Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael R. Roskam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael R. Roskam. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2018

Le Fidèle / Na krawędzi (2017) - Michaël R. Roskam




Po bardzo udanym anglojęzycznym The Drop, z atrakcyjną hollywoodzką obsadą nagranym, spodziewałem się, że Roskam na dłużej zagości na szerszych kinowych wodach. Zakładałem, że szybko nie wróci do europejskiego kina, a tu niespodzianka i już teraz powraca z koprodukcją belgijsko-francusko-holenderską. Skończyłem właśnie oglądać Le Fidèle i porównuje na gorąco własne odczucia z niezbyt entuzjastyczni opiniami, jakie wcześniej z różnych źródeł poznałem. Chciałbym w tym miejscu napisać, że chociaż sam film nie zachwycił, a zachwytu bardzo akurat w jego kontekście potrzebowałem, to jednako ciekawie poprowadzona historia miłości Gigi i Bibi w świecie półświatka przestępczego i fajnie pogodzona gangsterska akcja z wątkiem psychologicznym i tym zasadniczo pierwszoplanowym uczuciowym powodują, iż seans się nie nużył i do końca utrzymywał całkiem spore zainteresowanie. Niestety ubolewam że Roskam dorzucił do scenariusza tak dużo dramatyzmu na poziomie sztucznie emocjonalnym, że przegiął i zmęczył robiąc z historii mało autentycznego, a przez to mimo wszystko (w szczególności w ostatnim rozdziale) raczej ciężkostrawnego zakalca. Zrzucił na bohaterów niemal wszelkie możliwe plagi, zafundował niewiarygodny festiwal zbiegów okoliczności wysyłając realizm na margines. Sam sobie strzelił w kolano (czy stopę), bo można było osiągnąć więcej dając widzowi paradoksalnie mniej.

środa, 14 stycznia 2015

The Drop / Brudny szmal (2014) - Michael R. Roskam




Proces pozyskiwania przez Hollywood obiecujących europejskich reżyserów jest zjawiskiem naturalnym. Jednak nie zawsze wiąże się to z sukcesem artystycznym, czy utrzymaniem przez twórców wysokiej jakości ich produkcji. Tym razem romans Michaela R. Roskama z kinem amerykańskim przyniósł efekty najwyższych lotów, bez najmniejszego uszczerbku na tejże jakości. Tajemnica tego sukcesu przede wszystkim w jego osobie, jednakowoż zaadaptowany na potrzeby opisywanego obrazu tekst Dennisa Lehane'a (Mystic River, Shutter Island) odegrał w tej układance równie istotną rolę. Nie będę się w tym miejscu rozpisywał ile razy dobry scenariusz był sprowadzany do poziomu bruku poprzez indolencje reżyserską, czy kwadratowe kreacje aktorskie. Tu i teraz przecież mowa o produkcji, która we wszelkich aspektach na komplementy zasługuje. Dzięki kolejnej wybornej roli Toma Hardy’ego, który to już ładnych od kilku lat intensywnie idzie przebojem poprzez ekrany kinowe, odwalając za każdym razem kapitalną robotę (nieważne drugoplanową czy epizodyczną jak w przypadku Tinker Tailor Soldier Spy, pierwszoplanową Lawless, Warrior, a ostatnio Locke) oraz towarzystwu równie efektownie przekonującego Matthiassa Schoenaertsa i ostatni raz na ekranie królującego Jamesa Gandolfiniego. Dzięki nim wszystkim poczułem, że na taki kryminał od dłuższego czasu czekałem, gdzie akcja zawiązywana ospale, a w drodze do kapitalnego finału oszczędnie karty są odkrywane. Napięcie systematycznie rośnie, nawet przez chwilę pomimo braku spektakularnych fajerwerków realizacyjnych nie opadając. Uwielbiam takie kino, w którym zamiast prostackiej dosłowności wszystko w gęstej atmosferze domysłów spowite. Bohaterowie nie są przejaskrawieni, a ich ocena moralna w żadnym stopniu czarno-biała. Oni po gwałtownych przejściach życiowych, z zagmatwaną przeszłością i niejasną teraźniejszością. I ta puenta tą ucztę zamykająca - są grzechy, których nie można odkupić, są ludzie, po których nie wiadomo czego można się spodziewać. 

Drukuj