrastującego właśnie z soulowym sznytem powoduje, że na scenie to wielce, jak i sugestywne oryginalne połączenie. Zestawienie walorów i cech może z różnych muzycznych frontów, ale jednak w praktycznym wymiarze specyfiki Algiers nie budzący w żadnym razie poczucia nawet najmniejszej niespójności. Stąd moje uznanie dla ich konceptu gigantyczne i wrażliwość moja na efekt muzyczno-liryczny równie wielka. 

niedziela, 2 lutego 2020

Algiers - There Is No Year (2020)




Tak jak przed dwoma i pół roku The Underside of Power zainspirowany szerszą wzmianką w Noise Magazine chwilę przed premierowym odsłuchem obwąchiwałem i z początku przyznaję, że dość powściągliwie odbierałem, to na trzeci ich długograj czekałem w pełni świadomie, bogatszy o wiedzę pochodzącą z rozpoznania również debiutu. Od momentu zapoznania się z singlami promującymi There Is No Year czułem co się święci i że może to być niezwykle ekscytujący album, który z eklektyzmem dumnie będzie szedł pod rękę. Startując z impetem numerem tytułowym Amerykanie płynnie przechodzą z potężnego szamańskiego klimatu dwójki w atmosferę zdecydowanie bardziej stonowaną, jaka króluje na nowym albumie. Nie jest to jednak żaden sprawdzian odporności na zmiany, tudzież test lojalności dla fanów poprzedniczki, tylko jak słyszę naturalna ewolucja stylu, który doskonale koresponduje z rozbudowaną warstwą tekstową, oscylującą w ogólności wokół współcześnie ważkich kwestii społecznych, a w szczególe dotyczących zarówno procesów i zjawisk o charakterze masowym, jak i indywidualnym. To inaczej kolejna odsłona gorzkich manifestów, niepozbawionych jednocześnie konstruktywnej myśli, głoszonych przez wrażliwców, którzy widzą i czują więcej i wznoszą krzyk za pośrednictwem artystycznego uniesienia. Apeli być może nieodkrywczych, ale z pewnością w dobie ksenofobii, egocentryzmu i ślepego posłuszeństwa bożkom konsumpcjonizmu nader aktualnych, tym bardziej że artykułowanych z wielką pasją w rytm wielobarwnych i mimo tej różnorodności koherentnych muzycznych inspiracji. Od soulowo-funkowej wokalnej ekspresji i syntezatorowych sympatii, przez post punkowe inklinacje, po psychodeliczny trip z wykorzystaniem całej gamy odważnych rozedrganych brzmień. Kapitalna to fuzja kilku atrakcyjnych stylów doskonale zaaranżowanych na potrzeby dopieszczania już powstałej własnej tożsamości ekipy z Atlanty, w której nie ma granic formalnych, bowiem wyobraźnia pobudza im talent, a talent nie zdusza ich wyobraźni. Za sprawą kreatywnej współpracy czterech fantastycznych artystów powstała spójna i frapująca jedenastoutworowa kompozycja słowa i dźwięku - estetyczna perła, na równi melancholijna, chwytliwa i ekspresywna. 

sobota, 12 sierpnia 2017

Algiers - The Underside of Power (2017)




Eklektyzm pełną gębą - masa inspiracji przefiltrowana przez własne spojrzenie na świat dźwięków, wrażliwość emocjonalną, także społeczną i chyba również polityczną. Bo to takie pełne empatii i bólu protest songi na bazie uduchowionego soulu, zimnej elektroniki, trip hopowego mroku, trybalnej szamańskiej rytmiki i nawet surowego punka, a wszystko z wartością dodaną, jaką w tym całym kosmosie wyraźna dawka soczystego groovu, wplecionego bezkolizyjnie w apokaliptyczny klimat. Wokalnie wypisz wymaluj (oczywiście na czarno) jak Ty Taylor, ten gość z Vintage Troube, lecz z mocniejszym zaangażowaniem, może i nawet wkurwem na rzeczywistość. Ma człowiek dwojga imion, zwany Franklin James Fisher kapitalne możliwości głosowe, coś mądrego, bo akurat dokładnie przemyślanego do przekazania i jest w tym absolutnie prawdziwy i wiarygodny. The Underside of Power to niezwykła dawka piętrzących się emocji, może z jednym drobnym mankamentem, że pod koniec płyta gubi trochę napięcie i nieco pęd wyhamowuje, ale i tak pasji w niej tony. 

Drukuj